Perfekcja brzydoty

Daniel Gutowski

Myślisz o sobie jak o człowieku z branży komiksowej?
Tak, od ponad 10 lat należę do awangardowej grupy komiksowej Maszin. Stały skład to: Jacek Świdziński, Michał Rzecznik i Mikołaj Tkacz (razem prowadzą fanpage Naprawdę Nieśmieszne Rysunki), Leszek Wicherek, Michał Możejko, Renata Gąsiorowska i Bartek Zadykowicz. Poznaliśmy się na portalu Digart.pl, Mikołaj, wówczas 13-letni, zaprosił nas do zrobienia wspólnego zina. Od tej pory trzymamy się razem, podobnie patrzymy na komiks.

To znaczy jak?
Eksplorujemy go jako medium wizualne. Na przykład „Przygody Nikogo” Mikołaja Tkacza prowadzą czytelnika wzdłuż pustych ścian, zadając egzystencjalne pytanie, kim jest ten Nikt. Komiks nie musi służyć opowiedzeniu jakiejś historii lub dowcipu, nie musi wyglądać jak storyboard do filmu czy prosty żart obrazkowy. Może dać odbiorcy doświadczenie niespotykane w żadnym innym medium. Jako Maszin wydaliśmy zbiór komiksowy „Maszinga”, w którym zmierzyliśmy się z formą mangi. Okazało się, że słowo maszinga znaczy w języku japońskim „zwodnicze nowe obrazy”, więc idealnie wpasowało się w kierunek naszych działań. Jesteśmy rozrzuceni po Polsce i po świecie, więc spotykamy się codziennie na facebookowym czacie. Jego zapis też chcielibyśmy kiedyś wydać.

Ukończyłeś szkoły artystyczne?
Sam nauczyłem się rysować. Jako nastolatek wyciąłem zdjęcie Norah Jones z „Polityki”, narysowałem je kredką i uznałem, że realizm dobrze mi wychodzi. Zamiast na ASP poszedłem na socjologię, ale też nie wierzyłem wtedy, że z rysowania można żyć.

Mimo to zostałeś artystą.
Wiele zawdzięczam Patrykowi Mogilnickiemu, który umieścił mnie w książce „Nie ma się co obrażać”. Dzięki zleceniom na ilustracje łatwiej mi było rzucić pracę w agencji reklamowej, uwierzyłem w siebie, zacząłem prowadzić warsztaty z Photoshopa. Sam chętnie używam tego programu, czasem do rysowania, ale głównie do kolorowania.

Potocznie „sfotoszopowany” to obelga.
Tak, w fotografii. W ilustracji Photoshop to też trochę oszustwo, ale na przykład Caravaggio korzystał z camery obscury, rzucając obraz na płótno. Vermeer tak samo. Mogę wrzucić zdjęcie na jakąś warstwę, rysunek na kolejną – jest łatwiej. Ryzyko polega na zatraceniu swojego stylu, bo najczęściej graficy korzystają z tych samych narzędzi, więc efekt jest podobny. Swojego stylu wciąż szukam, bo choć wszyscy mówią mi, że go mam, to jeszcze go nie widzę.

Jak powstała twoja Myszka Miki?
Bawił mnie pomysł, że Myszka uczy się rysować siebie. Bo choć przez lata się zmieniała, to pozostała ta sama. O tym jest mój rysunek. W tle poukrywałem też jej przyjaciół. Są tu: Goofy, Minnie, Donald, Pluto – każdego widać tylko kawałek, ale są rozpoznawalni. Z dzieciństwa pamiętam, że w dodatkach do komiksu „Kaczor Donald” było ćwiczenie, jak narysować Myszkę Miki, zaczynając od prostych figur. Mogę się założyć, że każdy ilustrator ma gdzieś w szkolnych zeszytach koślawo narysowane Kaczory i Myszki. Mam do nich nostalgiczny stosunek. Dawno
temu wpadł mi w ręce komiks „Przygody Tarzana” wydany w PRL-u, w którym obok Tarzana pojawiali się też Snoopy, Donald czy Miki – wszyscy narysowani w Polsce, na podstawie zachodnich publikacji. Efekt jest koślawy, a zarazem przepiękny. Zresztą naturalizm i intencjonalna brzydota – to coś, do czego chciałbym dążyć.

Myszka Miki

Ale w twojej Myszce tego nie widać – jest elegancka, piękna, lekka, z gracją nawiązuje do przeszłości – mogłaby być ilustracją do „New Yorkera”.
Dziękuję, jestem wielkim perfekcjonistą. Ale co innego, gdy robię coś dla siebie, a co innego, gdy mierzę się z gotowym językiem wizualnym. Chciałem, żeby ta ilustracja była czytelna.

Narysowałeś Myszkę, interesuje cię też film?
Bardzo lubię filmy Kubricka: precyzja w prowadzeniu kamery, budowaniu narracji. Podoba mi się, jak w „Barrym Lyndonie” plan się rozszerza i kadr zaczyna przypominać XVIII -wieczne malarstwo. Ale lubię też serial anime  „One Punch Man” za to, że przełamuje konwencję. Ostatnio zachwyciły mnie też przepiękne teledyski gościa z Meksyku o ksywie Cossa. Przecudne rzeczy: dużo geometrii, psychodelii, 3D w służbie 2D. Oglądam też strasznie dużo youtuberów, którzy recenzują płyty hiphopowe.

Kogoś polecasz?
Żadnego, wszyscy są straszni. Największą inspiracją są dla mnie jednak komiksy. Kiedy z moją dziewczyną Martą Tomiak, która też jest ilustratorką, byliśmy w Bolonii, odkryliśmy Icinori – japońsko-francuski duet tworzący prześliczne artbooki: rozkładane harmonijki, okładki z tektury, tłoczenia wypełnione złotą farbą. Chciałbym, żeby moje komiksy były choć odrobinę do tego podobne. W naszej grupie wszyscy sobie czegoś zazdroszczą: Jackowi – szybkości, dowcipu, Michałowi – ogromnej liczby śmiesznych rysunków, Mikołajowi – kopalni pomysłów oraz „Przygód Nikogo” – komiksu wszech czasów.

A tobie?
Mnie zazdroszczą najładniejszych komiksów.

Rozmawiała Adriana Prodeus

Daniel Gutowski Okładka „Aktivista” to jego pierwsza okładka. Prawie, bo wcześniej zaprojektował tylko oprawę swojego komiksu „Maczużnik” i „Klub zina”. Teraz rysuje komiks „Kwarantanna”, który chce wydrukować na RISO (ciekawe efekty barwne, nieregularności, gładki gradient zmienia się w raster lub piksel), bo nie chce wydawać komiksów takich jak wszyscy. Tylko takie jak Olivier Schrauwen czy Icinori. Gdy na nie patrzy, nie wie, jak zostały narysowane czy  pokolorowane. Fascynują go rysunki Yuichi Yokoyamy: jego abstrakcyjny, geometryczny świat rytmu, idealna kreska. W prywatnym śledztwie zbadał, że Yokoyama korzysta z odpowiednio zakrzywionych szablonów, ale nie wie, jak rysuje stalówką tak, że nic mu się nie rozlewa. Sam też nieźle kombinuje, wykorzystuje: 3D, Photoshopa, cienkopis, ale i marmurkowy papier jako tło w rysunkach kosmosu.

Dodaj komentarz