Pokolenie niepokoju. Wywiad z Shurą

Brytyjska prasa pisała o niej, że wygląda jak Kurt Cobain, a śpiewa jak Kylie Minogue. Rok 2016 to zdecydowanie jej rok: wydała debiutancką, długo wyczekiwaną płytę „Nothing’s Real”, świetnie przyjętą przez krytykę i publiczność, a teraz podróżuje po całym świecie, promując wydawnictwo i, jak sam przyznaje, świetnie się przy tym bawiąc. Shura zawitała również do Polski, bo musiała zobaczyć kraj, w którym ma najwięcej fanów. Na chwilę przed koncertem, który odbył się w środę w warszawskiej Proximie, dorwaliśmy artystkę, by porozmawiać z nią o tym, co składa się na jej świat.

Nie wiem, czy wiesz, ale największy sukces osiągnęłaś w Polsce. Mój kolega z pracy, który na co dzień słucha Type O’Negative i Marylina Mansona, uwielbia Twoją płytę.

Cudownie. Jestem pod wrażeniem.

Jak myślisz, co jest takiego w Twej twórczości, że ludzie słuchający raczej innych brzmień sięgają po Twoje piosenki?

To jest bardzo ciekawe pytanie. Wierzę, że moja muzyka jest czymś na kształt mostu, który łączy tych, którzy lubią pop i tych, którzy lubią zupełnie inne gatunki. Pożyczam dużo patentów od różnych artystów: Madonna z lat osiemdziesiątych, Pink Floyd, The War on Drugs. Myślę, że jeśli kochasz muzykę, to słyszysz to wszystko w mych piosenkach.

Przeszkadza Ci, gdy jednak wkładają Cię do szufladki „muzyka pop”?

Nie mam nic przeciwko. Dla każdego z nas słowo „pop” ma różne konotacje, różny wydźwięk. Nie jestem artystką popową w taki sam sposób, w jakim są nią Katy Perry czy Taylor Swift. Jest jasne, że dziewczyny mają w swym repertuarze dużo wspaniałych utworów, które uwielbiam. Ale to jednak trochę inny świat, operujemy innymi środkami.

Pierwszą Twoją piosenką, jaką usłyszałem, było „2Shy”. Pomyślałem sobie wtedy: co za fajna laska. Nie boi się powiedzieć: kurcze, no nie udało mi się osiągnąć wszystkiego, co chcę, mam w sobie dużo niepewności, bywam tchórzem.

Starałam się, by cała moja płyta była osobista, a już szczególnie ta piosenka jest całkowicie moją historią. To piosenka o lęku, niepokoju, a chyba nie będzie przesadą jeśli stwierdzę, że nasze pokolenie to chyba najbardziej pełne lęku i niepokoju pokolenie w historii ludzkości. I prawdopodobnie dzieje się to z powodu tego urządzenia (Shura bierze do ręki komórkę, na której nagrywam wywiad – przyp. mt).

Wolimy rozmawiać przez komórkę czy różnego rodzaju komunikatory, zamiast po prostu pogadać, nawet przez telefon, nie mówiąc już o rozmowie w cztery oczy.

Jechałam ostatnio metrem w Londynie i pomyślałam, że to co widzę, jest zdumiewające. Cały wagon trzymał swoje nosy w komórkach. Ja też to robię, kiedy jeżdżę komunikacją miejską, ale czy to nie jest smutne, że coraz trudniej jest nam spojrzeć sobie po prostu w oczy? I dlatego tak bardzo lubię podróżować – jedziesz przez nieznane miejsca, słuchasz muzyki, nie patrzysz na telefon, oglądasz przez szyby świat, który cię otacza.

Jak myślisz, czemu jest tak, że trochę przestajemy umieć żyć w realu?

Żyjemy na fejsie, na insta, na twitterze. Żyjemy w naszych telefonach. Tam przenieśliśmy nasze emocje, tak jest nam po prostu łatwiej. Żeby było jasne: lubię media społecznościowe, korzystam z nich, często, gdy wpada mi do głowy jakaś myśl, zamieniam ją w twit, i bardzo lubię, gdy ludzie reagują w jakiś sposób na nią, czy to pytaniem, czy choćby głupim komentarzem. Wydaje mi się, że wciąż nie znaleźliśmy równowagi pomiędzy tymi światami. Nie oszukujmy się: te wszystkie urządzenia już na zawsze będą z nami, ale to my decydujemy o tym, jaką rolę będą odgrywać w naszym życiu, czy będą naszym punktem kontaktowym, czy będą uzależnieniem, narkotykiem.

Jak już wspomnieliśmy, w swej twórczości przyznajesz się do wielu niepewności, ale z drugiej strony mówisz: to nie jest nic złego, czasem wszyscy popełniamy błędy, czasem możemy być słabi.

Jest dużo muzyki, którą kocham, ale nie czuję, by teksty tych piosenek mówiły coś o mnie, jakoś na mnie oddziaływały. Przeważająca narracja muzyki popowej jest taka: bądź pewny siebie…

„You’re gonna here me roar!” albo „Shake it off, shake it off”…

No właśnie (śmiech). A ja raczej nigdy nie czułam się superpewnie, szczególnie w szkole, nie myślałam o sobie jako o duszy towarzystwa. Cieszę się, że ludzie reagują na takie piosenki, jak „2Shy” czy „Nothing’s Real”, która jest przecież o ataku paniki. Dostałam kiedyś mejla, w którym dziewczyna napisała, że cieszy się, że nie wszyscy popowi artyści tworzą swoje piosenki o tym, jak wyrwać kogoś na jedną noc.

To z kolei wpisuje się w kolejną narrację, w którą wtłaczają nas media: musisz być idealny, mądry, piękny, mieć wielkie mięśnie i świetną figurę.

Nie myślę o sobie, w kategoriach ładna-brzydka, sexy-niesexy, choć mam nadzieję, że na tej planecie jest parę osób, które uznają, że jestem sexy (choć najprawdopodobniej to będą dziwacy). To, na czym mi zależy, to być prawdziwą, wiarygodną. Najbardziej cieszy mnie prostota, przekaz prosto z mostu. Gdy była nastolatką, pisałam wiele rzeczy, używając wyszukanych metafor, pełnych poetyckości. Na tej płycie chciałam być bezpośrednia, dlatego na przykład w numerze „Touch” napisałam wprost: „I wanna touch you but it’s too late”. Zwykła, prosta konstatacja, a nie próba schowania prawdziwych emocji za opowieściami o strumieniach połykających moje łzy (śmiech). Taki sposób może być bardziej dotkliwy i smutniejszy niż pisanie ogródkami.

To też płyta o dorastaniu, prawda?

Myślę sobie czasem o niej jako o płycie o nastolatkach.

Moje skojarzenia: „Beverly Hills 90210” albo filmy Johna Hughesa.

Oj tak. Filmy Hughesa, takie jak „Breakfast Club”, były olbrzymią inspiracją. To jak ścieżka dźwiękowa do filmu Hughesa, który nigdy nie został zrealizowany. Może jestem w tym dla siebie zbyt miła (śmiech). To taka „high-school” record, dla ludzi, którzy czują nostalgię za tamtymi czasami. Możesz mieć czterdzieści lat, a możesz mieć szesnaście i znaleźć w niej tej same emocje.

Wspomniałaś o piosence „Touch”. Klip do tego numeru zobaczyły miliony osób na całym świecie. Czy było dla Ciebie zaskakujące, że tak dużo widzów zareagowało negatywnie na ten teledysk? Czy nie jest smutne, że nadal para całujących się mężczyzn bądź dziewczyn prowokuje tyle przykrych komentarzy?

Spodziewałam się, że ten obrazek może wzbudzić wiele i pozytywnych i negatywnych emocji. I cieszę się, że tak się stało. To dla mnie priorytet, by zadawać ludziom pytania, by mierzyli się ze swymi przekonaniami. Tworzenie sztuki, niezależnie od tego, czy to muzyka, czy film czy np. rzeźba, musi mieć jakiś cel, to nie powinno być bezwiedne działanie. To może być bardzo prosty cel: chcę, by ludzie poczuli się lepiej, ale to jest zawsze jakiś cel. Nie chciałabym, gdy będę mieć lat osiemdziesiąt lat, spojrzeć wstecz i zadać sobie pytanie: i co z tego, co zrobiłam, wynika? Byłoby słabe, gdybym nie próbowała nic naprawić, zmienić, nie rozpocząć żadnego dialogu. A wracając do Twego pytania: myślałam jednak, że negatywny oddźwięk będzie mniejszy. A potem dzieją się takie rzeczy, jak masakra w Orlando, i myślę sobie: kurde, chyba nie jesteśmy aż tak bardzo tolerancyjni, jak mi się zdawało z perspektywy mojej uprzywilejowanej, zachodniej, liberalnej londyńskiej bańki. Nadal są takie miejsca na świecie, gdzie bycie osobą LGBTQ może być niebezpieczne. I musimy też pamiętać, że to, że idziemy do przodu, nie oznacza, że nie możemy iść do tyłu. Kolejny przykład: Donald Trump – to dla wielu z nas bardzo niepokojący przejaw.

Ludzie coraz bardziej się boją i wykonują zwrot w prawo.

To prawda. To zapewne wynik ogólnoświatowego zliberalizowania perspektywy. Ten zwrot nie dokonuje się tylko w Stanach. To również Wielka Brytania, Polska, Hiszpania, Austria. Miejmy nadzieję, że to nie potrwa długo.

To w sumie naturalne, że wahadło historii i ekonomii buja się z prawa na lewo.

Mamy pewne trendy i w muzyce i w polityce. Wszystko przychodzi i odchodzi falami. Myślę, że największą trudnością dla Clinton było to, że przez dwie kadencje rządzili demokraci, a ludzie po prostu potrzebowali zmian, banalny mechanizm, który Trump świetnie wykorzystał radykalizując swój przekaz.

Jesteś córką Rosjanki, urodziłaś się w Londynie. Czy sytuacja wokół imigrantów, jaka dzieje się obecnie w Wielkiej Brytanii, może cię jakoś dotknąć?

Londyn jest multikulturalny i otwarty. Ale to tylko Londyn. Jest dużo miejsc w Wielkiej Brytanii, gdzie imigranci nie są mile widziani. Sama tego doświadczyłam, na przykład w Manchesterze ludzie dziwnie reagowali, gdy dowiadywali się, że jestem pół-Rosjanką. Ludzie boją się tego, czego nie znają. Żyjemy w dziwnych czasach: ponad połowa mego kraju zdecydowała właśnie, że wychodzimy z Unii i myślę, że to pobudza do działania osoby o bardziej prawicowych, nierzadko radykalnych, poglądach. Mam koleżankę, która jest czarnoskóra, i dwa tygodnie po Brexicie ktoś powiedział do niej w autobusie: Wyjdź! Ludzie czują, że mogą tak robić, bo naród złożył pewną deklarację, w której kwestionuje obecny porządek. Trudno być innym w dzisiejszych czasach.