Owiny Sigoma Band – świetna trzecia płyta kenijsko-brytyjskiego projektu


Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/valkea/domains/aktivist.pl/public_html/wp-content/themes/aktivist/inc/single-rating.php on line 30

Cokolwiek się stanie, jestem przekonany, że najlepsza płyta tego roku nie powstała ani w Europie, ani w USA, ani w innym miejscu kojarzonym dotychczas z hurtowym produkowaniem gwiazd.

I nawet jeśli Owiny Sigoma Band nie wylądują na szczytach rocznych podsumowań, to i tak rok 2015 był dla tzw. muzyki świata rokiem przełomowym. Praca u podstaw muzycznych detektywów takich jak Awesome Tapes from Africa sprawiła, że nagle większa publika usłyszała o wariatach, którzy nie bacząc na trendy, robią swoje. Wszyscy ci wariaci pokazują zblazowanym białasom, że muzyka XXI wieku nie musi być wcale biomechanicznym techno. Bo zanim dopadnie nas prawdziwa nuda, zawsze po prostu możemy wrócić do korzeni.

Owiny Sigoma Band to kolejni po Mbongwana Star kozacy, którzy wszystkim niedowiarkom udowadniają, że muzyka z Czarnego Kontynentu już dawno przestała być etno dla wydredowanych dziewuszek. Historia tego zespołu jest równie nietypowa jak jego muzyka. Zaczęło się od charytatywnej akcji, która miała ściągnąć do Kenii (wciąż właściwie nieistniejącej na muzycznej mapie kontynentu) młodych artystów z Londynu. Tak do Nairobi trafili bracia Louis i Jesse Hackett oraz ich szkolny kolega Tom Skinner. Brytole na miejscu poznali Josepha Nyamungo and Charlesa Okoko z położonej na północy kraju wioski Owiny Sigoma – i się zaczęło!

„Nyanza” to już trzeci album w dorobku tej niesamowitej formacji. Wystarczy porównać go z jedną czy dwoma piosenkami z wcześniejszych płyt, by załapać, w jakiej formie jest ten międzynarodowy kolektyw. To już nie jest tylko ciekawostka z kenijskiej prowincji czy multikulturowy eksperyment, tylko doskonały miks dwóch kompletnie różnych światów muzycznych. Wszystko jest tu na opak. Kenijski wokalista śpiewa z przebojową „zachodnią” manierą, a brytyjski bębniarz szaleje jak członek afrokubańskiej orkiestry. Zatarły się wszystkie różnice, granice i koncepcje. I dzięki temu tradycyjne wywoływanie duchów stało się jeszcze dziwniejsze i bardziej niepokojące. Nie wiesz, co wyskoczy zza rogu. Antylopa czy banda gnojków z rurami i nożami. Czy za chwilę spadnie deszcz, czy może w górę poderwie się stado ptaków. Czy bujnie nas łzawa „ballada” czy wylądujemy gdzieś na doprawianej kwasem klubowej imprezie. Znajdziecie tu zarówno blokerską gangsterkę, jak i wioskowy szamanizm. Białą gorączkę i czarną magię. Właściwie wszystko, co może być potrzebne do pełni tropikalnego szczęścia.

Jeśli zachwycił was Africa Express Damon Albarna, to po prostu nie możecie ominąć tego albumu. To już w tej chwili są dźwięki przyszłości i dowód na to, że w czasach gdy cywilizacje walczą na memy i naszpikowane zasiekami granice, mądrzy ludzie robią po prostu pozytywne rzeczy.

Owiny Sigoma Band
„Nyanza”
Brownswood Recordings

Zobacz także:

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

Jeśli piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami, to czyściec bez wątpienia kontynuacjami powieści. „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza jest zapowiadaną szumnie niczym ślub Kim Kardashian kontynuacją trylogii „Millennium”. Czytaj więcej>>

Młodość – reż. Paolo Sorrentino

Sztuka i komercja, metafizyka i proza życia, banał i mądrość – Paolo Sorrentino w swoim nowym filmie ponownie zestawia ze sobą przeciwstawne światy, dowodząc, jak cienka dzieli je granica. Czytaj więcej>>

Rysy – Traveler

Po zaostrzającej apetyt wakacyjnej EP-ce „Ego” oraz świetnym koncercie na festiwalu Tauron Nowa Muzyka wreszcie ukazał się debiutancki longplay chyba najgorętszego obecnie duetu polskiej elektroniki. Czytaj więcej>>

Dodaj komentarz