Nowa płyta Charlesa Bradleya – dobra zmiana?

Charles Bradley „Changes” Dunham

Pamiętam, jak robiłem z nim wywiad dla „Aktivista” na jakiś miesiąc przed jego występem na Off Festivalu. Telefon po drugiej stronie Oceanu odebrał zmęczony starszy pan. Mówił tak, jakby miał wszystkiego dosyć, a ja czekałem tylko na eksplozję łez. I wtedy chyba po raz pierwszy w 100% zrozumiałem, jak wygląda druga twarz soulu. Smutek i ból w opozycji do erotyzmu i swaggerki. Muzyka Bradleya jest niczym yin równoważące yang takich wykonawców jak np. mój ukochany Issac Hayes.

Bradley wie, że ma mniej czasu niż inni, dlatego pędzi jak oszalały. Dobijający siedemdziesiątki muzyk wydaje właśnie trzecią płytę od czasu debiutu z 2011 r. Promuje ją singiel będący coverem słynnego przeboju Black Sabbath.

„Changes” to piosenka niewdzięczna i ckliwa do tego stopnia, że wyłożyć się na niej jest tak prosto, jak podczas pierwszego razu na lodowisku. Bradley jednak daje radę – w fantastyczny sposób interpretuje specyficzny błazeński styl Osbourna. Ale nie jest to specjalnie zaskakujące – bohater tego tekstu ma bowiem w sobie to coś, co jest udziałem tylko największych artystów. Zaskakuje natomiast reszta tej płyty. Wydawałoby się, że soul jest gatunkiem tak zdefiniowanym, że w jego hermetycznej formule bardzo trudno powiedzieć coś nowego bez uciekania się do awangardy. Tymczasem Bradley, nie rezygnując z tego, za co go pokochaliśmy, odświeża konwencję i wprowadza do swojego repertuaru kilka bardziej energetycznych i „rockowych” zagrań. Posłuchajcie „Ain’t it a Sin” – ta pulsująca gitara to żywy rock’n’roll. „Change for the World” to też estetyka bardzo bliska kaznodziejom spod znaku Primal Scream czy Spiritualized. Nie znaczy to, że Bradley zaczął bawić się w przestery i na kolejnej płycie wybierze się na pustynię w poszukiwaniu Boga. On już go znalazł, a Ten w nagrodę po wielu latach tułaczki pozwala mu prezentować młodemu pokoleniu muzykę, którą zza szumu starego klasycznego winyla coraz trudniej było usłyszeć.

Twórczość Bradleya to jednak nie skansen, w którym serwują pieczone w węglowym piecu bułeczki. To zjawisko żywe i pełne energii, której brak tak często kończy kariery o wiele młodszych artystów. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji poznać Charlesa Bradleya, to wraz z nim na „Changes” poznacie też krwisty amerykański soul, który, nie wiedzieć czemu, prawie w ogóle nie istnieje w świadomości polskich słuchaczy. A ta muzyka podobno potrafi zmienić życie.

Dodaj komentarz