Plant mamy

foto: Filip Skrońc

Nie narzeka, nie linieje, pije tylko wodę i daje nam dużo wolności. Brzmi to jak najlepszy towarzysz życia. I wygląda na to, że coraz więcej osób decyduje się na związek właśnie z nim. Nie jest monogamistą. Chętnie się mnoży i dzieli. I tylko czasem, w obliczu nowej doniczki, zieleni się z zazdrości.

– Czyli to już jest ten moment, tak? Teraz to się wydarzy? – zapytała mnie ze smutkiem w oczach około 50-letnia bibliotekarka poznana na OLX i rozpoczęła rytuał pożegnania. Coś szeptała, trochę nerwowo się śmiała i niby żartem jeszcze raz wypytała, czy pamiętam, że on lubi wodę taką troszkę odstaną, najlepiej dwudniową, no i zraszanie. Codziennie powinien być prysznic. Takie łaskotki. Cóż. Przyznam, że moment i dla mnie był trudny. Pierwszy raz w swoim życiu wydawałam kwotę 150 zł na roślinkę doniczkową. Nie wiedziałam jednak, że w komplecie dostanę tęskne spojrzenia odprowadzające mnie do drzwi. Oczywiście nie o mnie chodziło, ale o ważącą kilka kilogramów donicę z prawie półtorametrową araukarią. Odchodziłam z istotą bardzo dla kogoś bliską i czułam powagę sytuacji. Nie mogłam tego spieprzyć. Nie tym razem. W końcu zabić paprotkę z marketu to co innego, niż uśmiercić drzewo iglaste. Nie powiem, żebym się nie bała. Boi się zresztą każdy, kto przekroczył cienką granicę między traktowaniem rośliny jak mebla i zauważeniem w niej żywej istoty.

Dla Kamili Ciszek, właścicielki sklepu z roślinami Plantarium, momentem granicznym było kupienie pierwszej oplątwy na wystawie sukulentów. Dla Gabi Kanowskiej, która wychowała się wśród roślin i kwiatów, symboliczne stało się odratowanie pewnego aloesu, a dla Ewy Wojtowicz, która na co dzień prowadzi fanpage Roślinny Patrol, przebudzenie nastąpiło za sprawą fikusa benjaminka o trzech listkach.

– Zabiłam mandarynkowca – mówi Kamila, niepewnie rozglądając się dookoła. W końcu właścicielce sklepu z roślinami doniczkowymi nie wypada się przyznać do zabójstwa. Szczególnie jeśli mord został popełniony na drzewie o wartości 400 zł. – To był dla mnie znak, że nie mam ręki do roślin i powinnam trzymać się od nich z daleka – dodaje po cichu, zerkając z niedowierzaniem na wyhodowaną przez siebie dżunglę, która porasta praktycznie cały sklep. – Kiedy jednak spotkałam na swojej drodze oplątwy, to się złamałam – wyznaje i pokazuje mi roślinkę, która nie przypomina niczego znajomego. Wygląda jak kłębek suchej trawy znaleziony na pustyni. Nie ma korzeni, nie potrzebuje ziemi. Jest niezależnym bytem i chyba właśnie ta niezależność najbardziej Kamili się spodobała. I kąpiele wodne, bo oplątw w przeciwieństwie do innych roślin nie podlewa się, tylko raz w tygodniu kąpie w miseczce z zimną wodą. Nie ma ryzyka przelania, więc i zabójstwo jest trudniejsze. Roślinki są nieśmiertelne, a skoro nieśmiertelne, to też idealne na sprzedaż. Przeżyją każdego i jeszcze dadzą sobie radę w transporcie.

Kamila niewiele pamięta już z okresu, kiedy z dziewczyny sprzedającej oplątwy stała się ekspertem od świata roślin. – Wszystko działo się bardzo szybko. Przed ostatnimi świętami zamówień na oplątwy było tak wiele, że musiałam zrezygnować z pracy. Kiedy sprzedałam już wszystkie, zaczęłam rozglądać się za innymi roślinami. Powoli uczyłam się o ich potrzebach. Najpierw sprzedawałam je przez internet, potem założyłam sklep na warszawskim Mokotowie – opowiada. Plantarium szybko stało się miejscem spotkań miłośników roślin. Przychodzą tu nie tylko po to, żeby coś kupić, ale też żeby pogadać i wymienić się spostrzeżeniami, jak chociażby faktem, że monsterze pięknie błyszczą liście po przetarciu ich wygazowanym piwem. – Mam taką teorię, że kiedy ktoś przychodzi po jedną roślinę, to prawie zawsze wychodzi z trzema – śmieje się Kamila, tłumacząc, że w jej roślinkach nie da się nie zakochać. Miłość jest też pierwszym kryterium wyboru. W Plantarium znajdziemy tylko takie rośliny, jakie Kamila chciałaby mieć u siebie w domu.

Nie ma tu więc ani okazów kwitnących, ani takich, które wymagają specjalnych warunków. Znajdziemy za to kilka sierot, bo zdarza się, że pod drzwiami Plantarium zostają porzucone doniczki. Ostatnio gigantyczny aloes, a wcześniej mały fikus, który praktycznie nie miał liści. Na rekonwalescencję sierotki trafiają do babci Kamili, która dysponuje trzema najważniejszymi cechami hodowcy: ma czas, miejsce i miłość do kwiatów. Kamili zdecydowanie brakuje miejsca, więc swój dom zamieniła w rozmnażalnię. Na parapetach stoją słoiki ze szczepkami puszczającymi korzenie i najmniejsze okazy. – Dzięki temu mam okazję obserwować rośliny w najbardziej satysfakcjonującym dla hodowcy okresie, czyli wzmożonego wzrostu. Nie znam osoby, na której nie zrobiłoby to wrażenia – dodaje Kamila i na potwierdzenie pokazuje mi zdjęcia i wiadomości, które dostaje od klientów. Pełne matczynej wręcz miłości.

Miłość to faktycznie jedna z najważniejszych składowych roślinnego wzrostu, ale należy być z nią ostrożnym. Ewa, która na co dzień prowadzi w Krakowie roślinne pogotowie, lubi mówić: „Traktuj oschle, a wyrośnie”. – Roślinę najłatwiej zabić zalewem miłości. Wśród moich klientów spotkałam się z syndromem Matki Polki, który polegał na nadmiernym dbaniu o roślinę. Taki opiekun nie tylko ciągle podlewa podopiecznego, ale też nie pozwala go ruszyć. A z rośliną trzeba czasem stanowczo. Coś przyciąć, coś wyrwać – tłumaczy Ewa, na której fanpage’u można przeczytać m.in. historie z interwencji u nadjedzonej przez pasożyty monstery czy 16-letniej hoi, która nigdy nie była przesadzana. Dziś Ewa żadnych wyzwań się nie boi, ale gdyby rok temu ktoś powiedział jej, że będzie walczyć z grzybem czy pasożytami, to nie uwierzyłaby. – Zaczęło się od tego, że nigdy nie chciałam mieć roślin – opowiada ze śmiechem. – A może bardziej od tego, że poszłam przekłuć sobie uszy i spotkałam w salonie piercingu strasznie gburowatego pana. Zrezygnowałam więc z uszu i zamiast tego pojechałam do Ikei kupić sobie palmę arekę, która jest roślinką antysmogową. Palmy co prawda nie było, ale kupiłam pięć innych roślin i się wciągnęłam. Do tego stopnia, że o niczym innym nie chciałam rozmawiać – wspomina z uśmiechem.

Nową pasję Ewy postanowiły wykorzystać jej przyjaciółki i podczas kolejnego spotkania, które upłynęło pod hasłem roślin, wręczyły jej niepodlewanego od trzech lat fikusa beniaminka. – Początkowo nie chciałam go brać. W domu miałam piękne roślinki, a tu takie brzydactwo. Minęło jednak kilka dni i zrobiło mi się go zwyczajnie żal. Wróciłam więc i zabrałam go od dziewczyn – opowiada. Tak do kliniki trafił pierwszy pacjent. Pacjent o tyle trudny, że zaatakowany przez pleśń. Ewa walczyła z nią wszelkimi sposobami, a kiedy w końcu odniosła sukces, była tak dumna, że postanowiła podzielić się nowiną na Facebooku. – Roślinny Patrol to efekt przypadku. Kiedy wrzuciłam na FB historię fikusa, zaczęli się do mnie odzywać znajomi. Potem napisała do mnie właścicielka kwiaciarni Lola Flora, która umieściła na swojej stronie zakładkę z moim fanpage’em, i nagle stałam się ekspertką od roślin – tłumaczy Ewa, podkreślając, że sama nie czuje się autorytetem. – Wbrew pozorom dbanie o rośliny nie jest trudne. Trzeba tylko zmienić podejście, które w Polsce jest fatalne. Ludzie traktują rośliny jak meble, których można się pozbyć, gdy się znudzą. Nie interesują się ich potrzebami, tylko tym, czy dobrze wyglądają. To absolutny brak szacunku – mówi ze smutkiem Ewa, która uważa, że rośliny pięknie odwzajemniają uczucia. Jej misja w Roślinnym Patrolu to więc nie tylko wizyty domowe i porady na stronie, ale przede wszystkim budzenie świadomości ludzi i pokazywanie, że roślina jest żywym stworzeniem. – Kiedy to sobie w końcu uświadomimy, dzieją się cuda – dodaje i jako przykład opowiada historię swojego mieszkania. – Przez cztery lata mieszkałam praktycznie na kartonach. Zupełnie nieurządzona. A kiedy wprowadziły się do mnie rośliny, to wszystko się zmieniło. Przemalowałam ściany na biało, żeby lepiej się komponowały z kolorem liści. Kupiłam narzutę i poduchę na kanapę, żeby móc leżeć i na nie patrzeć, a na koniec zainwestowałam w dywan, który pasuje do roślin. I nagle z dnia na dzień byłam urządzona – tłumaczy z radością. Dziś w mieszkaniu ma 30 roślin, w tym okaz uratowany przed spaleniem w piecu czy porzuconą roślinkę, którą właściciel uznał za zbyt brzydką. Część z nich wkrótce pójdzie do nowych domów, bo sieć adopcyjnych opiekunów się rozrasta. Ewa prze-kazuje rośliny bez żalu, czuje, że powinna się nimi dzielić.

Gabi wychodzi z podobnego założenia, ale dzieli się tylko szczepkami. 50 roślin, znajdujących się na jej 30 metrach kwadratowych, jest z nią od początku. Zaczęło się od aloesu, który dostała od przyjaciółki, kiedy wyprowadzała się z rodzinnego domu w Krakowie, a potem doniczek tylko przybywało. Część z jej warszawskich okazów pamięta jeszcze tułaczkę po krakowskich kamienicach, a większość przeżyła największą do tej pory przeprowadzkę z Krakowa do Warszawy. – To była gigantyczna operacja. Niektóre rośliny zmieściły się do samochodu, który pożyczyła mi na przeprowadzkę znajoma, ale większość przewiozłam na plecach. Za każdym razem, kie-dy jechałam do domu, zabierałam mój 75-litrowy plecak i pakowałam do niego roślinki. Półtorametrową jukę, którą mam w sypialni, przewiozłam na kolanach pociągiem – opowiada z zaangażowaniem Gabi. Pierwszy przeprowadza się z nią zawsze fikus, którego dostała od taty. Jest najważniejszą rośliną w kolekcji, bo nie dość, że od ukochanych rodziców, to jeszcze od prawdziwych miłośników kwiatów. – Wychowałam się w domu, gdzie rośliny mają po kilka metrów. Moi rodzice w swoim domu na Zakrzówku mają prawdziwą dżunglę. Jako dziecko nienawidziłam tych roślin, ale kiedy pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, to nagle zrobiło mi się pusto – dodaje.

Dziś o pustce nie ma już mowy. Rośliny w mieszkaniu Gabi są absolutnie wszędzie. W kuchni, w łazience, na korytarzu, na każdej szafce i parapecie. Podobnie wygląda jej biurko w pracy, która na nieszczęście współpracowników znajduje się vis à vis Biedronki. – Nie kupuję korporacyjnych kanapek w pracy, tylko chodzę do sklepu po humus. I zawsze przy okazji zaglądam na stoisko z roślinami. Kwiatki w Biedronce są naprawdę tanie i aż szkoda ich nie kupić – tłumaczy z błyskiem w oku, zarzekając się, że nigdy nie wydaje na roślinę więcej niż 30 zł. W ogóle od kupowania woli inne metody pozyskiwania doniczek. Część roślin z kolekcji dostała od przyjaciółek, z którymi wymieniają się szczepkami, kilka pochodzi z wymian barterowych, bo Gabi lubi wymieniać stare ciuchy na kwiaty, kilka ostatnich okazów to owoc szabru na klatce schodowej. – W Warszawie są wspaniałe bloki z klatkami pełnymi kwiatów. Ostatnio szłam do znajomych na Czerniakowskiej. Mieszkają na 11 piętrze, już z daleka widziałam, że na każdym poziomie rośnie dżungla, więc obiecałam sobie, że wychodząc, nie pojadę windą. Operacja nie była łatwa, bo na klatce są kamery, ale udało się zdobyć kilka okazów. W końcu taka gałązka to nie kradzież, prawda? – pyta z przekorą i pokazuje pozyskane sadzonki. Część z nich jest w szklankach, niektóre w kubkach, większe podpierają się o noże i widelce. Gabi śmieje się, że został jej w kuchni jeden talerzyk, który czeka na kolejną roślinkę. Zapewne nie ostatnią. – Jestem od nich uzależniona i nie mogę przestać kupować. Szczególnie lubię takie maluszki, bo można z nimi nawiązać więź emocjonalną. Mój chłopak zbiera wielkie rośliny. Może i wyglądają lepiej, ale nie podoba mi się fakt, że ktoś obcy o nie dbał – tłumaczy Gabi, a na dowód swojego uzależnienia opowiada, że z ostatniego festiwalu muzycznego zamiast płyty czy koszulki też przywiozła sobie doniczkę. Podobno w Czechach są one zabójczo tanie. Szkoda by było nie skorzystać.

 

Tekst: Olga Święcicka

Foto: Filip Skrońc

na zdjęciu: Gabi Kanowska