Odsłuch: Ziemowit Szczerek

25.03.2015 Krakow . Dziennikarz , pisarz i tlumacz Zemowit Szczerek . Fot. Michal Lepecki / Agencja Gazeta

Dużo pisze, dużo jeździ. Ma na koncie powieści, reportaże i tysiące pokonanych kilometrów. Ostatnio przemierzył tereny położone pomiędzy morzami Bałtyckim, Adriatyckim i Czarnym. Napisał książkę „Międzymorze”. W czasie jazdy i pisania lubi słuchać muzyki. Specjalnie dla nas opisał ulubione utwory i albumy, które towarzyszyły mu w drodze.

Laibach

Wszystko, no, prawie wszystko. Ale jeśli mam wybrać jedną, to „Volk”. No i „Anthems”. Czyli dwie. Ale bardziej „Volk”, bo tam Laibach zrobił coś, co jest w zasadzie esencją tego, co robi: zaaranżował od nowa hymny państwowe. Rosji, Francji, Słowiańszczyzny („Hej Słowianie” do melodii „Mazurka Dąbrowskiego”), Niemiec, Turcji itd. I słucha się tego tak, że ciary po plecach chodzą, a szczególnie jak się jedzie przez jakiś środkowoeuropejski krajobraz nocą. Przez Rumunię albo Albanię. Albo przez Kosowo. W ogóle Laibach jest do tego świetny. Np. puścić sobie takie „Tanz mit Laibach” z „Anthems” gdzieś, powiedzmy, w jakimś nieszczęśliwym i ogarniętym nacjonalizmem miasteczku w środku Bośni. Np. w Sarajewie Wschodnim. Głowę urywa.

Też Laibach, ale piosenka „Whistleblowers”

Ona zasługuje na osobny wpis, bo nie jestem pewien, czy to przypadkiem nie jest najlepsza piosenka wszech czasów. I nie jest ani z płyty „Volk”, ani z płyty „Anthems”. Pochodzi właściwie z bardzo średniej płyty, na której jest jednym z niewielu genialnych fragmentów. To piosenka z gwizdongo typowym dla starych amerykańskich filmów wojennych typu „Most na rzece Kwai”, ale opowiada o zupełnie nowym typie wojny. Takim, który przyczynił się do tej sytuacji, jaką teraz mamy na świecie. Hymn żołnierzy nowego typu, takich, którzy chcieli dobrze, a jak zawsze wyszło, jak wyszło. Czyli Assange’a, Snowdena i reszty. Plus teledysk – niesamowity. Genialna rzecz.

„Theme from M.A.S.H.” w wykonaniu Manic Street Preachers

Nie przepadam za nimi jakoś specjalnie, ale ta piosenka, podobno zresztą napisana przez kilkunastolatka – główny utwór z serialu „M.A.S.H.” – genialnie jest przez nich zaśpiewana i zagrana. Kiedyś puszczałem sobie to na okrągło. I teraz też zaraz puszczę. To jest w sumie bardzo prosty utwór o tym, że samobój jest zawsze wyjściem awaryjnym i że ta świadomość może pomóc przetrwać najbardziej ponure i groteskowe sytuacje, w jakie rzuci nas życie. Ale jak James Dean Bradfield śpiewa „The sword of time will pierce our skin”, to aż…

„Enter the ninja” Die Antwoord

No cóż, to moja słabość. Die Antwoord mnie drażni, ten cały Ninja to jakiś pajac jest potworny, a jeszcze w dodatku ten wątek, który śpiewa Yolandi, że jest jego motylkiem i potrzebuje jego ochrony, jest tak idiotycznie seksistowski, że o rany – ale muszę przyznać pajacowi, że rapować to on potrafi. No i lubię ten kawałek. Poza tym to wszystko przecież tylko teatr i przebieranki.

„London calling” The Clash

Tak, wiem, podobno to siara lubić Clashów, ale mnie bardziej denerwują ci, co mówią, że to siara lubić Clashów. „London Calling”, na którym jest „Lost in the Supermarket”, „Spanish Bombs”, i w ogóle milion dobrego, to jeden z lepszych albumów ever.

„Gorod pod podoszwoj” Oxxxymiron

Rosyjski kolo z inteligenckiej rodziny, który razem z rodzicami wyjechał z Rosji, jak był mały, pokończył jakieś zarąbiste uniwerki w Wielkiej Brytanii i wrócił do Rosji jako raper. Porozwalał w rapowych bitwach wszystkich rosyjskich hardkorów z hiphopowego biznesu. Po prostu ich pozamiatał. Bo jest kumaty, mocny i niewysilony. I nie rapował o bling-blingu i rwaniu lasek. To znaczy był, bo teraz podobno mu odbiło i tylko kasę robi. Szkoda.

Foto: Michał-Łepecki/Agencja-Gazeta