Oto 7 tytułów filmów, na które w 2017 roku warto czekać

Rok 2017 w kinie mainstreamowym będzie stał pod znakiem sentymentalnych powrotów. Krążą plotki o reanimacji „Gremlinów”, z legendą „Blade Runnera” zmierzy się Dennis Villeneuve, do kin wpłynie też „Słoneczny patrol”. Już bez włochatych fałdek Davida Haselhoffa, lecz z napompowanym bicepsem Dwayne’a Johnsona. Znak czasów. Pewne rzeczy pozostaną jednak niezmienne – Scarlett Johansson znowu zagra robota („Ghost in the Shell”). Ale będą też dobre filmy. Oto siedem tytułów, na które w 2017 roku warto czekać.

 

„La La Land”
reż. Damien Chazelle

Nie jestem wielbicielem musicali, zwłaszcza amerykańskich. Hasanie po ulicach z uśmiechem przyklejonym do twarzy kojarzy mi się z ostrymi stanami maniakalnymi i koniecznością hospitalizacji. Jednak „La La Land” trzeba dać szansę i przymknąć oko na kuriozalność tej konwencji. I to nie dlatego że piruety kręcą tu śliczniutcy Ryan Gosling i Emma Stone. Pod tym musicalem podpisał się bowiem Damien Chazelle, 31-letni reżyser kapitalnego „Whiplasha” –  historii ambitnego perkusisty, w której krwi i napięcia jest tyle, ile w porządnym horrorze. W swoim trzecim filmie Amerykanin składa hołd złotej erze Hollywood w opowieści o parze niespełnionych młodych artystów, którzy muszą się skonfrontować z trudną rzeczywistością amerykańskiego show-biznesu. Tak, tu też hasają po ulicach, ale Chazelle jest zbyt inteligentnym reżyserem, by zrobić wyłącznie roztańczoną wydmuszkę. Premiera: 20 stycznia


„Sieranevada”
reż. Cristi Puiu

Ten film powinien obejrzeć każdy, kto boi się rodzinnych przyjęć. Cristi Puiu urządza swoim bohaterom piekło w M3, dzięki któremu serwowane przez empatyczne ciotki pytania: „Masz już dziewczynę?” czy „A kiedy ślub?” nie będą wydawały się takie straszne. „Sieranevada” to historia kolacji wydanej w pierwszą rocznicę śmierci nestora rodu. Zgodnie z tradycją dania muszą być poświęcone przez księdza. Ten się jednak spóźnia – dania stygną, salaterki się kurzą, a atmosfera z minuty na minutę gęstnieje niczym galareta. Rumuński reżyser,  przez niemal trzy godziny właściwie nie opuszczając ciasnych pokoi, rysuje galerię zaskakująco znajomych postaci – sfrustrowanych, nieszczęśliwych, gotowych rzucić się najbliższym do gardeł znad talerza mamałygi. Piękny horror na tle meblościanek, w sam raz po świątecznej traumie. Premiera: pierwsza połowa roku 


„T2: Trainspotting”
reż. Danny Boyle 

Ryzykowne przedsięwzięcie. Danny Boyle po nieszczególnie udanym flircie z Hollywood wraca na  własne podwórko i do tematów, w których czuje się najswobodniej – dragów, gangsterskich porachunków i ponurego życia na brytyjskim zadupiu. Oryginalny „Transpotting” z 1996 r. – pozycja kultowa dla większości dzieciaków urodzonych w latach 80. – był dla Boyle’a przepustką do wysokobudżetowego kina i filmów tak złych czy pozbawionych autorskiego stylu jak „Niebiańska plaża” czy „Slumdog”. Dokąd go zaprowadzi druga część, trudno powiedzieć. Ewana McGregora, wcielającego się w rolę Rentona – wielbiciela heroiny i tarapatów, nie zastąpiono bardziej popularnym nazwiskiem. Ekipa jest ta sama – wciąż żywa, mniej naćpana i trochę bardziej spuchnięta. Na pewno nie jest to odcinanie kuponów, bo scenariusz oparto na nieźle przyjętej powieści „Porno” Irvine’a Welsha. Tylko czy da się wymyślić coś lepszego od sceny „ponownych narodzin” w muszli klozetowej? Premiera: 3 lutego


„Cmentarz wspaniałości”
reż. Apichatpong Weerasethakul

To jest to nazwisko, którego wymowy trzeba się nauczyć na pamięć, by na imprezach robić wrażenie podczas rozmów z nieznajomymi. Na pewno zadziała. A że mało kto wie, kim jest tajlandzki reżyser, to w zasadzie nie trzeba nawet oglądać jego filmów. Choć byłoby szkoda. Kino Weerasethakula trudno do czegokolwiek porównać – swobodnie przeplata się w nim magia z realizmem, a społeczna wrażliwość i liryzm z abstrakcyjnym humorem. Najlepszym dowodem tej oryginalności jest „Cmentarz wspaniałości”, drugi film  Apichatponga, który trafia na polskie ekrany. To historia szpitala wojskowego na tajlandzkiej prowincji, w którym przebywają żołnierze cierpiący z niewyjaśnionych powodów na śpiączkę. Stan jednego z nich poprawia się, gdy do oddziału przybywa nowa opiekunka. „Cmentarz…” to okazja do poznania świata wyobraźni, która krąży osobnymi, zaskakującymi ścieżkami. Premiera: 3 lutego


„Elle”
reż. Paul Verhoeven

Jedno z większych zaskoczeń roku. Reżyser takich kampowych arcydzieł jak „Showgirls” czy „Żołnierze kosmosu”, po dziesięciu latach od ostatniego filmu, nakręcił błyskotliwy thriller, pod którym mógłby podpisać się Roman Polański. „Elle”, oparta na popularnej powieści Philippe Djiana, to historia 50-letniej Michelle, która pada ofiarą gwałtu. Po zajściu zmywa krew z nóg i jak gdyby nigdy nic idzie do pracy. Zamiast udać się na komisariat, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Paul Verhoeven podjął bardzo słuszną decyzję – w roli kobiety, która wkracza na ścieżkę zemsty, obsadził Isabelle Huppert. Okazuje się, że francuskiej aktorce jest do twarzy z siekierą. „Elle” sprawdza się nie tylko jako trzymające w napięciu, wystawiające uwagę widza na próbę kino gatunkowe, lecz także jako perwersyjne studium utraty tożsamości. Premiera: 27 stycznia


„Toni Erdmann”
reż. Maren Ade

Nie ma nikogo takiego jak Toni Erdmann. To postać fikcyjna, nietuzinkowy biznesmen, w którego wciela się emerytowany nauczyciel Winfried, by wywrócić do góry nogami życie swojej córki Ines – gwieździe managementu w rumuńskiej filii międzynarodowej korporacji. Intencje ma szczytne. W niekonwencjonalny, raz zabawny, raz ocierający się o okrucieństwo sposób chce jej uświadomić, że świat nie kończy się na tabelkach w Excelu, prezentacjach i lanczach z klientami. Wbrew pozorom „Toni Erdmann” nie ma nic wspólnego z natchnionymi fałszywkami spod znaku „Jedz, módl się i rób przysiady” czy mindfulnessowymi truizmami. Reżyserka przedstawia dwa oblicza samotności, nie stawiając prostych diagnoz. Buduje sceny z kapitalnych dialogów, nie ucieka w karykaturę i wie, jak sprawić, by bohaterowie, śmieszni, słabi i nieraz odpychający, stali się widzowi bliscy. Premiera: 27 stycznia


„Dau”
reż. Ilja Krzanowski 

Obecność tego filmu na tej liście to w pewnym sensie zaklinanie rzeczywistości – trudno powiedzieć, czy „Dau” kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Ilja Krzanowski wraz z pisarzem Władimirem Sorokinem kilka lat temu porwali się na piekielnie trudny eksperyment. Na potrzeby realizacji przygotowano plan filmowy zajmujący 12 tys. metrów kwadratowych. W sztucznym miasteczku-instytucie, w którym zostały odtworzone realia życia w Związku Radzieckim lat 40., miała zamieszkać cała ekipa. Aktorzy nosili stroje z epoki, płacili starymi rublami i jedli to, co było dostępne w sklepach sprzed dekad. Krzanowskiemu chodziło o stworzenie alternatywnej rzeczywistości, którą rejestrowały rozmieszczone na całym terenie kamery i mikrofony. W obsadzie, oprócz aktorów rosyjskich, m.in. Marina Abramovic. Zdjęcia zakończono w 2011 r. spaleniem całego miasteczka. Od tego czasu reżyser zmaga się z postprodukcją swojego dzieła totalnego. Na film czeka nie tylko festiwal w Cannes, ale i rosyjskie Ministerstwo Kultury, który jakiś czas temu zażądało zwrotu ogromnego dofinansowania. Premiera: przyszłość

  • Najbardziej czekam na Toni’ego Erdmann’a.