Najfajniejszy festiwal, o którym pierwszy raz słyszycie – Kolorado 2019 – relacja

Małe festiwale mają ostatnio swoje pięć minut. Zmęczeni kilometrowymi kolejkami w strefie gastro i oglądaniem koncertów na telebimach sami chętniej wpadamy na kameralne imprezy. Taki właśnie jest węgierski Kolorado. Wyprawy do Budapesztu kojarzą się raczej z potężnym Sziget, ale jeśli serio szukacie ciut innych wrażeń, albo chcecie uatrakcyjnić budapeszteński city break, to chyba wypatrzyliśmy dla Was imprezę idealną.

To dopiero czwarta edycja Kolorado i już po lineupie widać, że festiwal skierowany jest zdecydowanie do lokalnych zajawkowiczów. Większość, całkiem pokaźnego, składu to muzycy z Węgier. Do tego na Kolorado 2019 zagrali artyści, których w Polsce spotkać mogliśmy na Offie czy Tauronie. Kurt Vile, Yves Tumor, Ben Ufo czy Cocaine Piss. Miał być też wielki finał z udziałem big-bandu Femi Kuti, ale o tym za moment.

Impreza odbywa się w lesie pod Budapesztem, więc na samo dotarcie do bramki trzeba liczyć przynajmniej półtorej godziny (możecie oczywiście spać pod namiotem na miejscu). Dwie przesiadki, kolejka do festiwalowego busika i jesteśmy na miejscu. Od razu widać, że to imprez kameralna, jedna bramka, czterech ochroniarzy, którzy nawet nie konfiskują napojów. Za to na miejscu teren większy niż na katowickim Offie tylko z przynajmniej cztery razy mniejszą publiką. Zresztą statystyka to na Kolorado ciężka sprawa, bo jak policzyć tych wszystkich ludzi bawiących się na scenach w krzakach czy wąwozach? I ogarnąć pole namiotowe, które nie ma wyznaczonych żadnych granic?

Idziesz główną ścieżką, widzisz kawałek rynny zwisający z drzewa i po kilku krokach znajdujesz się na techno secie, między drzewami, gdzie bawi się kilkanaście osób. Kawałek dalej w wąwozie próbę gra jazzowy skład, a w centrum pola namiotowego szaleje lokalny zespół punkowy, który wesoło przygrywa czekającym w kolejce do „przyklejonego” do sceny baru. W każdym z tych kilku punktów gromadzą się małe grupki. Pozostali podziwiają performensy, oglądają filmy w kinie zorganizowanym w jurtach czy biorą udział w warsztatach (choć te akurat odbywają się przed zmrokiem).

Na Kolorado króluje hip-hop, techno i gitarowa alternatywa. Jest też wyraźny afrykański akcent, bo w tym roku na Kolorado po raz kolejny zagrało kilku artystów z Czarnego Lądu.

Czego nie ma? Zasięgu komórkowego. Kolorado to chyba pierwszy na świecie fest bez Instagrama! Nie ma też wielkiej strefy gastro. Na terenie imprezy stoi kilka foodtrucków i około pięciu budek z alkoholem. Zapomnijcie o zamułce za drucianym płotem, tylko kupcie piwo i przysiądźcie się do jednego z ognisk.

Pora na łyżkę dziegciu, bo w tym pięknym szaleństwie były też słabe momenty. Burza czwartego dnia okazała się egzaminem, który organizatorzy zawalili. Ulewa przesunęła główny koncert o wiele godzin, a widok biegających z mopami wolontariuszy nie napawał nadzieją na kontynuację imprezy i koncert głównego headlinera. Siadła też komunikacja. Brak zasięgu w kluczowym momencie odciął wszystkich od informacji na temat, tego co się będzie działo, a słaba znajomość angielskiego przez pracowników serio nie ułatwiała zadania!

Ale i tak to była jedna z najlepszych festiwalowych przygód ostatnich lat. Zróbcie to za rok, nie pożałujecie!