„One more time with feeling”. Rozmowa z reżyserem

Andrew Dominik, australijski reżyser filmowy, autor docenionych przez światową krytykę dzieł (western „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda” oraz pokazywany w Cannes kryminał „Killing Them Softly”), zaprasza widzów na wyjątkowe doświadczenie filmowe – wizjonerski, a zarazem kameralny dokument nakręcony całkowicie w trójwymiarze oraz czerni i bieli – „One more time with feeling”. Podobnie jak „20 000 dni na Ziemi”, dokument ten skupia się wokół barwnej i nieprzeniknionej osoby Nicka Cave’a, a dedykowany jest pamięci jego tragiczne zmarłego syna Arthura. Przyczynkiem do powstania filmu była realizacja nagrań do najnowszego albumu Cave’a. W rozmowie z „Aktivistem” Dominik opowiada o swojej osobliwej relacji z autralijskim muzykiem i o tym jak kręci się filmy w trzecim wymiarze. Reżyser odpowiada również na pytanie, czy kino może stanowić pełnoprawne narzędzie do walki z życiową traumą i podaje doskonały przepis na dobry tytuł dokumentu muzycznego.

„One more time with feeling” nie trafi do pełnej dystrybucji kinowej, jest jednorazowym wydarzeniem filmowym o skali światowej. 8 września rozpoczyna się cykl pojedynczych pokazów, natomiast dzień później (9.09.2016) odbędzie się światowa premiera studyjnego albumu Cave’a, „Skeleton Tree”.

2007_the_assassination_of_jesse_james_by_the_coward_robert_ford_andrew_dominik-1200x520

Diana Dąbrowska: Jak doszło do spotkania z Nickiem Cavem? Dlaczego do realizacji swojego projektu wybrał akurat ciebie, reżysera, który w swojej karierze skupiał się przede wszystkim na fabułach i kinie silnie gatunkowym?

Andrew Dominik: Znamy się z Nickiem od ponad trzydziestu lat, a prawdziwą przyjaźń nawiązaliśmy jakąś dekadę temu. Choć tylko sam Cave wie dlaczego do realizacji tego projektu wybrał akurat mnie, mam oczywiście na ten temat pewne domysły. Reżyser, który zrealizował poprzedni dokument o Nicku, kochał Arthura, był jego przyszywanym wujkiem, przeżył tragedię Cave’ów niemalże jak członek rodziny. Wydaje mi się, że na tym tle mogłem wnieść do projektu potrzebny – w tak dramatycznych sytuacjach – dystans, sprawić, by film był czymś więcej niż tylko rodzajem żałoby. Jako przyjaciel jesteś w trudnej sytuacji – starasz się wchodzić butami do czyjegoś życia, chcesz coś poradzić, ale często nie trafiasz ze swoimi radami i musisz po prostu najbliższą ci osobę zostawić w spokoju. A Cave miał taką wewnętrzną potrzebę, żeby zmierzyć się ze swoim bólem, chociaż spróbować nadać mu kształt, bo ma świadomość – i mówi o tym wprost w filmie – że tego bólu nie da się okiełznać. Niemniej, Nick nie chciał tym razem widzieć we mnie przyjaciela, a reżysera, kogoś kto ma wykonać robotę i doprowadzić ten projekt od początku do końca, nawet jeśli po drodze trzeba będzie zmierzyć się z dużymi trudnościami.

„One more time with feeling” rozgrywa się właściwie na dwóch płaszczyznach – studia nagraniowego, w którym mamy do czynienia z Cavem przy pracy oraz sfery wyznań prywatnych, rodzinnej, intymniej. Szczególnie odważnie odbieramy treści zawarte w tej drugiej przestrzeni, Cave nie nakłada żadnego filtra i mówi wprost o tym, co wciąż leży mu na sercu.

„One more time with feeling” miało być początkowo live eventem nakręconym w trójwymiarze i nastawionym na promocję nowej płyta Nicka, „Skeleton Tree”, i to bez stałej dystrybucji, pokazywanym na całym świecie tylko w ramach pojedynczych projekcji. Nick nie był wówczas gotowy na taką presję, nie czuł się na siłach. Projekt zamienił się ostatecznie w drugi już dokument o Nicku Cavie, tyle że tym razem inna była atmosfera wokół niego, przyświecał nam odmienny cel. Mam na przykład opory, by w odniesieniu do naszego filmu używać słowa „promocja”. Owszem, kawałki z nowej płyty Nicka wybrzmiewają na ekranie, ale mam wrażenie, że funkcjonują one bardziej jako komentarz do jego stanu emocjonalnego niż atrakcja sama w sobie. Tak głęboko je odbieram i mam nadzieję, że widownia poczuje to samo. Gdy pracowałem nad filmem, miałem też świadomość, że rejestracja samych występów Cave’a nie dałaby nam też odpowiedniego metrażu, a nikt nie zapłaciłby za 40 minut projekcji normalnej ceny biletu. Musieliśmy znaleźć dodatkową tkankę filmową, która przecinałaby piosenki, albo którą piosenki by przecinały. Rzecz w tym, że przez długi czas nie miałem pojęcia, co mogłoby stanowić ten dodatkowy materiał. Pomyślałem, że mógłbym się przyglądać temu jak przygotowuje się do nagrań, jak rozmawia z zespołem, jak pracuje nad korektą dźwięku. Myślałem o jakimś komentarzu odautorskim… Wiedziałem jednak, i Nick też to czuł, że nie możemy zamieść tragedii Arthura pod dywan i udawać, że się nie wydarzyła, to musiał być element filmu. Śmierć syna zostanie w życiu Cave’ów traumą na całe życie, nie wydaje mi się, żeby jakikolwiek film był w stanie im pomóc to przepracować, ale wiedzieliśmy, że uczciwość nie pozwoli nam na ukrycie tego tematu. Nie mogłem narzucić sposobu, w jaki Nick miał mówić o swoich uczuciach, mogłem co najwyżej zasugerować, jak ja bym to chciał pokazać na ekranie, jakimi środkami.

Nick Cave nie jest ponoć łatwą osobą do współpracy…

Na planie kłóciliśmy się właściwie bez przerwy. Nie były to jednak gwałtowne sprzeczki, bardziej zabawne przekomarzania. Tak przynajmniej to teraz wspominam. Nick zachowywał się troszkę jak cwaniak, który chce bez przerwy improwizować, podczas gdy ja wolałem jednak wiedzieć, gdzie i jak mam ustawić kamerę, światło, resztę ekipy.. Nick i zespół wchodzili do studia i czarowali siebie samych, że są „luźnymi gośćmi”, którzy wcale nie występują przed kamerą, tylko sobie spacerują, a jak przyjdzie im ochota, to może coś zaśpiewają. Z organizacyjnego punktu widzenia to jest koszmar – wolałbym wiedzieć, czy Nick jednak zaśpiewa, czy może zagra, czy będzie po prostu z kimś dyskutował, pił kawkę, żartował. Zwłaszcza, że zmiana obiektywów w kamerze 3D trwa prawie godzinę, za każdym razem musisz modyfikować ustawienia, na nowo szukać ostrości…. Każda decyzja pożera czas potrzebny na organizację. Każda decyzja, trafiona bądź nie, to pieniądze, o tym też należy pamiętać w tym biznesie. Musieliśmy więc znaleźć nić porozumienia, żeby Nick dawał mi chociaż jakieś wskazówki, co zamierza robić danego dnia. Film powstawał zatem pomalutku, ale z dużą konsekwencją. Życie Nicka jest zbiorem różnych aktywności, on sam stanowi swoiste perpetum mobile. Przyglądałem się jego działaniom, próbowałem układać je w całość. To nie jest łatwe, bo po pewnym czasie zyskujesz wrażenie, że Cave rozpływa się w swojej twórczości, świadomie znika z pola widzenia. Mnie tymczasem zależało na tym, żeby rejestrować chwile, w których on pojawia się najwyraźniej. Jednocześnie chciałem, by wybrzmiały one na ekranie w sposób surowy, a nie wystudiowany ani ugłaskany. Cenie minimalizm, ale uważam na to, by nie zamienił się w manierę.

A kto miał zatem decydujący głos w kwestii wizualizacji utworów muzycznych z najnowszej płyty?

Też musiałem wyszarpywać informacje o tym, czy np. w trakcie ich wykonywania będzie stał czy siedział. Jesli jest potrzebny fortepian, to będzie siedział. Ale czasami chce stać, bo tak głos lepiej brzmi… Dużo rozmawialiśmy o kształcie części performatywnej. Trzeba pamiętać jakiej klasy jest to wykonawca, wiadomo, że będzie chciał wypaść jak najlepiej, zaprezentować swój głos i ekspresję w całej okazałości. A ja jako filmowiec chcę mieć kontrolę nad wszystkim, dlatego właśnie nazywają ten zawód reżyserem. A filozofia życiowa Nicka, która wykracza poza prostą etykietę „spontaniczny artysta”, zakłada wolność. To zestawienie rodziło konflikty, ale pozwalało też na wyjątkowe, niepowtarzalne chwile wynikające z tego, że musiałem jakoś reagować i się dostosować do zmiennej rzeczywistości. Nic nie jest sztuczne. Cała ta filmowa podróż niewątpliwie pobudziła mój instynkt, wzbogaciła niezwykle na poziomie empatii, reagowania na bodźce, dostosowywania się do stale zmieniającej się rzeczywistości.

Nick Cave wspomina w filmie, już na samym początku, że pewnie będziesz próbował go rozgryźć za pomocą „reżyserskiej strategii”. Jak byś określił tę strategię?

Wierzę w trudności, które powinny się pojawiać na naszej drodze, żebyśmy mogli je przezwyciężać i dać tym samym z siebie więcej, niż początkowo chcieliśmy. W ten sposób jako artyści się obnażamy. Nikogo nie staram się skłaniać do tego złośliwie, nie próbuje za wszelka cenę manipulować ludźmi, po prostu mam to chyba w naturze. Niektórym to odpowiada – Brad Pitt wystąpił w dwóch moich najważniejszych filmach, a Nick dalej się do mnie odzywa, więc chyba jednak nie najgorzej się ze mną pracuje.

Twój dokument nosi piękny tytuł, który przywołuje na myśl esencję pracy reżyserskiej –  filmowiec, który prosi swojego aktora, gwiazdę, o to by powtórzyła ujęcie z większym zaangażowaniem. Dopiero oglądając film wiemy, że to fragment wzięty z tekstu jednego z utworów Nicka. Kto wpadł na pomysł, aby nazwać film właśnie „One more time with feeling”?

O tytuł powalczyłem ze względu na to, że zawsze mi się wydawało, że najlepsze dokumenty muzyczne mają w sobie element wykonywanej czynności, energię związaną z robieniem czegoś – „Dont look back”, „Shut up and play the hits”. A ja chciałem zrealizować dobry dokument, więc może przesądnie właśnie tak wybrałem. Poza tym tytuł filmu nie mógł po prostu powielić tytułu krążka (Skeleton Tree). Potrzebowałem czasownik, nie rzeczownika.

Wspomniałeś o waszej bliskiej relacji. Jaki jest Nick Cave?

Bardzo podejrzliwy, łatwo się niecierpliwi, niepokoi, wszędzie widzi drugie dno. On chce iść szybko do studia, nagrywać i poprawiać piosenki, a my się kręcimy z tymi cholernymi ciężkimi kamerami. Poza tym to bardzo mądry facet, przyjemnie słucha się tego, co ma do powiedzenia. Zwłaszcza, że patrzy na rzeczy w sposób wielowymiarowy, czasami wręcz przewiduje, co za chwilę zrobisz, więc musisz się pilnować, żeby się nie popadać w rutynę i móc go czymś zaskoczyć. Bardzo często było też tak, że kiedy ja się teoretycznie poddawałem i przystawałem na jego propozycje, to wówczas Nick to odbierał jako zagrywkę z mojej strony, rodzaj strategii, żeby go sprowokować. To jest zabawny facet, który bardzo dużo stara się ukryć po warstwą żartów i śmiechu. Humor jest być może jego sposobem na oswajanie rzeczywistości.

Większość z nas nie jest w stanie nawet wyobrazić sobie wymiaru cierpienia po stracie dziecka. Jak Cave zmienił się po tragedii, jaka go spotkała?

Nie sądzę, żeby Nick zmienił się o 180 stopni, stał się raczej bardziej ekstremalną wersją samego siebie. Sam twierdzi że zrozumiał, co to znaczy współczuć drugiemu człowiekowi. Że kiedyś robił to tylko dla wybranych osób ze swojego bliskiego otoczenia i z trudem był w stanie przełożyć to na osoby trzecie, a teraz przychodzi mu to znacznie łatwiej. Nick, którego pamiętam sprzed lat, to człowiekiem ukryty za zbroją, wojownik, który był w stanie wyżywać się na innych, utrudniać im życie – szczególnie tyczyło się to jego współpracowników, wobec których był bardzo, ale to bardzo wymagający. Cave dużo daje światu i tyle samo chciałby odebrać, najlepiej szybko, bo zawsze mu się śpieszy. Teraz to się zmieniło, choć Cave wciąż pozostaje taką osobą pełną sprzeczności i nieprzeniknioną, przez co fascynującą.

Wierzysz, że film, może stanowić rodzaj terapii emocjonalnej, narzędzie do pracy nad traumą?

Nie można za pomocą jednego filmu uporać się z takim bólem. Po obejrzeniu „One more time with feeling” Nick stwierdził, że jego uczucia są w tym dokumencie uproszczone względem tego, co nosi w środku i zapewne będzie niósł do końca życia. Tego nie da się opisać, bo nie dotyczy tylko ciebie, ale też osoby, której już nie ma. Ten ból przyrasta do ciebie i czasami nie czujesz nic, a czasami czujesz wszystko. Nick nie uważa, że ten dokument był rodzajem terapii, ale na pewno jest w lepszym stanie niż dawniej – film pomógł mu się wziąć w garść. I w takim znaczeniu uznał tę całą przygodę za cenną. Poza tym nie czuł się na siłach, żeby promować płytę, ale miał ochotę wypowiedzieć pewne rzeczy dosadnie i na głos, a film mu to umożliwił.

Myślisz, że realizacja „20 000 dni na Ziemi” ułatwiła w jakiś sposób Nickowi pracę nad twoim dokumentem?

Powiedział mi ciekawą rzecz: że dopiero po premierze filmu zrozumiał, czym tak naprawdę jest popularność. Ze sławą był obeznany już wcześniej, ale po tym jak ludzie doświadczyli jego obecności na dużym ekranie, pojawiło się takie niepisane przyzwolenie, żeby podejść do niego i porozmawiać. Bohater filmowy onieśmiela znacznie mniej niż gwiazda rocka – Nick to zrozumiał i chyba polubił. To zabawne, że producent „One more time with feeling” był również odpowiedzialny za produkcję poprzedniego dokumentu o Cavie. Często dostawałem od niego wskazówki typu: Nick nie może patrzeć w lustro, bo to już robił to u… A ja miałem to gdzieś, robiłem swoje.

W filmie pojawia się zabawny dialog, o tym że kobiety – w porównaniu do mężczyzn – są trójwymiarowe. Też tak uważasz?

Jasne! Widzę to szczególnie na planie, kiedy mam do czynienia z aktorkami. Nie bez przyczyny mój następny projekt będzie poświęcony jednej z najbardziej trójwymiarowych aktorek w dziejach, czyli Marilyn Monroe.

A czemu uparłeś się właśnie na 3D, skoro przysporzyło to tyle dodatkowych trudności?

Uwielbiam 3D, ze względu na jakość obrazu. Moim ulubionym filmem nie jest jednak „Avatar” czy produkcja tego typu, a „Space Station 3D”. Nie żartuję! Nie lubię filmów, które są konwertowane do trzeciego wymiaru tylko dlatego, żeby sprzedać więcej biletów wśród nastolatków. Byłem też pod wrażeniem „Grawitacji”. Podobało mi się, że reżyser uchwycił taką istotną właściwość: w pracy nad filmem 3D nie robisz dużej ilości cięć, bo to tylko rozbija ten efekt imersji, wyrywa cię z niego, a tu chodzi o to, żeby jak najdłużej tkwić w tym stanie zawieszenia. Gdyby tylko Cuaron zrezygnował z dialogów, ten był byłby pieprzonym arcydziełem.

W twoim filmie Arthur przywoływany jest wielokrotnie, ale nie zdecydowaliście się umieścić żadnego przedstawiającego go nagrania ani zdjęcia.

I to jest ta uczciwość, o której mówiłem – jego już nie ma. Nie chcieliśmy nadużywać wizerunku kogoś, kto od nas odszedł. Pod koniec zostawiamy pustą przestrzeń, która tak naprawdę symbolizuje jego osobę. Jest duchem, ale nie ciałem.

Czy od początku miałeś pewność, że Susie Bick, żona Cave’a, będzie chciała dołączyć do projektu i stanąć przed kamerą obok Nicka?

Właśnie nie, choć teraz wiem, że bez niej nie byłoby tego filmu. Nick jest cholernie rodzinnym człowiekiem. Połowa rozmów z nim jest o Susie. Jeśli chciałem dotknąć prawdy, nie mogłem uczynić tego połowicznie, skupiając się wyłącznie czy to na płycie, czy Nicku. Tragedia przydarzyła się w tej samej mierze im obojgu. Poza tym Nick jest też romantykiem, co widać przede wszystkim w piosenkach. Naprawdę kocha swoją żonę, właściwie to wydają się być w sobie ciągle zakochani. To jest niesamowite, tak zgraną parę spotyka się rzadko.

Jaka jest twoja ulubiona piosenka z najnowszej płyty „Skeleton Tree”?

Podoba mi się chyba najbardziej „Jesus Alone”, dlatego, że nagrywali ją w całości podczas kręcenia. Mam do niej najbardziej osobisty stosunek i uważam, że właśnie ten utwór udało mi się najlepiej uchwycić na ekranie.