Night Marks: Czyste intencje

foto: Filip Blank

„Debiutancki album duetu Night Marks jest płytą… wyluzowaną. Płytą w pewien sposób bardzo wrocławską, bo jeśli gdziekolwiek na mapie Polski możemy się doszukać lokalnego odpowiednika spalonego słońcem i trawką, podrygującego w rytmie sub woofera, amerykańskiego West Coastu, to jest nim właśnie stolica Dolnego Śląska. Nad brzegami Odry życie płynie bowiem dużo mniej śpiesznie, temperatury zawsze są ciut wyższe niż w innych częściach kraju, a Sfond Sqnksa wciąż unosi się w powietrzu.” – pisałem niedawno w recenzji krążka „Experience”, która znalazła się w poprzednim numerze naszego periodyku. A, że odpowiedzialni za jej powstanie muzycy ruszają właśnie w trasę, postanowiłem sprawdzić celność moich spostrzeżeń bezpośrednio u źródła.

Jeden z ostatnich w tym roku, ciepłych dni chylił się właśnie ku zachodowi, podczas gdy my – rozparci na leżakach – gadaliśmy o wrocławskiej specyfice, koreańskim trapie i… płycie z widokiem na ogród. I coś z tej pogodnej, letniej atmosfery – podobnie jak chłopakom na płycie – udało nam się w tej rozmowie uchwycić. Coś, co stęsknieni za wakacjami, wymęczeni szarugą miłośnicy funkowych basów i kolebiących głową rytmów znajdą na pewno 21.10 w poznańskim LABie, 27.10 w gdańskim Żaku, 28.10 w krakowskim Sercu, a później też w Warszawie i Wrocławiu.

foto: Ola Macewicz

Kiedy ostatnio pisałem recenzję waszej płyty, skojarzyła mi się ona bardzo z Wrocławiem w którym pomieszkiwałem przez kilka lat – z tym trudnym do opisania klimatem miasta w którym zawsze jest ciut cieplej, a ludzie są jakby mniej spięci. To celne rozpoznanie?

Marek Pędziwiatr: Słusznie połączyłeś te dwa aspekty – Wrocław i „bez spiny”, bo zawsze powtarzam, że Wrocław to jest trochę taka polska Jamajka, tam czas płynie wolniej. Choć Spisek jest z Jelcza, a ja ze Świnoujścia, to już jesteśmy jakoś związani z tym miejscem i też dlatego tak brzmi ta płyta – wszyscy się spodziewali jakiejś kaskady dźwięków, a my polecieliśmy w drugą stronę – nagraliśmy płytę może nie tyle prostą, ale taką, której sami byśmy chcieli słuchać.

A ten wrocławski brak spiny pomógł wam w jakiś sposób zamknąć wreszcie materiał na debiutancki album? Bo pogłoski o tym, że niedługo już się on ukaże pojawiały się od ponad dwóch lat, właściwie od premiery EPki.

Spisek Jednego: Na pewno pomogło nam to, że już na początku pracy mieliśmy wizję tego jak chcieliśmy, żeby to wyglądało, w którą stronę mamy iść. Nie szukaliśmy w trakcie swojej drogi, swojego brzmienia. Od pierwszych numerów wiedzieliśmy w jakim kierunku powinno to zmierzać.

Marek Pędziwiatr: Dokładnie. To był impuls. A to opóźnienie wynika też z faktu, że w międzyczasie robiliśmy dużo dla innych – byliśmy aktywni jako producenci – zrobiliśmy bity na Niewidzialną Nerkę, dla JWP, dla Mesa, jako Night Marks Electric Trio zrobiliśmy płytę dla Pauliny Przybysz, która niedawno miała swoją premierę. Współpracowaliśmy z Anthonym Millsem, z Łozem, … Dużo się działo i nie mieliśmy nawet chwili, żeby się zastanowić co będziemy robić dla siebie. A takim największym impulsem i właśnie czasem na zastanowienie była nasza dwutygodniowa podróż do Korei, gdzie trafiliśmy do zupełnie innego świata, innej kultury i samo to, że zagraliśmy tam parę koncertów, to był właściwie taki poboczny wątek całej tej wyprawy. To, że my się tam pojawiliśmy jako Polacy, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym co tam się na co dzień dzieje, dało nam zupełnie nową perspektywę. Doświadczyliśmy zupełnie nowego jedzenia, nowego stylu życia… To zupełnie inny światopogląd. I jak wróciliśmy do Polski to ta płyta właściwie wystrzeliła. Skupiliśmy się ze Spiskiem tylko na tym i konsekwentnie zaczęliśmy pracować – nie braliśmy już żadnych pobocznych projektów, tylko robiliśmy swoje.

Ta wyprawa zmieniła coś w waszym podejściu do świata czy muzyki?

Spisek Jednego: Na mnie największe wrażenie zrobił sam ten wyjazd – świadomość tego, że jesteśmy nagle tysiące kilometrów od domu, gramy tam swoją muzykę dla ludzi stamtąd i… oni to rozumieją. Nie mają świadomości jaki jest nasz background, jakie są nasze koleje losu, a te historie, które opowiadamy dźwiękiem czy słowami i tak do nich przemawiają. To było fajne i dało nam dużego kopa – wracasz do domu i wiesz, że muzyka jest w tobie, w środku i nawet pozbawiona kontekstu Wrocławia czy Polski wciąż działa. To jest niesamowite.

Marek Pędziwiatr: Mnie tam uderzyła najbardziej ta ich wspólnotowość, to, że ludzie się trzymają razem, to jest bardzo fajne. Tamtejsze restauracje nie gwarantują warunków, żebyś przyszedł sobie do nich i zjadł samotnie posiłek. Przeważnie są tam grille, duże stoły i trochę głupio jest tam siedzieć samemu. Ludzie jedzą wspólnie, w grupach.

Spisek Jednego: I trochę a propos tego, to jest jeszcze jedna rzecz, którą dał nam ten wyjazd – zrobiliśmy tam taki nasz własny, zespołowy team building – to był taki obóz dla bandu, który wyjeżdża i przeżywa coś wspólnie. Bo na co dzień trudno jest nam wygospodarować tyle czasu – każdy ma swoje sprawy, spotykamy się w studio i później każdy idzie do siebie do domu, a tu 11 dni, dzień w dzień, przebywaliśmy ze sobą, przeżywaliśmy wszystko wspólnie.

Marek Pędziwiatr: Mieliśmy tam dużo silnych bodźców i doświadczeń i ja też prywatnie miałem bardzo silny bodziec, bo na kilka dni doleciał do nas mój brat z którym miałem wcześniej takie sobie stosunki, a ostatniego dnia – po tym jak spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu – śmialiśmy się wniebogłosy rzucając się sobie w ramiona. To był jakiś przełom w naszej relacji i to też przełożyło się na muzykę. Takie silne bodźce są bardzo inspirujące.

Na „Experience” pojawiają się również muzyczne echa tego wyjazdu…

Spisek Jednego: To nie jest naczelny temat tej płyty, ale przemycamy tam czasem jakieś motywy. Są one jednak bardziej inspirowane naszymi wewnętrznymi przeżyciami niż tym co tam zobaczyliśmy czy usłyszeliśmy. Bo to, co nas mocno zdziwiło czy wręcz zszokowało, to, że muzyką numer 1 w Korei nie jest już k-pop, ale k-trap. Jest on wszędzie na ulicach, w telewizji i jest na turbo wysokim poziomie; oni to bardzo dobrze robią i co kilkadziesiąt metrów słyszysz te numery idąc miastem z każdego baru czy sklepu z majtkami. K-trapowe teledyski mają dziś te same ogromne budżety co k-popowe, z tą choreografią, efektami specjalnymi, całą otoczką.

Marek Pędziwiatr: K-pop to jest trochę przerażający temat, bo to jest jeden wielki biznes i to dosyć brudny. Tam są wielkie korporacje, szefowie wszystkich szefów, którzy dobierają składy zespołów tak jak w latach 90. stworzono choćby Backstreet Boys – jeden musi umieć tańczyć, drugi – śpiewać, a wszyscy muszą wyglądać. Jest tam pewien kanon urody „k-popowej” i jeśli któryś członek składu od niego odstaje robi mu się operacje plastyczne – tu się poprawi nos, tam kości policzkowe i to też widać gołym okiem na ulicach – kiedy jesteś w znanej skądinąd dzielnicy Gangam, to wszędzie wokoło są ogromne billboardy namawiającego do tego, żeby zrobić sobie nosek.

Skoro już poruszyłeś tematykę społeczną, porozmawiajmy może chwilę o tekstach, które napisałeś na tę płytę. W ogromnej większości są to teksty zaangażowane, wpisujące się poniekąd w tradycje „conscious rapu” jakie to określenie ukuli swego czasu Amerykanie. I choć największy wybuch kreatywności na tej scenie miał miejsce w latach 90., to teraz znów, powoli coraz więcej świadomych zwrotek czy refrenów pojawia się nawet w tych numerach, które zyskują miano hitów.

Marek Pędziwiatr: Czasy się zmieniają. Teraz trudniej jest sobie żartować, bo te żarty są coraz mniej śmieszne.; szczególnie te polityczne. Ja bardziej zwracam uwagę na proste rzeczy – choćby numer „Expercience” jest o tym, żeby szukać prawdy w wodzie, w wibracji, w intencjach. To, że ktoś się modli w kontekście jakiejś religii to nie ma żadnego znaczenia, każda modlitwa jest jedną melodią i intencją, którą możemy wysłać i komuś pomóc. Ktoś może to odczuć bądź nie, ale moim zdaniem to działa. Dopóki wysyłamy dobre intencje, to świat idzie w dobrą stronę.

A muzyka też tak działa – może coś realnie zmienić?

Marek Pędziwiatr: Może nie tyle zmienić, co pomagać ludziom w życiu. Możesz mieć piosenkę na każdy dzień, każdy nastrój – piosenkę na poranek, na wieczór, na spotkanie z ukochaną czy ukochanym.

I możesz też mieć piosenkę na demonstrację – protest song wymierzony w jakieś przywary systemu bądź ludzi, a echa takiej formuły słyszę w piętnującym brak przekazu „Danger” czy – nie twoim akurat, a sióstr Przybysz – prztyczku w nos dla wszystkich ofiar mody, „Strzale z body”.

Marek Pędziwiatr: Najbardziej jechane jest zdecydowanie w numerze „Danger”. To jest taki konfrontacyjny song, który uderza w pusty przekaz albo podprogowe zachęcanie dzieciaków do brania ciężkich narkotyków przez mówców dzisiejszego pokolenia. Mówię tu o raperach i może nie całej ale ogromnej części sceny trapowej, o tych artystach, którzy nie mają do zaoferowania nic innego niż gadanie o tym co mają albo o swoich tripach po kodeinie. To, że mam do tego takie podejście wynika pewnie w części z tego, że jestem dziś starszy i patrzę na te rzeczy inaczej niż kiedyś, bo sam słuchałem przecież NWA, a jak by przełożyć ich teksty na polski to jest totalny gruz. Tylko jak ja słuchałem rapu jako dzieciak to bardziej zwracałem uwagę na całość – nie musiałem nawet rozumieć tekstu, ale to wszystko grało z muzyką, groove’iło, a teraz widzę, że tej muzykalności jest coraz mniej i szczególnie w polskim rapie ważniejszy jest tekst niż muzyka. I jeśli te teksty są o dupie Maryni, to… nie wiem co o tym myśleć. MC nie jest w bicie, jest ponad bitem, wokal jest o wiele głośniej niż muzyka, a raper myśli tylko o tym, żeby powiedzieć to, co ma do powiedzenia; nie ma potrzeby stworzenia jakiejś całości z produkcją i wtedy ten „przekaz” dużo bardziej rzuca się w uszy. Choć przy protest songach akurat łatwo polecieć za bardzo w jedną stronę i zbabrać sobie tym reputację. Ja się nie bawię raczej w protest songi, bardziej szukam tej pozytywnej strony życia, a nawet metafizycznej. „Coma” jest przecież numerem o dryfowaniu w kosmosie.

A czy to uproszczenie formuły o którym wspominałeś na początku naszej rozmowy, to, że nie ma na tym krążku „kaskad dźwięku”, łączy się jakoś z tym, że musieliście znaleźć balans pomiędzy słowem i muzyką, to, że ważkie słowa lepiej niesie chwytliwy groove?

Marek Pędziwiatr: Nie, nie wydaje mi się. Zrobiliśmy taką muzykę, której chcielibyśmy słuchać.

Spisek Jednego: Ale prawdą jest, że Marek podskórnie przy pracy nad różnymi rzeczami, uciekał zawsze od takich utartych schematów. Kiedy pracowaliśmy nad jakimiś rozwiązaniami harmonicznymi i ja mówiłem – ok, to jest dobre, tak zróbmy, to często słyszałem – nie możemy tego użyć, to jest zbyt oczywiste. Wydaje mi się, że Marek podświadomie – choć teraz jest już tego w nim dużo mniej – uciekał wcześniej od takiej muzyki, która wydawała mu się, oczywista, po prostu fajna.

Dużo macie takich zderzeń w pracy? Bo jeśli ktoś zna was jedynie z przekazu medialnego może sądzić, że jesteście z zupełnie innych światów – ty Piotrek grasz balangi w klubach i strzelasz z palców na Insta, a ty Marek jesteś uduchowionym jazzmanem namaszczonym przez Michała Urbaniaka.

Spisek Jednego: Raczej nie zdarzają nam się żadne większe spory. Ja szanuję Marka podejście i doskonale go rozumiem. Jest dla mnie jak brat.

Marek Pędziwiatr: A Spisek z kolei… jak się przeprowadziłem do Wrocławia, to zanim poznałem Piotrka, byłem nastawiony na muzykę akustyczną – jazz i hip-hop, przy czym ten drugi nawet jeśli robiłem bity, to zawsze musiał być jak najbardziej organiczny, jak samplowałem z winyli, to tylko „żywe” sample, „żywe” instrumenty. A jak poznałem Spiska, to on mnie otworzył na te nowe, futurystyczne brzmienia. Nie przez to, że mnie nimi katował, tylko w procesie twórczym to samo wyszło, uczulił mnie na to. Jego entuzjazm do pewnych rozwiązań i elektronicznych brzmień przekonał mnie, że to jest dobre.

Znalazłeś jakąś organiczność w tych elektronicznych brzmieniach?

Marek Pędziwiatr: Dokładnie. I jej właśnie nadal szukam. Myślę, że to jest dobra hybryda. Od kiedy mieszkam we Wrocławiu zacząłem zbierać analogowe syntezatory – to jest czysty prąd, nie ma nic wspólnego z tym cyfrowym światem. Bo to stosunkowo łatwo wyczuć, że coś jest zrobione „na łatwiznę”, a coś innego wymagało tego, żeby ktoś się postarał. To wychodzi zwykle na wierzch, kiedy zwrócisz uwagę na fakturę dźwięku – jeżeli ktoś się postarał i nagrał prawdziwą gitarę, prawdziwy klarnet basowy czy cokolwiek innego, organicznego, to słychać w fakturze. Numer może być oparty tylko na tych podstawowych instrumentach – bębnach, gitarze i basie, i tam już nic więcej nie potrzeba, bo w to zostało włożona ciężka praca.

A wy dużo pracy musieliście włożyć w to, żeby formułę Night Marks przełożyć z tria na duet?

Spisek Jednego: Praca we dwóch, a nie w trio znacznie przyspiesza proces twórczy – szybciej można się dogadać, bo im więcej osób tym więcej trzeba zawrzeć kompromisów. Ale też wymaga ona mierzenia się z nowymi wyzwaniami – ja na przykład z tego powodu zacząłem grać na SPD-S’ie (sampler perkusyjny marki Roland – przyp. red). Nie stoję już tylko za swoimi maszynkami ale gram na żywo bębny, bo też potrzebowaliśmy większej energii w zespole. I choć nie jestem perkusistą, więc ta ścieżka rozwoju jest wciąż przede mną bardzo długa i cały czas się uczę, to już się dobrze czuję grając te rytmy na scenie – w projekcie z Pauliną Przybysz też tak gram i już nie mam tych obaw co wcześniej – że czegoś nie ugram.

W pracy nad muzyką stawiacie bardziej na spontaniczność czy misternie cyzelujecie każde brzmienie?

Marek Pędziwiatr: Ja stawiam na spontaniczność.

Spisek Jednego: A ja potrafię dużo czasu spędzić nad tym, żeby zaprogramować bębny tak, żeby one miały ten swój własny, autorski flow, brzmiały tak jak chcę, a nie były tylko równo ułożone w siatce programu, w gridzie. Potrafię siedzieć i godzinami wstukiwać uderzenia padami albo przemieszczać te kropki MIDI w odpowiednie miejsca. Słucham jeszcze raz i poprawiam. Ok, ok, tak ma to brzmieć.

Marek Pędziwiatr: Mi jest ciężko dłubać w moich kompozycjach czy produkcjach. Jeśli coś nie wychodzi od razu, to potrafię to rzucić, bo dla mnie najważniejsza jest ta chwila. Jeżeli płynę, to się nie zastanawiam – mam taki zasób możliwości i wykorzystuję je na maksa, a jeżeli to nie działa, to… po co to robić dalej?

Spisek Jednego: I dzięki temu też przy tej płycie nie mieliśmy żadnych odrzutów – to, co zrobiliśmy trafiło na krążek.

Kilka razy w trakcie naszej rozmowy wspominaliście o tym, że najpierw tę płytę wymyśliliście i przegadaliście, a dopiero potem nagraliście, że od początku znaliście kierunek w którym chcieliście zmierzać. Zdradzicie mi na koniec rozmowy jakie były te wstępne założenia?

Spisek Jednego: To, że Marek nagrywa wszystkie, albo większość wokali na tę płytę.

Marek Pędziwiatr: To, że nie chcieliśmy na tej płycie żadnych gości.

Spisek Jednego: Choć wyszło inaczej

Marek Pędziwiatr: To była kwestia przypadku. Nie zakładaliśmy sobie tego, bo to zawsze opóźnia prace, za każdym razem trzeba na kogoś czekać, a my chcieliśmy być niezależni – zrobić swoją muzykę w 100%.

Spisek Jednego: I jeszcze przy okazji założeń trzeba powiedzieć, że 99% wszystkiego na tej płycie zostało nagrane u Marka w domu korzystając z analogowych instrumentów. Od początku mieliśmy taką koncepcję, że całość spinać będzie wyjątkowy sound pianina, które stoi w dużym pokoju, który wychodzi bezpośrednio na ogród. Marek mieszka na Krzykach, więc zaraz obok jest Park Południowy, więc zawsze w tle masz ten piękny ambient drzew, ptaków i innych dźwięków przyrody. Otwieraliśmy więc balkon i nagrywaliśmy na dwa mikrofony – jeden był przy pianinie, a drugi zbierał całą przestrzeń i powietrze. Zależało nam na tym, żeby uchwycić tę chwilę.

foto: Night Marks