Pierwszy gryzoń popkultury

Myszka Miki

Narodził się jako królik, po roku został jednak myszką. To było 90 lat temu i od tego czasu Miki stał się nie tylko jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w kinie animowanym, ale trafił też do absolutnego topu wykorzystywanych w popkulturze symboli. Warto jednak pamiętać, że to właśnie on był pierwszy, on przetarł szlaki dla innych postaci z bajek, kreskówek czy komiksów, które od kilkudziesięciu lat wyskakują z naszych lodówek. On, „ten mysz”, bo Miki to przecież facet, o czym czasami po prostu zapominamy.

Potencjał Mikiego jest olbrzymi, choć właściwie nie wiadomo, skąd się on bierze. Od wielu lat w praktycznie niezmienionym kształcie, nietknięty przez face liftingi i eksperymenty z modelowaniem 3D, Miki trwa sobie w swoich rękawicach, czerwonych spodniach i żółtych butach. Uczłowieczony, ale mocno jednak bajkowy, zaradny i przeżywający mnóstwo przygód, ale zarazem niewinny. Zwierzak o piskliwym, mysim głosiku. Powiedzieć o nim, że jest cool, to mocno przesadzić. Robić z niego wzór do naśladowania, to pójść zdecydowanie za daleko. Miki dlatego ciągle wraca, bo podobnie jak inne postaci Disneya: Kubuś Puchatek czy Król Lew, symbolizuje beztroskę, dzieciństwo i globalną przynależność do popkultury.

Myszka miki

Miki to Ameryka. Disneyowski gryzoń broni się jednak przed pejoratywnym skategoryzowaniem go jako symbolu niechcianego konsumpcjonizmu. Nie pasuje do tego schematu. Myszki używał co prawda grafficiarz anarchista Banksy, ale w dużo szerszym i bardziej powierzchownym kontekście. Nie pojawiła się ona natomiast na przykład w słynnej scenie dokumentalnego antyfastfoodowego manifestu Morgana Spurlocka „Super Size Me”, obok Jezusa Chrystusa, Wendy i Ronalda McDonalda, w której to kilkuletnie dzieci mają problem z nazwaniem powszechnie znanych postaci z szeroko rozumianej popkultury. Nie ma jej tam, a na pewno zdeklasowałaby wszystkich – Mikiego znają w końcu wszyscy, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. W maksymalnym uproszczeniu wystarczy namalować po prostu trzy czarne kule – jedną dużą i dwie mniejsze, umieszczone symetrycznie po bokach, żeby było wiadomo dokładnie, o kogo chodzi.

Co natomiast wiemy o Mikim jako postaci? Niewiele, mało, tak naprawdę właściwie nic. Poza romantyczną relacją z niejaką Minnie, optymizmem, wytrwałością i energicznym podejściem do życia, doskonale sprawdzającym się w licznych próbach robienia z niego animowanego Indiany Jonesa, Miki pozostaje po prostu Mikim: wszystkim i niczym, idealną twarzą firmy Disney i jej pierwszym ambasadorem. Trudno o lepszy pop-symbol dla takiej potężnej firmy.

I dlatego może właśnie obrandowanie się Myszką Miki nie jest obciachem. Począwszy od bardzo popularnych i produkowanych od 1933 r. zegarków, w których przerysowane ręce gryzonia wskazują minuty i godziny, poprzez kubki i zabawki, na bluzach, czapkach i koszulkach skończywszy. W Myszce Miki chodzą, chodzili i będą chodzić absolutnie wszyscy. Jeśli nawet nie mieliście nigdy w szafie żadnego elementu garderoby, na których się pojawiała, włączcie Google i poszukajcie zdjęć. Przemierzcie niekończące się internetowe galerie. Najpierw muzycy: John Lennon, Brian Wilson, Axl Rose, Anthony Kiedis, Chad Smith i John Frusciante z Red Hot Chili Peppers, Dave Grohl, Eddie Vedder, Johnny Ramone, James Iha ze Smashing Pumpkins, Freddie Mercury i Michael Jackson. Oni wszyscy z nim na piersi. Istnieje legenda mówiąca, że Michael Jackson tak bardzo kochał Myszkę Miki, że to właśnie przez nią zaczął w pewnym momencie swojej kariery nosić białe rękawiczki. Może to trochę naciągane, ale z drugiej strony – czemu nie? Idźmy dalej: Damon Albarn szalejący w przymałym i wytartym do granic możliwości T-shircie z Mikim w teledysku do najbardziej chyba znanego kawałka Blur, czyli „Song 2”, to już absolutna kwintesencja, zjadliwa nawet dla tych bardziej alternatywnych zjadaczy kultury. Albo sięgając na sam szczyt: David Bowie śpiewający o Myszce w swoim „Life on Mars?”, traktując ją jako umęczoną ofiarę Ameryki – niegdyś kochaną, a potem sprowadzoną do roli dojnej krowy. Miki, choć wcale niezwiązany bezpośrednio z muzyką, był przez muzyków nawet jeśli nie kochany, to na pewno nie przeoczony.

Myszka miki

Powiązania z prawdziwym, nierysunkowym, show-biznesem jednak istnieją i są dość mocne. To właśnie od imienia Mikiego swoją nazwę wziął słynny Mickey Mouse Club – popularny zwłaszcza na początku lat 90. w Stanach Zjednoczonych program muzyczny dla dzieci i zarazem kuźnia talentów, w której swoje pierwsze kroki stawiały takie gwiazdy, jak Justin Timberlake, Britney Spears, Ryan Gosling, Christina Aguilera czy Keri Russell. Miki i jego stworzeni przez Walta Disneya niedługo później przyjaciele, tacy jak Kaczor Donald czy Goofy, byli także odpowiedzialni za rozkwit przemysłu parków rozrywki. Szał na ogromne tematyczne lunaparki był przecież wynikiem uruchomienia w 1955 r. w Kalifornii pierwszego Disneylandu, w którym odwiedzający mogli po raz pierwszy zobaczyć swoich rysunkowych bohaterów – dotknąć ich, uściskać i zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie. Dzisiaj, w czasach powszechnego zblazowania i wszechobecnego internetu, nie wydaje się to niczym szczególnym. Wtedy było to jak działające na wyobraźnię czary.

Nic jednak lepiej nie podsumowuje gigantycznej roli, którą odegrał Miki w popkulturze i umysłach, niż to, co zrobił z nim na początku lat 80. Andy Warhol. Wziął on bowiem animowaną Myszkę i postawił ją w swojej serii „Myth” na piedestale, obok innych symboli. Pyszczek Mikiego na wielkim obrazie, obok dziewięciu innych prac, na których znaleźli się m.in. personifikacja Stanów Zjednoczonych, czyli Wuj Sam, Superman, Święty Mikołaj czy Drakula. Za każdym razem, kiedy patrzę na ten obraz, który tak naprawdę nie jest niczym szczególnym – ot, kolejną niezmienioną za wiele odbitką twarzy Mikiego, jestem spokojny. Bo nawet jeśli za sto lat animacje z Mikim przestaną być dla najmłodszych interesujące, ktoś zbankrutuje, ktoś inny przestanie tworzyć obrandowane produkty, a nas, fanów Myszki, już zabraknie, sztuka przetrwa. Miki będzie żył wiecznie.

Autor: Zdzisław Furgał

Dodaj komentarz