MOST: Żeby nie zezgredzieć. Wywiad z Sokołem i Rafałem Groblem

Wraz z końcem 2015 roku Wojtek Sokół z Prosto Label do spółki z Rafałem Groblem z S1 Warsaw – znanym także z polskiego Boiler Roomu czy projektu Niewidzialna Nerka – rozpoczęli budowę mostu, który ma wyprowadzić krajowych producentów elektronicznych z undergroundowego getta.

Bo choć w drugim obiegu udało im się osiągnąć już wiele, a ich niskonakładowe wydawnictwa odbijają się echem również poza granicami Polski, to wciąż nagrania wielu z nich usłyszeć miała okazję tylko garstka zapaleńców. Wejście do oficjalnego obiegu umożliwić ma im MOST – sublabel oficyny Prosto zajmujący się szeroko rozumianą muzyką syntetyczną – od tej klubowej, po bardziej eksperymentalną.

 

Zanim jeszcze pierwszy rilis nowopowstałej wytwórni – kompilacja prezentująca dokonania takich producentów jak Hatti Vatti, The Phantom, SLG, Eltron John, Klaves, Botanica, Good Paul, Matat Professionals i Richu M.– trafi do sklepów, spotkaliśmy się z samymi zainteresowanymi, żeby porozmawiać o tym, jak muzyka elektroniczna była postrzegana nad Wisłą na przestrzeni ostatnich 20 lat i o tym, jak planują działać na jej korzyść w najbliższym czasie. O kwasach wsączanych w małe kwadratowe kartoniki i tych międzyludzkich, o mostach budowanych niegdyś ponad podziałami i o tym jednym, nowopowstałym, który na początku 2016 roku zaprezentuje swoją nośność i stabilność.

Przenieśmy się na chwilę 20 lat wstecz. Nie wyszedł jeszcze „Skandal”, nie wyszedł „Chleb powszedni”, warszawskie środowisko hiphopowe dopiero raczkowało a wszyscy spragnieni muzycznych nowinek – czy to był rap, techno czy drum’n’bass – spotykali się tych samych klubach – skejci, dresiarze, raperzy, punki, jungliści…

Wojtek Sokół: Wszyscy, którzy chcieli zjeść LSD. Nieważne czy to byli hiphopowcy czy technomaniacy; znaliśmy się wszyscy, klubów było mało i wszyscy chodzili na te same imprezy. Było bardzo dużo wydarzeń, na których na zmianę grali didżeje hiphopowi i didżeje techno, w Alfie i Hybrydach były nawet imprezy łączone, w Trendzie były na zmianę – w piątek było techno a w sobotę rap, lub odwrotnie, więc często zostawało się w okolicy i wracało za moment na inną imprezę. Nie było między nami podziałów. Ja akurat mało słuchałem w życiu techno, ale już różnej muzyki elektronicznej całkiem sporo i mnóstwo razy byłem na imprezach techno.  Na ogół, trzeba przyznać, w odmiennych stanach świadomości,. Bo nie ma co pierdolić – w bardzo dużej mierze łączyły nas jednak narkotyki i naprawdę musiałbym być mega hipokrytą, żeby tego nie powiedzieć – zioło, LSD, różne sytuacje.

I choć narkotyki zostały, to te środowiska się rozdzieliły i okopały na swoich pozycjach – hiphopowcy zaczęli mieć swoje kluby, fani techno – swoje. Wkradł się hermetyzm, animozje jakieś bezsensowne, przytyki i podziały.

Rafał Grobel: Od połowy lat 90. do lat 2000 te podziały rzeczywiście stały się bardzo skrajne. Wydaje mi się, że poza wieloma innymi czynnikami, wynikało to też z tego, że muzyka klubowa – patrząc z dzisiejszej perspektywy – była wtedy w bardzo słabej kondycji, poszła w komercję, w telewizje muzyczne typu Viva, a one proponowały tylko i wyłącznie rzeczy totalnie miałkie, „housik” tak zwany. Trywializowano ten gatunek i taktowano bardzo protekcjonalnie – dyskoteka, goście w jeansach, tzw. butach cwelkach, gwizdki i rękawiczki. Wielu osobom wydawało się, że muzyka elektroniczna jest bezrefleksyjna, wiąże się z tylko pójściem do klubu, ćpaniem i zaspokajaniem swoich hedonistycznych potrzeb, a hip-hop to była rozkmina, pójście w przekaz. W zasadzie ten przekaz stał się numerem jeden i jeżeli ktoś miał dobrą treść to nieważne, w jaką to ubierał formę. Jeżeli był słabym raperem to trudno, był przecież ulicznym mędrcem.

Wszyscy, którzy chcieli zjeść LSD. Nieważne czy to byli hiphopowcy czy technomaniacy; znaliśmy się wszyscy, klubów było mało i wszyscy chodzili na te same imprezy. Było bardzo dużo wydarzeń, na których na zmianę grali didżeje hiphopowi i didżeje techno…

To bardzo lokalna specyfika, charakterystyczna dla Polski, bo choć w innych miejscach świata też nie było tak, że te światy były ze sobą nierozerwalnie związane, to tych kolaboracji, łączników i obopólnego szacunku było dużo więcej.

Rafał Grobel: Szczególnie w dwóch miejscach te środowiska były ze sobą w naturalny sposób zżyte – w Detroit, gdzie dla czarnej społeczności nie było różnicy, czy ktoś robi muzykę w tempach 85-90 czy 125-130, a J Dilla i Theo Parrish ramię w ramię szukali w tych samych sklepach siódemek z soulem czy funkiem, i w Wielkiej Brytanii, w której zanim jeszcze powstał grime, MC’s nawijali pod drum’n’bassy czy breakbeaty, tam ta hardkorowa uliczna scena nigdy nie przejmowała się tym, ile w tym pod co rymują, jest elektroniki a ile rapu.

Z obu tych światów czerpali też przez cały czas co bardziej otwarci didżeje.

Rafał Grobel: I to oni właśnie pełnili bardzo ważną rolę na polskiej scenie lat 90. i – co wydaje mi się też istotne w kontekście MOSTu – teraz trochę znowu odzyskują ten status. Bo didżeje nawet jeżeli pochodzą z konkretnego środowiska, zawsze mieli mandat nietrzymania się tak sztywno ram gatunkowych. Wy, Wojtek – na przykład – kiedy robiliście z WWO dosyć ortodoksyjny rap, to wasz DJ, Deszczu Strugi grał też zupełnie inne rzeczy.

Wojtek Sokół: On bardzo często uciekał od hip-hopu. Takich przykładów jest zresztą pełno na całym świecie – DJ Mehdi grał z Mafią K’1 Fry, francuską ultrahardkorową uliczną ekipą, a potem robił zajebiste elektroniczne płyty dla Ed Banger Records.

Tobie też zdarzały się flirty z elektroniką. W 2003 roku dograłeś się na przykład na płytę 15 Minut Projekt. Takie kolaboracje wynikały bardziej z układów towarzyskich czy chęci przekraczania gatunkowych barier?

Wojtek Sokół: Ja nigdy nie byłem wielkim fanem drum’n’bassu, lubiłem sobie posłuchać różnych, mniej lub bardziej komercyjnych rzeczy, ale generalnie większość tego, co do mnie docierało wydawało mi się zbyt podobne. Może też dlatego, że byłem laikiem; może dla kogoś hip-hop też jest taki… Z 15 Minut Projekt było to jednak dużo bardziej ciekawe, bo oni grali to wszystko na żywo, Janek Młynarski wygrywał te wszystkie rytmy na bębnach. On też zresztą nagrywał perkusję na płyty WWO i my go wtedy sprawdzaliśmy z metronomem – napierdalał jak maszyna, to było niewiarygodne, podziały z kosmosu, naprawdę gruba komputeryzacja mózgu u niego nastąpiła. I oczywiście my w jakichś prywatnych sytuacjach się już wcześniej spotykaliśmy, ale kumplami zostaliśmy dopiero po nagraniu tego kawałka. Ja zawsze byłem otwarty na robienie różnych rzeczy – z jednej strony pojawiałem się u Urbaniaka a z drugiej właśnie na 15 Minut Projekt. Nigdy nie rozumiałem takich podziałów, dla mnie muzyka to muzyka. Oczywiście, nazwy są potrzebne, ale czy to jest hip-hop, czy to jest elektronika, czy to jest minimal, czy dubstep, czy cokolwiek innego, to wszystkie te określenia powstały po to, żebyśmy wiedzieli, o czym mówimy, a nie po to, żeby tworzyć granice. Po to nazwaliśmy sobie kolory, żeby łatwiej się było dogadać o co nam chodzi, a nie, żeby się podzielić na zwolenników czarnego i zielonego.

Wydaje mi się, że młodszym ludziom coraz dalej do takich podziałów, kolejne pokolenia nie są już tak subkulturowo podzielone jak w latach 90., a hip-hop ma to do siebie, że bardzo szybko się update’uje i na koncertach cały czas widać nastoletnie twarze…

Wojtek Sokół: Ja trochę żałuję, że u mnie tak nie ma – więcej zgredów widzę zawsze u siebie i tak się zastanawiam, co tu zrobić…

Rafał Grobel: To akurat bliskie elektroniki, bo tam ludzie zwykle zostają z muzyką i nie mają problemu, żeby mając lat 35, 40 czy więcej, pójść posłuchać czyjegoś występu. Kumają, że słuchanie muzyki nie jest wpisane tylko w wiek nastoletni. Bo dla wielu osób obcowanie z kulturą to jest coś, co wiąże się z jakimiś naiwnymi, dziecięcymi czasami, a później jest już poważka, krawat i nic tylko kłaść do trumny.

Wojtek Sokół: W hip-hopie to w głównej mierze wynika z przekazu, który serwują raperzy – jeśli oni będą cały czas pierdolić o tym samym, bo zatrzymali się na poziomie na którym byli w wieku 21 lat, to nie dziwne, że non stop będą mieli szesnastolatków na koncertach. A jeśli ten przekaz dojrzewa razem z nimi, to wydaje mi się, że ludzie też mogą dojrzewać z tym, co oni z siebie dają. Ale generalnie myślę, że nastąpiło poluzowanie tego wszystkiego. Nie ma takich sztywnych podziałów i dzisiaj ludzie słuchają dużo szerzej muzyki, ci młodzi.

Rafał Grobel: Internet zdemokratyzował dostęp do wszystkiego i to jest jego podstawowa zaleta. Muzycy dostali od niego po dupie na bardzo wielu frontach, ale trzeba zauważać i podkreślać w takich rozmowach, że to właśnie dzięki internetowi, jak masz pulę znajomych, to nawet jeśli na 50 z nich 48 słucha – dajmy na to – hip-hopu, to dwóch słucha czegoś innego – jeden rocka, jeden elektroniki i ci jednak czasem wyskoczy coś od nich na tym facebooku, klikniesz przez przypadek, spodoba ci się to, co poleci. I po nitce do kłębka, przez filmy na youtube, które masz polecane, gdzieś czasem coś innego może ci się trafić nawet jeśli tego nie szukasz. Kiedyś nie było tego szansy tego znaleźć, nawet czasem jak się usilnie szukało. Dziś nawet będąc z małego miasta można dotrzeć do wszystkiego i to zmniejsza ten dystans, zbliża ludzi. Czego moim zdaniem wciąż jest za mało to autorytetów – chociażby w rapie – ludzi, którzy by mówili – zobaczcie ja słucham też takich rzeczy, weźcie to sprawdźcie. Wtedy przynajmniej kilka osób mogłoby pomyśleć – o, kurde, czyli jeśli lubię Sokoła to nie muszę poza tym słuchać tylko polskiego rapu, mam prawo – bo myślę, że ludzie też tymi kategoriami się kierują – nie być ortodoksem.

Z twojego rozeznania Wojtek, raperzy słuchają też innych gatunków niż hip-hop i się z tym nie za bardzo afiszują czy po prostu nie słuchają…

Wojtek Sokół: Mi jest trudno stawiać się w pozycji innych raperów, bo ja nie jestem gościem, który całe swoje życie poświęcił hip-hopowi. Mam kolegów dla których rap jest całym życiem i ja to szanuję i podziwiam w pewien sposób ale sam mam też świat poza. Wrzucam na swój fanpage różne rzeczy ale nie zastanawiam się czy to komuś ułoży jakiś puzzle w układance czy wywoła jakaś reakcję. Sam nie kumam jak można być dobrym raperem, słuchając tylko innych raperów, wtedy tylko przetwarzasz to, co już zrobili inni. To jest bez sensu, zakrawa na idiotyzm. Jeśli nie masz szerszych perspektyw, szerszego spectrum patrzenia, to jak masz zrobić coś innego niż to, co już powstało.

Rafał Grobel: Ja myślę, że tu podział raperzy-producenci jest też bardzo silny, bo producenci – nie wszyscy oczywiście ale generalnie – przez to że myślą na płaszczyźnie brzmień, instrumentarium, czy programów na których się robi muzykę, siłą rzeczy wchodzą też w inne gatunki. Na przykład Steez – który w ogóle jest dosyć otwartą osobą – kiedy szuka tutoriali dotyczących danego syntezatora dociera do filmików nagranych przez ludzi zajmujących się na co dzień elektroniką. On potrzebuje tej wiedzy, żeby zrobić bas w kawałku PRO8L3M-u, ale nie ogranicza się tylko do opinii tych, którzy robią podobne rzeczy. To powoduje, że sięgasz do świata, który jest ogólnym światem ludzi zajmujących się muzyką, traktujących temat sprzętu jako narzędzie. Nie zamykasz się tylko w swojej dyscyplinie, tak jak w sporcie, ale myślisz o szeroko rozumianym rozwoju.

Mnie jest trudno stawiać się w pozycji innych raperów, bo ja nie jestem gościem, który całe swoje życie poświęcił hip-hopowi. Mam kolegów dla których rap jest całym życiem i ja to szanuję i podziwiam w pewien sposób ale sam mam też świat poza.

Takie wąskie myślenie, to nie tylko domena hip-hopu. W elektronice też jest pełno producentów, którzy zamykają się w ramach drum’n’bassu, dubstepu czy juke’u.

Rafał Grobel: Oczywiście i choć nie chcę tu robić żadnej reklamy, to wydaje mi się, że trzeba tu podkreślić zajebisty wpływ, jaki mają na to takie inicjatywy jak Red Bull Music Academy – łączą ludzi z bardzo różnych środowisk, krajów, zupełnie odległych miejsc na scenie i wsadzają ich razem na dwa tygodnie gdzieś, gdzie ci ludzie robią coś razem, ucząc się wzajemnie i jeszcze chodzą na wykłady bardzo różnych muzyków, którzy mogą ich zainspirować przemyśleniami czy anegdotami nie związanymi z gatunkami, które tworzą. Bo nie ważne, czy to jest muzyka, malarstwo, fotografia czy jeszcze inna dyscyplina, bardzo często można dojść do podobnych wniosków, robiąc zupełnie różne rzeczy. To są pewne ogólne prawdy czy postawy, które można przełożyć na wszelkie płaszczyzny. I my w taki właśnie sposób pomyśleliśmy o pierwszym wydawnictwie, które ukaże się z logiem MOST. Spotkaliśmy ze sobą bardzo różnych producentów – od takich, co do których doświadczenia i profesjonalizmu nie miałem żadnych wątpliwości, po młodszych, w przypadku których trochę baliśmy się, że może ich zjeść trema, ale ich brzmienie jest na tyle unikalne i ciekawe, że postanowiliśmy i tak zaprosić ich do tego projektu. Zabraliśmy wszystkich na kilkudniowy wyjazd, podczas którego mogli się poznać i zrobić coś razem. Patrząc na to, jak powstaje ta płyta, a jest ona już w ogromnej części gotowa, to się totalnie sprawdziło. Obserwując, co się dzieje na ich grupie na facebooku czy wspólnym dropboxie, na który trafiają kolejne produkcje, widzę jakie to jest motywujące, jak pozwala się otworzyć. A gdyby ci ludzie dalej siedzieli u siebie w studio i produkowali tylko swoje rzeczy przez następne trzy lata, to – zaryzykuję stwierdzenie – mogliby nie zrobić czegoś, co być może zrobią na tej płycie.

Wojtek Sokół: Poza tym spełniliśmy moje marzenie, które miałem od zawsze – żeby zamknąć się z różnymi ludźmi gdzieś tam w domku i robić wspólnie muzykę. To oczywiście powinno trwać dłużej, bo super by było gdyby wychodząc stamtąd mieli już efekt końcowy, ale wszystko robimy na miarę naszych możliwości, też czasowych, bo ludzie są zajęci i nie jest to takie łatwe, żeby ich wszystkich zgarnąć w jednym momencie. Moje marzenie spełniło się też połowicznie, bo ktoś inny je spełnił za mnie, ale fajnie, że ta idea zrealizowała się w moim otoczeniu. Następnym razem sam po porostu zamknę się z nimi i wyjdę stamtąd z płytą.

Oczywiście i choć nie chcę tu robić żadnej reklamy, to wydaje mi się, że trzeba tu podkreślić zajebisty wpływ, jaki mają na to takie inicjatywy jak Red Bull Music Academy

W jaki sposób wybraliście tych ludzi?

Wojtek Sokół: Rafał przyjechał do mnie do domu i przedstawił mi przekrojowy zbiór utworów potencjalnych kandydatów. Gdybyśmy chcieli tego zbioru posłuchać w całości, to trwało by to pewnie ze dwa tygodnie. Rafał miał już swoich faworytów, a ja generalnie bardzo polegam na jego wyczuciu w całej tej sytuacji, sam mogę tylko powiedzieć, co mi się podoba bardziej, a co mniej, co mnie przekonuje, a co nie. Nie jestem w stanie powiedzieć zbyt wiele o warsztacie danego twórcy, bo też inaczej podchodzę do takiej muzyki. Rafał może ją rozebrać na czynniki pierwsze, przeanalizować z każdej strony, wie czym się dany gość inspiruje i na czym pracuje, to jest zupełnie inny odbiór. Natomiast – o dziwo – kiedy ja powiedziałem, co mi się podoba z tej listy, to nasze wybory pokryły się prawie w 100%, chyba tylko jedna osoba nam się nie zgodziła. To było zaskakujące, bo obaj staraliśmy się wybierać bardzo różne, odmienne od siebie rzeczy. Ale nie ukrywajmy, Rafał mi to puszczał bardziej hobbistycznie, bo to on tu decyduje. Nawet jak bym wybrał tych wszystkich, których on nie chciał to i tak byśmy wydali tych co on wskazał, to jego decyzje są kluczowe, tak więc mogę się tylko cieszyć, że nasze gusta się pokryły.

Rafał Grobel: Dla mnie to było bardzo ważne i dało mi punkt do odbicia się od tego, co robiłem wcześniej, bo mam tendencje do myślenia za bardzo wręcz analitycznego. Interesuję się tym jak muzykę się produkuje – co jest poniekąd wpisane w scenę elektroniczną – a poprzednie wydawnictwo, które współtworzyłem – S1 Warsaw było z założenia niszowe. Wydawaliśmy np. 300  winyli i zawsze znalazło się te 300 osób, które chciało tego posłuchać i to mieć, ale coraz głośniej odzywała się we mnie też potrzeba, że jeśli spędza się nad tym tyle czasu, to trzeba zrobić coś żeby większa liczba osób mogła się wypowiedzieć na ten temat czy z tego skorzystać. Rozmowy z Wojtkiem pomogły mi wrócić do oceniania muzyki na poziomie emocjonalnym, który – koniec końców – jest najbardziej prawidłowy. Fajnie, że ktoś użył tego czy innego sprzętu, fajnie, że inspirował się tym czy tamtym, ale najważniejsze jest to czy to się komuś podoba. Podejście Wojtka było bardzo świeże, bo on kiedyś słuchał elektroniki, ale dziś mówił częściej o tym, czy mu się coś najzwyczajniej w świecie podoba. Czasem też wspominał, że coś mu się kojarzy z Autechre czy Future Sound of London, co było również bardzo trafne bo wielu tych artystów czy stylistyk sprzed lat dziś w elektronice powraca. To mi pokazało, że z tym moim myśleniem nie jest tak źle; to że myślę w bardziej techniczny sposób nie zabiło we mnie gustu.

Wojtek Sokół: To było super. Rafał puszczał co chwilę nowe rzeczy i to były radyklane przejścia z klimatu w klimat, to tak jak byś odpalił sobie – przepraszam, ale będę operował ksywkami z zamierzchłych czasów – Plastikmana, później Ultramarine, a później Aphex Twina; ogromny rozstrzał. A ideą stworzenia tego labelu było to, żeby nie zamykać się w żadnej szufladce. Dlatego też było to ważne, żeby rozpocząć składanką, a nie czyimś konkretnym albumem, bo chcemy podchodzić do tego jak najszerzej. Zajebiste w tym wszystkim było też to, że pierwszy raz od dawna – wtedy jak słuchaliśmy tych wszystkich rzeczy – chciało mi się pisać teksty. Bo jak słucham hiphopowych bitów to już naprawdę rzygać mi się chce, mam tego dość. I miałem taką akcję że jak Rafał mi to puszczał nieważne czy to była totalnie spokojna Botanica czy bardziej energiczne rzeczy The Phantom, to właściwie pod każdą z tych rzeczy mógłbym i chciałbym napisać tekst. To było coś nowego, budziło we mnie energię. Bo dostaję te hiphopowe bity z całego świata – może nie od największych tuzów, ale naprawdę mam sporo bitów od bardzo znanych ludzi z różnych krajów – i większość mnie zupełnie nie interesuje, to są rzeczy które już słyszałem, wielokrotnie rapowałem na takich bitach. Dlatego też MOST jest dla mnie otwarciem okna przez które wpada świeże powietrze, jaram się na maksa, bo to jest zupełnie inne podejście do muzyki, artysty, promocji i wszystkiego, co się z tym wiąże. Młodnieję dzięki temu, czuję świeżość w swoim otoczeniu. To jest dla mnie bardzo ważne, bo nie chciałbym zezgredzieć za szybko.

Co mają w sobie te produkcje takiego, że inspirują cię do pisania?

Wojtek Sokół: Są super do rapowania, bo jest w nich dużo miejsca na wokal. Największym błędem polskich producentów hiphopowych – i zresztą nie tylko polskich – jest myślenie, że jak dopierdolą jeszcze 47 instrumentów, to wtedy to będzie fajniejsze, lepsze i bardziej oryginalne, a jest tylko przesyt i nie ma miejsca na rap. A tu słuchasz tych elektronicznych rzeczy i to ci stwarza pewien klimat w głowie – nie ważne czy to jest klimat powiedzmy rozpierdolu i ogromnej śnieżycy na Giewoncie czy chill Ciechocinka, siedzenia ze starymi babami w uzdrowisku, w pijalni wód. Jeśli są jakieś emocje, skojarzenia, to buduje ci to coś w głowie. Ja od razu myślę, że tu bym mógł napisać kilka wersów, tu kolejne. Słyszysz trzy dźwięki i chcesz do tego coś dopowiedzieć, bo ci to buduje tak zajebisty nastrój, że kilkoma słowami możesz się w to idealnie wpasować. Ale dzięki bogu wszystkie numery na tej kompilacji będą instrumentalne, nikt ich nie zepsuje.

No właśnie, Prosto i MOST – przynajmniej w komunikacji internetowej – wydają się bytami zupełnie rozdzielnymi – nowy kanał na youtube, oddzielna witryna. Świadomie oddzielacie je od siebie?

Wojtek Sokół: Tak. MOST musi mieć całkowitą niezależność. To była nasza pierwsza zasada. To nie może być przemiksowane z Prosto, z jego fanami i odbiorcami. Wyobrażasz sobie te miliony debilnych komentarzy pod każdym numerem czy teledyskiem. „MOSTo Klasyk”, „MOSTo Elegancko”. To nie ma sensu, to musi być zupełnie oddzielny byt i tu nie było żadnych kompromisów.

Największym błędem polskich producentów hiphopowych – i zresztą nie tylko polskich – jest myślenie, że jak dopierdolą jeszcze 47 instrumentów, to wtedy to będzie fajniejsze, lepsze i bardziej oryginalne…

Ale nie wyklucza to ewentualnych, ponadlabelowych i ponadgatunkowych kolaboracji?

Wojtek Sokół: Zaczynam teraz robić solową płytę. W jakim kierunku się ona potoczy, jeszcze nie wiem, ale na pewno nie będzie żadnym statementem, nie zrobimy tak, że wszystkie płyty, które będą wychodzić w Moście, będą miały zwrotki od raperów z Prosto. Na pewno nie. To jest zupełnie oddzielny byt, nie łączymy tego. Natomiast to, że jacyś producenci z MOSTu pojawią się na mojej solowej płycie jest bardzo prawdopodobne, nie jest ustalone, nie jest konieczne, ale może tak się zdarzyć, bo jest tam dużo bardzo utalentowanych producentów, a ja lubię świeże rzeczy i zawsze się staram, żeby na każdej kolejnej płycie, którą nagrywam byli jacyś nowi ludzie.

Rafał Grobel: Ja bym się tego w ogóle nie bał. Chodzi mi po głowie pomysł na taki ghetto house’owy numer z wokalizą Wojtka a wyprodukowany przez Eltrona Johna – 130 bpm, mocna równa stopa i „ręęęce” niskim głosem Sokoła. To się u nas mocno rozdzieliło w pewnym momencie – hip-hop dla „zwykłych” ludzi, a elektronika dla intelektualistów. I nie mówię, że teraz mamy robić numery z hiphopowcami, bo byłoby to nienaturalne, ale też chciałbym pokazać, że elektronika może być gatunkiem jak każdy inny i stworzenie takiego labelu przy dużej wytwórni – który jak inne duże firmy jest zarejestrowaną działalnością gospodarczą, płaci podatki i dystrybuuje swoje produkty np. w Empikach – jest próbą odczarowania takiego stanu rzeczy. Powiedzeniem producentom elektroniki – słuchajcie, wy robicie pewien muzyczny produkt i skoro tak jest, to nie miotajcie się udając, że jesteście tylko w undergroundzie i nie możecie dotknąć tej sfery, która pozwala na jakąś szerszą eskpozycję; to jest dla was narzędzie i możecie dzięki niemu zyskać, możecie mieć teledysk czy fajnie wydaną płytę, która spowoduje, że odsłucha ją 3 tysiące osób, które znajdą ją w Empiku, a nie tylko 300. zapaleńców, którzy kupią ten winyl wytłoczony z uciułanych pieniędzy. To będzie nowa jakość na tej scenie – to, że producent zajmuje się tylko muzyką. Chciałbym żeby nie musieli oni być swoimi PRowcami, managerami, bookerami i gośćmi, którzy proszą, żeby im muzycy po godzinach dograli smyczki czy chórki, żeby mogli się skupić na tym w czym są naprawdę dobrzy. Bo jak tego im nie umożliwimy, to nigdy nie dowiemy się jaki jest realny potencjał tej muzyki.

Bo jak słucham hiphopowych bitów to już naprawdę rzygać mi się chce, mam tego dość…

Wojtek Sokół: Trzeba po prostu stworzyć na tej scenie pewną normalność, a nie zamykać tego wiecznie w getcie undergroundu. Dać im robić to, co naprawdę umieją i zająć się za nich pewnymi sprawami – starać się pokazać to ludziom, pomóc im dotrzeć do większej grupy docelowej. Niektórzy z tego środowiska odpowiedzieliby mi pewnie, że dlaczego i po co oni mają się szerzej promować, skoro mają swoich wiernych odbiorców, ale tak samo było kiedyś w hiphopie, ja przez to wszystko przeszedłem. My byliśmy hermetyczni, undergroundowi, nie chcieliśmy być w żadnym radio ani innych mediach. I jak się teraz zastanawiam to właściwie nie wiem dlaczego i po co nie chcieliśmy. Bo się czegoś podświadomie baliśmy, tak dziś myślę. Ale to zamykanie się na siłę we własnym środowisku jest totalnie destrukcyjne.