Patent na czerń. Rozmawiamy z zespołem BOKKA

Foto: Filip Blank

BOKKA wypuszcza właśnie trzeci album, „Life On Planet B” i jak sami mówią, choć marzą o międzynarodowym sukcesie, tradycyjnie nie chcą uczestniczyć w sztucznym napędzaniu czegokolwiek. Nam opowiedzieli o swoich nowych maskach, inspiracji muzyką ze „Stranger Things”, odnajdywaniu siebie na nowo i yoyoingu.


Czy ludzie wciąż głowią się, kto kryje się za BOKKĄ? Czy dalej pojawiają się jakieś teorie spiskowe?

Już nie. Początek był pod tym kątem intensywny, ale nawet jeśli ktoś próbował rzucać nazwiskami spotykał się z oburzeniem i finalnie zmuszany był do usunięcia swojego komentarza. Bardzo nas to cieszy, że fani szanują naszą ideę i nie czują potrzeby wnikania tam, gdzie my nie chcemy, żeby wnikali.

Ten zespół od początku miał tak wyglądać, czy cała otoczka pojawiła się później?

Zaczęło się od eksperymentu, który przeprowadziliśmy w 2013 roku, wpuszczając w internet piosenkę „Town of Strangers” wraz z teledyskiem. Chcieliśmy zwyczajnie sprawdzić, czy w czasach, w których istotniejsze wydawały się aspekty niepowiązane bezpośrednio z muzyką, czyli kto z kim, gdzie się pokazał i w co był ubrany, muzyka ma jeszcze szansę obronić się sama. Czy można skupić uwagę słuchaczy wyłącznie na tym, co w naszym odczuciu było i jest najważniejsze. Mieliśmy oczywiście nadzieję, że tak się stanie, ale nikomu z nas nie przeszło wtedy przez myśl, że idąc poniekąd pod prąd, odrzucając wywiady w radiu czy telewizji, bywanie na imprezach, po to żeby zaistnieć i trzymając w ukryciu nasze tożsamości uda się nam przebić na taką skalę. Nikt z nas nie lubi taniego blichtru, cenimy sobie prywatność, lubimy być poza, więc sytuacja była dla nas idealna – udało się osiągnąć cel bez uruchamiania typowej „machiny promocyjnej”. I nadal jest nam z tą ideą bardzo po drodze.

Każdej płycie towarzyszą nowe maski. Obecne trochę przypominają mi tę z filmu „Black Panther” Czy projektując je zastanawiacie się, jak będą sprawdzały się na scenie?

Oczywiście. Zawsze mieliśmy na twarzach coś, co odbijało światło. Nie pokazujemy twarzy, ale to nie znaczy, że ich nie mamy. Pierwsze maski miały lustra weneckie, drugie skonstruowane były z małych, również lustrzanych elementów, teraz poszliśmy w końcu w upragnioną czerń. Już nieraz ją rozważaliśmy, tylko baliśmy się, że wprowadzi zbyt dużo wizualnego mroku. Na szczęście znaleźliśmy odpowiednich ludzi (Mateusza Osadowskiego, który zaprojektował maski i Bolę odpowiedzialną za nasze nowe stroje), którzy znaleźli patent na to, jak tę czerń ożywić. Na pewno będzie to można docenić na koncertach.

Foto: Filip Blank

Opis tytułowej Planety B, na której „czujecie się najbliżej kosmosu” bardzo mnie rozczulił. Czy to miejsce, gdzie spotykacie się by tworzyć? Chata na wsi? Czy to w ogóle Ziemia?

(śmiech) To miejsce, do którego uciekamy od zgiełku miasta w każdej wolnej chwili. Mamy tam wszystko, co potrzebne do kreatywnej pracy – przestrzeń, spokój, słońce, stare pianino, gitarę, hamak, zwierzęta, kominek, świeże powietrze i tanie wino (śmiech). Życie płynie tam znacznie wolniej i przyjemniej, a to zwiększa liczbę momentów, w których wpada do głowy jakiś pomysł. Nam wpadło ponad 30, więc było z czego wybierać.

Mam wrażenie, że „Life On Planet B” jest dużo bardziej przebojowe od „Don’t Kiss and Tell”, ale też smutniejsze.

„Don’t Kiss and Tell” było wynikiem naszych koncertowych doświadczeń. Wtedy czuliśmy, że chcemy mieć więcej gitar i agresji w samych kompozycjach. Odeszliśmy od charakterystycznej dla debiutu melancholii i oddechu, którego bardzo szybko zaczęło nam brakować. Pod koniec 2016 roku postanowiliśmy zrobić roczną przerwę, żeby mieć czas na odnalezienie BOKKI na nowo. Po raz pierwszy odwróciliśmy proces komponowania i najpierw powstały teksty. Pisane zimą dotknęły tematów znacznie mroczniejszych, między innymi wszechogarniającej samotności. Na szczęście później przyszła wiosna, dzięki której finalnie nie jest tak przytłaczająco, ale w porównaniu z poprzednią płytą jest zdecydowanie więcej przestrzeni do namysłu.

Podobno „I’m in Love with the Dead Man” zainspirowany jest nie tylko prawdziwą historią, ale też serialem „Stranger Things”. Jak bardzo wasze działania wspomaga oglądanie filmów i seriali, a ile jest w tym inspiracji muzycznych?

Nigdy nie wiemy, w którą stronę nas pociągnie. Jest nas czworo, każdy słucha trochę innej muzyki, a to, co razem tworzymy jest wypadkową wielu czynników: gustu, byłych i obecnych fascynacji muzycznych, stanem umysłu w danym momencie, instrumentu, który wpadnie nam w ręce, dobrego filmu, czy serialu, który właśnie oglądamy. Obok warstwy muzycznej „Stranger Things” nie można było przejść obojętnie –  wspaniałe brzmienia ukręcili tam panowie z zespołu Survive i bardzo inspirujące. Ten klimat pasował nam idealnie do „In Love With The Dead Man” – historii dwojga młodych ludzi, którzy planowali spędzić ze sobą życie, ale rozłączyła ich nagła śmierć. Po niej dziewczyna długo nie mogła się pozbierać. Pierwszy rok spędziła na grobie ukochanego, gdzie uczyła się, spotykała ze znajomymi, spędzała każdą wolną chwilę. To była inspiracja do napisania tekstu, próba wcielenia się w jej skórę i wyobrażenia sobie, jakie to może być odczucie, kiedy kochasz człowieka, który nie żyje.

Foto: Filip Blank

Czy podczas pracy nad płytą pojawiały się pomysły dołączenia do niej gości? Współproducentem albumu jest Daniel Walczak, znany ze współpracy z Dawidem Podsiadło, więc pewnie wystarczyłby jeden telefon…

Mieliśmy jeden pomysł, dotyczył on artysty zagranicznego, ale trochę za późno się zabraliśmy za ogarnięcie tematu. Poza tym okazało się, że jest w dołku twórczym i sam boryka się ze swoim materiałem, więc nie miał mocy, by wchodzić w cokolwiek innego. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś się uda.

Planujecie kolejne teledyski? Możecie coś zdradzić?

Tak, w tym roku pojawią się jeszcze kolejne dwa, które są już w trakcie przygotowań, a na początku przyszłego roku, jak wszystko dobrze pójdzie, być może ukaże się jeszcze jeden. Śmiejemy się, że jeśli tyle kreatywnych osób będzie się do nas nadal zgłaszać, to zanim się obejrzymy całą płytę zilustrujemy obrazem.

Czy dostajecie propozycje wykorzystania waszych utworów w reklamach?

W reklamach jeszcze nie, ale co pewien czas dostajemy zapytania o wykorzystanie naszych utworów w filmach. W zeszłym roku ilustrowaliśmy pierwszy pełnometrażowy dokument o yoyoingu „We are throwers” Piotrka Śmietany, który nas zaskoczył, bo nie byliśmy świadomi, że zabawka, którą każdy zna z dzieciństwa urosła do rangi sportu i stylu życia. Co roku odbywają się mistrzostwa świata, są różne rodzaje yoya i kilkadziesiąt ewolucji, które przyprawiają o opad szczęki. Polecamy obejrzeć. W tym roku natomiast zgłosiła się do nas Sidney Ribot, autorka krótkometrażowego filmu „A Reasonable Man” w całości kręconego w Pekinie, której idealnie pasował nasz „Town Of Strangers” do sceny finałowej. Fajne jest to, że dzięki internetowi człowiek mieszkający niemalże w innej galaktyce ma szansę natknąć się na naszą muzykę.

W czerwcu gracie na Metronome Festival Prague i to w doborowym towarzystwie. Macie jeszcze jakieś plany pojawienia się na zagranicznych festiwalach? Gdzie chcielibyście zagrać?

Chcielibyśmy zagrać wszędzie! A gdzie się uda, zobaczymy. Mamy nadzieję, że wsparcie międzynarodowej wytwórni, jaką jest PIAS, pomoże nam dotrzeć jak najdalej.

Czy „Life On Planet B” będzie Best New Music na zagranicznych portalach? Lobbujecie czy macie to gdzieś?

Marzymy o tym, ale nie uczestniczymy w żadnym sztucznym napędzaniu czegokolwiek. Wysyłamy informacje w świat o tym, że jesteśmy i że właśnie nagraliśmy nową zajebistą płytę, więc jeśli coś ma się wydarzyć, to się wydarzy, jeśli nie, będziemy robić dalej swoje.

 

Pytał: Zdzisław Furgał
Foto: Filip Blank

 

Dodaj komentarz