Podróż w nieznane

Tomasz Bednarczyk to postać enigmatyczna w środowisku polskiej elektroniki. Prawie dziewięć lat temu wydał trzy bardzo dobrze przyjęte ambientowe płyty. Od niespełna roku tworzy jako New Rome, a „Somewhere” to tytuł drugiego albumu, który został wydany na początku 2017 roku przez renomowaną wytwórnię Instant Classic. Z Bednarczykiem rozmawiamy o przeprowadzce do polskiego labelu, o filmie Lobster oraz o sytuacji na naszym elektronicznym podwórku.

 

Zarówno twoje poprzednie płyty oraz te ostatnie, już jako New Rome, mają nostalgiczny wydźwięk. Przelewasz osobiste odczucia na twórczość?
W kwestii bycia marzycielem i idealistą wydaje mi się, że proporcje rozkładają się pół na pół. Zakładam sobie jasne cele i chcę je zrealizować. Mam dosyć przyziemne marzenia, które przy większym wkładzie pracy jestem w stanie spełnić. Wierzę w to, co robię.

 

Przeprowadzka do Instant Classic pojawiła się raczej znienacka.
Chciałem zmienić otoczenie, trafić do innej grupy ludzi. Instant Classic daje taką możliwość, jest wytwórnią, która wydaje bardzo różne rzeczy i posiada ciekawą publikę.

 

Sami Cię znaleźli?
Inicjatywa była moja, ale głównym bodźcem był mój znajomy Łukasz Hajduk, który gra w kapeli Torn Shore wydającej w Instant. Skontaktowaliśmy się, podesłałem im swoje pomysły i w końcu doszliśmy do porozumienia.

 

Instant Classic to bardzo eklektyczna wytwórnia, a „Somewhere” jest tego kolejnym dowodem.
Ta płyta tam pasuje. To był główny plan, żeby pojawiło się u nich w katalogu coś zupełnie innego. Szczerze powiedziawszy, od początku celowałem w to miejsce i nigdzie indziej nie wysyłałem materiału. W Polsce brałem jeszcze pod uwagę Recognition – wciąż chciałbym tam coś wydać.

 

Czyli „Elsewhere” – twój kolejny album, wcale nie musi ukazać się w krakowskiej stajni?
Dokładnie. Póki co, to jednorazowa akcja. Poczekamy na rozwój sytuacji, która wciąż jest otwartą sprawą.

 

A co z występami live?
Nie mam wielkiego parcia na granie we wszystkich możliwych miejscach. Wolę, jak sam ktoś zauważy moją muzykę i dotrze do niej. Tak było kiedyś, za czasów MySpace. Każdy artysta miał swój profil i bezpośrednio na nim publikował. To była super platforma, skupiona tylko na muzyce. Nie było tej całej sztucznej otoczki, rozpraszających uwagę dodatków.

 

W notce prasowej zaznaczasz inspirację Timem Heckerem. Ja wyczuwam tam głównie Fennesza oraz Bena Frosta.
Nie chciałem ukrywać, że Hecker silnie oddziałuje na moją twórczość. Przyznam, że pierwszy numer z płyty nagrałem po przesłuchaniu jego ostatniego albumu „Love Streams”, dlatego mogło mieć to jakiś wpływ. Na „Somewhere” na pewno można wychwycić klimaty zarówno Fennesza, jak i Bena Frosta. Nadal uważam, że to oryginalny materiał.

 

Czyli to, czego w danym momencie słuchasz, odbija się później na autorskich kompozycjach.
Zdecydowanie, najlepiej nie słuchać niczego, ale w moim przypadku to niemożliwe (śmiech). To nie jest żadna wada, trzeba czerpać wzorce z dobrych źródeł. W ten sposób nakierowujesz słuchacza i o to chodziło też chłopakom z Instant.

 

Twój sposób tytułowania utworów jest bardzo ciekawy. Moją uwagę od razu przykuł Lobster – czy to inspiracja filmem?
Obejrzałem ten film i nazwałem tak kompozycję. Tytuły, które nadaję moim utworom nawiązują zawsze do jakiejś sytuacji, która ma miejsce w moim życiu. Wszystkie wydarzenia odciskają na nim jakieś piętno i dają pole do twórczego rozwoju. W przypadku muzyki, którą się zajmuję, te nazwy są abstrakcyjne. Mogłoby ich nawet nie być, bo odnoszą się do czegoś, czego nie da się zrozumieć nie będąc mną.

 

„Lobster” jest dystopijną wizją niedalekiej przyszłości – na „Somewhere” też serwujesz słuchaczom dźwięki niepokojące.
Wszystko wynikało z historii, na które trafiałem podczas tworzenia płyty. „Somewhere” jest mroczniejszym albumem niż „Nowhere”, więcej w nim ukrytego niepokoju. Skupiam się na detalach w minimalistycznej formie, to może sprzyjać niedopowiedzeniom. Na początku swojej kariery, przy pierwszych trzech albumach pod własnym nazwiskiem też szedłem tą drogą. Starałem się, żeby wszystko powstawało naturalnie.

 

Śledzisz na bieżąco naszą rodzimą scenę elektroniczno-eksperymentalną?
Trochę. Z ostatnich rzeczy spodobała mi się bardzo „La Mer” Michała Wolskiego. Tomasz Mreńca, mój przyjaciel i połówka Venter, nagrał solidny album, przy którym pomagałem z miksowaniem. Poza tym to We Will Fail, dziewczyna która wydaje dla wytwórni Monotype Kuby Mikołajczyka. Bardzo cenię Bartosza Kruczyńskiego – każda jego płyta daje mi coś nowego, nieodkrytego. Bez wątpienia to jeden z najlepszych polskich producentów. Teraz wydaje jako Earth Trax, prawda? Jeszcze za czasów Ptaków mówiłem, że to taka house’owa odpowiedź na Skalpel.

 

Czym zajmuje się Tomasz Bednarczyk na co dzień, poza muzyką?
Pracuje w branży IT.

 

Chciałbyś skupiać się wyłącznie na muzyce?
Nie, bo czułbym, że muszę tworzyć muzykę, żeby przyzwoicie zarabiać, nawet jeśli w danym momencie tego nie czuję. Wolę traktować ją jako etapy, które okresowo zamykam. Życie z muzyki tego rodzaju jest trudne, ale nie niemożliwe.

 

Czujesz się częścią tego środowiska?
Raczej nie, wolę stać na uboczu i robić swoje. Kiedyś zaangażowałem się w muzyczne życie w Polsce – m.in. założyłem label We Are Your Music Mate i poznałem wielu ludzi, ale dość szybko mi przeszło.

 

Mam wrażenie, że w głównym nurcie istnieją 2-3 grupy skupione wokół największych wytwórni i może dlatego ciężko jest się przebić, przychodząc totalnie z zewnątrz.
Zdecydowanie. Poza tym, tylko rzeczy oryginalne i bezkompromisowe osiągają sukces. Musisz wyjść poza ramy, jest teraz zbyt wiele sezonowych brzmień, które znikają tak samo szybko, jak się pojawiają. Nie dziwi, że sporo osób się wypala.

 

Wydawałeś m.in. w australijskim labelu Lawrence’a Englisha Room40. Jak się odbiera naszą muzykę za granicą?
Panuje przeświadczenie, że dopiero wyjście muzyki poza granice kraju daje zauważalność czy „sukces”. A mi się wydaje, że w Polsce nie mamy na co narzekać – jest u nas dużo muzyki i powstaje wiele wytwórni. Ostatnio czytałem ciekawy wywiad z Bogdanem Raczyńskim. Niezwykła postać, nagrywał m.in. utwory z Björk i wydawał albumy w labelu Aphex Twina. Nie wiem, czy dalej coś tworzy, ale w latach 90. miał świetny okres. Muzyka, którą tworzy się w Polsce jest zauważana na świecie – np. Wacław Zimpel z Instant Classic koncertuje na całym świecie i w tym roku został zaproszony na imprezę prestiżowego The Wire. Podobnie wspomniana już We Will Fail, która dzieliła scenę w Berghain z Heckerem. An on Bast z Wrocławia też grywa po świecie.

 

Czy pozbawiona tekstu muzyka ambientowa może być źródłem przekazu?
Oczywiście, daleko nie musimy szukać – wystarczy wskazać np. na Briana Eno i jego ostatni projekt, czyli aplikację w formie utworu nieskończonego. Myślę, że artysta bez problemu może narzucić jakąś wizję, ideologię i przedstawić ją słuchaczowi. Ja wolę jednak tego nie robić. M.in. z tego powodu obie okładki płyt New Rome nie przedstawiają tak naprawdę nic. Odbiorca może je dowolnie interpretować.

 

Muzyka to Twoje dodatkowe zajęcie, ale jesteś dość płodnym twórcą. Pomijając przerwę po ostatniej płycie pod własnym nazwiskiem, wydajesz regularnie. Dwie płyty pod aliasem New Rome, a trzecia już w drodze.
Tak, jestem bardzo blisko jej ukończenia. To będzie zamknięcie tryptyku w zupełnie inny sposób. Tytuł „Elsewhere” będzie nawiązywał do pozostałych. Muzycznie będzie różnorodnie, na pewno bardziej organicznie. Chciałbym wypuścić album w miarę szybko, żeby móc skupić się na kolejnych projektach.

 

Chcesz tym samym na dobre zakończyć projekt New Rome?
Nie wiem, ale nie mówię stanowczego „nie”. Mogę też wrócić do nagrywania pod własnym nazwiskiem. Projekt New Rome traktuję jako wstęp do tego, co nadejdzie.

 

Czyli na tapecie mamy Elsewhere, a potem się okaże.
Tak. Być może jakaś współpraca, może wrócę do projektu Venter, który tworzyłem z Tomaszem Mreńcą. Żałuję, że album przepadł i nie został zauważony, bo to jedna z lepiej wyprodukowanych płyt, przy których współpracowałem. Ale najwyraźniej tak miało być.