„Plutopia” – Kate Brown

Bombowy reportaż

Książka Kate Brown opisująca dwa miasta – amerykańskie Richland i radziecki Oziorsk – to fascynująca wyprawa w głąb dwóch potężnych zimnowojennych fabryk produkujących broń atomową. Autorka z dużą werwą (i potężnym zapleczem historycznym – sto stron samych przypisów) pokazuje ślepe dążenie mocarstw do panowania nad światem. Nie ma znaczenia, że ośrodki pozyskiwania plutonu zostały stworzone po dwóch stronach żelaznej kurtyny – w żadnym nie liczono się ze zdrowiem i życiem dziesiątków tysięcy pracowników. W zakładach Majak, budowanych niczym egipskie piramidy przy użyciu rąk i łopat, tysiące litrów roztworu plutonu zbieranych było szmatami do podłogi, bo cały czas gdzieś przeciekały instalacje. Rosjanie mieli na wycieki więcej określeń niż Eskimosi na śnieg (inna była nazwa, gdy się ulało, wylało, rozlało czy przelało). Pluton przenoszono w dłoniach, rozpylano przypadkowo przez klimatyzację… Nie lepiej było w USA, gdzie szefowie zakładów Hanford oszukiwali pracowników, twierdząc, że krwawiące dziąsła, przedwczesne starzenie, bezpłodność, wszelkie rodzaje raka nie mają nic wspólnego z radioaktywnością. Ciężarne kobiety pracujące w laboratoriach przy dawkach promieniowania przekroczonych o 400 procent nie wzbudzały w nikim wyrzutów sumienia.

Każda kolejna dekada opisywana przez Brown to tylko kolejne zagrożenia, katastrofy i wielkie wycieki zatruwające tysiące hektarów. Odrobinę przeszkadza w „Plutopii” przyjęcie przez autorkę jednostajnej retoryki naukowej przy relacjonowaniu zdarzeń. Potykamy się o zbyt dużo wstępów, rozwinięć i podsumowań. Sam jednak temat, jak radioaktywna chmura, skutecznie anihiluje te drobne zgrzyty. Barwny świat atomowych utopii pozwala czytelnikowi rozpłynąć się w temacie niczym żaba wrzucona do odpadów popromiennych. A jeśli nad ranem, gdy będziecie odkładać książkę, okaże się, że pulsują wam oczy, najlepiej szybko wychylić szklankę spirytusu – najlepsze rosyjskie lekarstwo na chorobę popromienną.


„Plutopia”
Kate Brown
Czarne
4A!
KSIĄŻKA