Nowe miejsca: Krem – bez bicia piany

Nowo otwarty Krem to dobry przykład tego, że warto czasem zejść z utartych szlaków. Oczywiście nie chodzi mi o życie – tu wyznaję zasadę, że najlepiej trzymać się blisko łóżka – ale o wybór knajpy. Lepiej więc wejść w miasto i poboczne uliczki, niż trzymać się głównych tras. Taki na przykład plac Konstytucji. Ot, gastrofabryka – przerób niczym na taśmie produkcyjnej, jak nie powrót do zasmażanej na starym tłuszczu przeszłości w stylu Szwejka, to udający autorską kuchnię korpodrób w Sexy Duck. Ale wystarczy skręcić w którąś z dochodzących do placu ulic, by znaleźć się w nieco lepszym świecie. Choćby na braci Śniadeckich, gdzie od niedawna działa Krem, wzorowany na francuskim bistro.

Jedzenia dla francuskich piesków jednak się tam nie uświadczy. Są jaja, są ziemniaki, jest smażony ser. W menu uwagę przyciągają wariacje na temat croque-madame – od klasycznego z serem, gotowaną szynką i sadzonym jajem na wierzchu po bardziej wymyślne propozycje z serem kozim i tymiankiem. Porcje są solidne – smaczna smażona kanapka, podawana z sałatką, może się sprawdzić równie dobrze jako obiad. Swojsko prezentuje się również raclette – ziemniaki z podsmażonym serem, serwowane w Kremie z kindziukiem, korniszonami i marynowanymi cebulkami. Danie jest sycące, smażony ser nigdy nie potrzebuje adwokata, ale muszę przyznać, że raclette w Bubbles przy Teatrze Wielkim zrobiło na mnie większe wrażenie.

Osobnym tematem, który zasługuje na uwagę, jest eleganckie, ale nie onieśmielające wnętrze – czarno-biała posadzka i efektowne podświetlone lustro na jednej ze ścian. Jedynym minusem z czasem okazuje się otwarta kuchnia. Miło patrzeć na krzątaninę kucharzy, ale gdy patelnia wymyka im się spod kontroli, trudno, by przypalone jajo umknęło uwadze gości – i ich ubrań. Są to jednak odosobnione przypadki, a i tak chrupiące croque-madame całkowicie je rekompensuje. [Mariusz Mikliński] 

ul. Śniadeckich 18, Warszawa