Muzyka: „Wiry” Żyto

Na rapera, nie rycerza

Na pytanie, czy głodny artysta jest bardziej płodny, historia sztuk wszelakich odpowiadała już nieraz i nader często była to odpowiedź przecząca. W każdym porzekadle kryje się jednak ziarno prawdy. Do wyjątków należą często raperzy, których pierwsze albumy, brutalnie szczere i dotkliwie bezkompromisowe, będące ujściem przez lata gromadzonej frustracji, stanowią w ich dyskografiach niedościgniony ideał. Czy to wianuszek fanów, bankierów i różnej maści doradców, jacy pojawiają się wraz z sukcesem, sprawił, że wielu z nich później nie sprostało oczekiwaniom? Możemy się tylko domyślać, lecz… Częstochowski raper o ksywce Żyto debiutantem nie jest. Jego płyta z 2012 r., dystrybuowana przez Asfalt, przez wielu w ogóle niedostrzeżona, nie zaspokoiła jednak jego głodu. Transfer do Prosto nie miał więc wpływu na podejście, a w tarapatach – jak sam nawija – jest przez całe życie. Z jego prostych, dosadnych wersów, które wciągają jak wir, wyłania się świat, w którym każdy ma cenę, a miłość nie wszystkim jest pisana. W codziennym zamęcie, taktowanym surowymi, elektronicznymi produkcjami, uliczny MC stoi sztywniutko, z obiema stopami na ziemi. „Ziemi świętej”, z której – choć już w Częstochowie nie mieszka – wyniósł swój lokalny sznyt. I choć podkłady dostarczone mu przez grono w większości (jeszcze) nieznanych beatmakerów skłonią wielu do porównań z grime’em, Żyto nie jest z Anglii, jest stąd. Podobnie jak nieliczni raperzy na scenie, potrafi też swój lokalny folklor przekuć we wciągającą historię, w której blokowisko widać w całym jego majestacie, a każda klatka jest oddzielnym mikrokosmosem. Bo kto „sukcesów łaknie”, ma często oczy szerzej otwarte, instynkt wyostrzony i – o ile nie obrał drogi na skróty – język cięty. Jak ktoś w potrzebie, komu właśnie odmówiono wsparcia.


Żyto
„Wiry”
Prosto

Dodaj komentarz