Nicola Cruz „Siku”- recenzja

Ekwadorczyk Nicola Cruz to jeden z fajniejszych producentów z Ameryki Południowej.

Wtajemniczeni w szamańskie dźwięki od dawna kojarzą jego twórczość, jednak album „Siku” może okazać się dla niego przepustką do kolejnego etapu kariery. Nazwa albumu nawiązuje do tradycyjnej południowoamerykańskiej fletni, którą z pewnością kojarzycie z występów ulicznych grajków. Brzmienia samego siku na płycie nie znajdziecie aż tak wiele, choć to właśnie ono otwiera album. Nie spodziewajcie się zatem etnohołdu dla tradycji, ale nie oczekujcie też awangardy w stylu Dengue Dengue Dengue!

„Siku” to album skrojony tak, że gdyby tylko taka muzyka była komercyjna, to Cruz odbierałby za niego laury na całym świecie. Na razie musi wystarczyć mu chwała wśród spotifajowych odkrywców, którzy w tych dziesięciu kawałkach znajdą zarówno ducha Jeana-Michela Jarre’a jak i Björk, co dla wielu może być już solidną rekomendacją.

Ja tej płyty słucham głównie nocami i mam wrażenie, że to dobry pomysł dać jej szansę właśnie o tej porze.

-->