Na górze róże, na dole Kaja. Kwiaciarka nowoczesna

„Au nom de la Rose” to nie jest zwykła #kwiaciarnia. Nie znajdziecie tu naburmuszonej pani w kubraku, przywiędłych lilii i plastikowych biedroneczek do przyklejenia na listki. Za to macie szansę spotkać niespotykane gatunki #róż, zaopatrzyć się w różaną konfiturę i poeksperymentować z różanym mydełkiem.

#Kwiaciarnia działa od niespełna miesiąca, ale już budzi spore zainteresowanie. No bo jak to? Same róże? A gdzie ukochane przez Polaków tulipany i lilie? Gdzie język teściowej, który idealnie nadaje się dla złośliwej nauczycielki? Gdzie plastikowe wstążki i kwiaty? Wchodząc do „Au nom de la Rose” trzeba zapomnieć o wszystkim tym, z czym do tej pory kojarzyła nam się kwiaciarnia. Bo choć to miejsce tak się nazywa, to daleko odbiega od stereotypów. Tak samo z resztą jak jego właścicielka – #KajaKurpińska, która do Warszawy przyjechała prosto z Paryża. We Francji spędziła prawie całe swoje życie, ale to w Polsce postanowiła spełnić swoje marzenie. Zaczęło się, jak w dobrych filmach, od trzęsienia ziemi. #Kaja pod wpływem impulsu rzuciła swoją bezpieczną pracę jako doradca finansowy i zaczęła zastanawiać się nad życiem.

– Początkowo myślałam o otwarciu butiku – opowiada. – Interesuje się modą, więc czułam, że to może być dobry pomysł. Kwiaty jednak nie dawały mi spokoju. Zawsze bardzo je lubiłam. Szczególnie podobała mi się ich ulotność, że trzeba się nimi szybko cieszyć, bo żyją tylko chwilę. Postanowiłam zainteresować się tym tematem. I wtedy przypomniałam sobie francuski koncept, który opiera się na sprzedawaniu kwiatów tylko jednego gatunku. W okolicach mojego domu była kwiaciarnia tylko z różami do której uwielbiałam chodzić z moją mamą. Postanowiłam ich odwiedzić i przekonać do otworzenia filii w Polsce. Udało się – cieszy się Kaja.

Zanim jednak #kwiaciarnia otworzyła się w Warszawie Kaja musiała skończyć dwumiesięczny kurs florystyczny i sporo się nauczyć. – Wiele osób odradzało mi ten biznes. Mówili że jest to ciężka praca, a konkurencja ogromna. Podchodzili sceptycznie do pomysłu, że ma być to kwiaciarnia bazująca tylko na różach – mówi. Upór doprowadził Kaję do sukcesu. Od niespełna miesiąca „Au nom de la Rose” działa w Warszawie na ulicy Zgody. W środku znajdziemy wyszukane gatunki #róż i różane #upominki w tym np. świece, kosmetyki oraz słodkości. Do kwiatów podchodzi się tu w niestandardowy sposób. – W wazonach róże układamy nie gatunkami, ale kolorystycznie – mówi Kaja. – Dużą wagę przykładamy też do stylu pakowania– tłumaczy. W kwiaciarni można dostać bukiet już od 9 złotych, więc ceny są jak najbardziej rozsądne. Intryguje też sposób tworzenia kompozycji. Kaja jest odważna. Łączy róże z tulipanami, różowy z pomarańczem i sezonowe kwiaty z hodowlanymi. Efekt jest piorunujący.

Kiedy pytam Kaję o różnicę między Polską a Francją uśmiecha się. – W Polsce jest o wiele więcej przesądów dotyczących kwiatów. Wiele kolorów ma swoje znaczenie i trzeba uważać, żeby bukiet zawsze był nieparzysty. Z drugiej strony macie o wiele więcej świąt, więc i okazji do kupowania jest znacznie więcej. We Francji kiedy idzie się w gości należy zabrać butelkę wina. W Polsce częściej jest to #bukiet kwiatów. No i mężczyźni częściej kupują tu #róże. We Francji nie ma już prawdziwych gentelmanów – śmieje się Kaja i odgraża, żeby napisać, że nie chce tu wprowadzać żadnych francuskich zwyczajów. – Robię po prostu to co kocham, a że pomysł jest z Francji nie ma większego znaczenia. W każdym kraju kwiaty powinny być ważne. Bo są piękne – uśmiecha sie.