Mount Kimbie „Love What Survives”, czyli w poszukiwaniu własnego brzmienia

To właśnie dwóm Angolom z Mount Kimbie można przypisać sporą część odpowiedzialności za powstanie nudnego jak szum rozstrojonego telewizora trendu zwanego postdubstepem, który praktycznie od samego początku żywi się własnym ogonem. Kiedy jednak epigoni nurtu wciąż taplają się w presetach i zamglonej, ulicznej stylistyce, Dom i Kai z każdym kolejnym krążkiem dystansują się od pierwotnych założeń i szukają własnego brzmienia na swoim trzecim LP.

Jego ramy wyznaczają – od zawsze słyszalne w ich nagraniach – indierockowe inspiracje, do cna brytyjska, miejska wrażliwość i vintage’owe, syntezatorowe tony. I choć od klubowej estetyki zdążyli się przez lata odsunąć na bezpieczną odległość, to ich nowe, minimalistyczne piosenki również tętnią podskórnym, tanecznym pulsem, który z początku dyktował im ruchy. To, co z niego wyrosło, przywodzi dziś na myśl krautrockowe poszukiwania zapatrzonych w kosmos Niemców i postpunkowe tradycje Wielkiej Brytanii, jednak te wpływy zdają się przepuszczone przez doświadczenie wspomnianej już sceny indie i są swoistym postklubowym postrockiem (sic!).

A skoro w próbach kategoryzacji dobrnęliśmy już tak absurdalnie daleko, to lepiej wsłuchać się w samą muzykę – w równie zwiewne, co zadziorne głosy Kinga Krule, Micachu, Andrei Balency i Jamesa Blake’a, a także ekwilibrystyczny balans pomiędzy delikatnością a werwą, melancholią a szałem, komfortem a niedającą ukojenia, zimną surową energią, To wypadkowa tych składowych była przecież jedną z cech charakterystycznych postpunku, postdubstepu czy też (post) indie, zanim wszystkie te nurty uległy rynkowej degeneracji.