Patriotyzm intymny. Rozmawiamy z Błażejem Królem

Z muzykiem i tekściarzem, związanym przed laty z UL/KR, tworzącym wraz z żoną Iwoną i Mateuszem Rychlickim trio Kobieta z Wydm, a przede wszystkim mózgiem i sercem projektu Król, spotkaliśmy się przy okazji premiery jego najnowszej płyty, „Przewijanie na podglądzie”. Porozmawialiśmy o procesach twórczych i okołotwórczych, niewłączaniu wiadomości i o nocnych zwierzętach.


Dlaczego właściwie projekt Król jeszcze istnieje?

Błażej Król: Bo ja istnieję, jeszcze żyję!

Ale kiedy pojawiła się Kobieta z Wydm, myślałem, że to ona stanie się projektem twojego życia. A tu nagle czwarta płyta Króla. Złamałeś swój cykl wydawniczy! Normalnie wszedłbyś w nowy projekt lub kontynuował Kobietę.

Zrobiłem to bez zastanowienia i bez specjalnej ekonomii. Nie rachowałem, że odpuszczam, bo coś się nie sprzedało, czy wyciskam, bo sprzedało się dobrze i jest na to odbiorca. Z UL/KR było bardzo spoko finansowo i mogliśmy doić to jeszcze przez kilka lat, ale powiedzieliśmy sobie że już wystarczy. Z Kobietą z Wydm było natomiast ciut „awangardowo” i nie zarabialiśmy kokosów, ale uwielbimy ze sobą spędzać czas. Stwierdziliśmy, że nie zawieszamy działalności ale zrobimy sobie przerwę. W tym działaniu nie ma zasady. Ten nowy materiał Króla powstał zresztą kiedy koncertowaliśmy z KZW. Ale czy nosi znamiona tamtego projektu? Czy jest podobny do którejś z wcześniejszych płyt Króla? Co myślisz?

Jest trochę inny od reszty Króli. Jaśniejszy, zrytmizowany, mniej tu chłodu.

Ostatnio trochę bardziej otworzyłem się na ludzi, trochę więcej od siebie daję. Tak, otwartość to chyba najlepsze słowo. Może właśnie przez to ten materiał jest jaśniejszy ale moim nieskromnym zdaniem potrafi też momentami przyprawić o ciarki.

Dostajesz sygnały od fanów, którzy tęsknią za poprzednimi, zamkniętymi już projektami? Czytałem coś kiedyś o „sierotach po UL/KR”.

Niedawno spotkałem się na jakiejś zabawie z Maurycym. Nawet rozmawialiśmy o wspólnym graniu, ale nie mamy na to wielkiego ciśnienia, nie czujemy, że musimy to zrobić. Ostatnio nagrałem dwa nowe utwory i mówię: „Iwona, może to by było na UL/KR”. Ale teraz trudno byłoby wrócić i oddać klimat tamtych nocy. Te sieroty UL/KR-owe to jest fajny tekst. My też jesteśmy tymi sierotami.

A co to są te „noce”? Proces twórczy jest u ciebie stricte nocny?

Wtedy byliśmy dosłownie nocnymi zwierzętami. Dziś to już pojęcie bardziej metaforyczne. Jesteśmy trochę starsi i choć ciągnie nas do rozrabiania i wydłużania weekendów, siły już nie te i obowiązków ciut więcej.

Fascynująca jest ta regularność w procesie wydawniczym twoich projektów. Ten cykl wiosenny. Od wielu lat nowe płyty wychodzą co roku i to zawsze w marcu lub kwietniu.

To wypada naturalnie. Po nagraniu i wydaniu albumu jest taki moment, że nie mogę już słuchać tego materiału, zaczynam kombinować, szukam nowej draki. Szybko się nudzę.

A zmieniłeś cokolwiek przy okazji „Przewijania na podglądzie”?

Tak, postanowiliśmy z Iwoną, że zajmiemy się na jakiś czas tylko procesami okołotwórczymi. Ograniczamy pracę zawodową. Ja na przykład po 10 latach rzuciłem pracę, a Iwka wybiera się na 2-miesięczny urlop.

To „zwykłe życie”, dzielenie codziennych obowiązków z karierą, było chyba znakiem rozpoznawczym Błażeja Króla.

No to teraz dołączam do grona sfrustrowanych bezrobotnych artystów, choć zawsze się przed tym broniłem. Praca codzienna zawsze była dla mnie wentylem bezpieczeństwa. Teraz może nie jestem specjalnie mądrzejszy ale zamierzam wykorzystać „tę chwilę” mądrze. Nie boję się też wrócić do pracy w tej czy innej korporacji, jeśli poczuję, że to nie jest to.

Ma to też związek z większą ilością koncertów? Nie dało się już łączyć pracy z karierą?

Nie, to był wybór, którego dokonaliśmy razem i nie tylko z okołomuzycznych pobudek. Muzyka muzyką, koncerty koncertami, ale siedzenie na 12-godzinnej zmianie po prostu męczy głowę. Teraz możemy być razem i nawet nie tyle co grać, ale oglądać seriale czy podróżować. Serio, chcę jak najwięcej czasu spędzać z żoną i przy okazji zagrać jeszcze więcej koncertów i napisać jeszcze więcej smutnych piosenek.

No właśnie, bo ten projekt, choć wszędzie opisywany jako „projekt Błażeja Króla”, nazywa się Król i dotyczy was obojga. Czy robicie przy nim wszystko razem czy tylko ty piszesz teksty, nagrywasz i dopiero na koniec pokazujesz Iwonie?

Na początku tak było. Iwona była takim co-producentem, który podpowiada, ukierunkowuje, który mówi, że coś jest „not” albo „hot”. Teraz zaczyna być „półprofesjonalnym muzykiem”, czyli zupełnie jak ja. Nawet proces pisania tekstów już jest taki, że niedługo będę musiał pisać „tekst: Iwona i Błażej Król”. Od niedawna testujemy też nową technikę – wycinanek. Zawsze się nią posługiwałem, ale teraz zaczęliśmy robić to wspólnie. Pojawia się druga osoba, która zaczyna drążyć i pytać np. „o czym jest ten tekst?”. Dla mnie to idealne rozwiązanie, ponieważ tekst zaczyna dla mnie żyć w momencie, kiedy pojawia się odbiorca. Uwielbiam, jak ktoś zaczyna interpretować. Ostatnio na przykład usłyszałem, że utwór „Do Domu” jest o uchodźcach. To bardzo ciekawe spostrzeżenie.

A jest? Bo z jednej strony wyraźnie widać, że zależy ci na tym, żeby nie pisać o niczym konkretnym, ale z drugiej chyba musi cię coś inspirować. Co powiesz na obecne czasy? Na komentarz na temat Polski w 2018 roku na krawędzi upadku?

Mieszkam na wiosce, wracam z pracy po 12 godzinach i nie włączam wiadomości, wolę porozmawiać z Iwoną. Nie jestem artystą walczącym, chyba, że chodzi o patriotyzm lokalny czy patriotyzm intymny. Ale jeśli poczuje że coś jest nie po mojemu, to złapię za widły.

To powiedz jeszcze, jaki był na płycie udział Piotra Waglewskiego, czyli Emade?

Piotr pojawił się na końcu i był takim szlifierzem, osobą, która dodała przestrzenności, światełka, która okiełznała wszystkie lo-fi-owe ścieżki, które nagrałem w domu. Pojawiła się nowa osoba, ucho i oko. To tak jak z szatą graficzną albumu – do tej pory ja ją tworzyłem, a teledyski robiliśmy wspólnie. Wszystko na zasadzie „małej komuny”. A teraz do zrobienia okładki została zaproszona Barrakuz. 

Zaczynasz traktować to wszystko coraz bardziej profesjonalnie?

Wydawać by się mogło, że zrobiliśmy to, żeby dotrzeć do większej ilości ludzi, i jest w tym jakaś prawda. Nie boję się tego, bo ja jestem chłopak od piosenek i chcę, by tych piosenek słuchano. Ego rośnie, zajebiście się wtedy czuję. „Tak, tak – to jest ta chwila”, jak śpiewał Kaliber 44. Ale, zupełnie serio, to nie był efekt zamierzony. Ale ciesze się bardzo z obranych wyborów.

A nie pomogło w tym Męskie Granie? To w końcu taka impreza, która uderza w publiczność mainstreamową.

Ale my się zawsze tam przemykaliśmy. Pojawialiśmy się rokrocznie z tym czy innym projektem i jakiś odzew zawsze był, czy to na Offie, czy Męskim, czy Open’erze, czy Tauronie, ale potem zawsze wracamy do siebie na wioskę.

Rozmawiał: Zdzisław Furgał

Dodaj komentarz