Moonlight. Światło, które pada na nas wszystkich

Zeszłoroczna ceremonia Oscarów została skrytykowana za brak nominacji dla czarnoskórych filmowców (#oscarsowhite). W tym roku sytuacja ma się zgoła odmiennie. Poprawność polityczna? Nie sądzę. Wątki rasizmu, podobnie jak homofobii, są we współczesnym amerykańskim kinie tyle kontrowersyjne, co pożądane. Barry Jenkins nie tylko nie boi się podjąć – stale potrzebnej – dyskusji na wspomniane tematy tabu, przestawia ją wręcz na nowe tory myślenia. Od czasu „Tajemnicy Brokeback Mountain” Anga Lee nie było filmu, który w tak oryginalny sposób przedstawiałby na ekranie zakazane uczucie dwóch mężczyzn. A do tego – czarnoskórych.

Film-podróż, jakim jest „Moonlight”, prowadzi nas przez życie głównego bohatera, Chirona, ukazując trzy kluczowe okresy jego życia. W prologu poznajemy kilkuletniego zaniedbanego chłopca wychowującego się w biedzie. Autystyczny świat Chirona zostaje skonfrontowany z życiem przypadkowo poznanego dilera narkotykowego – Juana. Przestępca o szlachetnym sercu, zbudowany na wzór postaci Leona Zawodowca, opiekuje się „Małym” i przekazuje mu poglądy i wartości, które mają nim pokierować w przyszłości. Drugi akt ukazuje funkcjonowanie Chirona w opresyjnej społeczności szkolnej. Bohater staje się kozłem ofiarnym, a bratnią duszę odnajduje w osobie Kevina – chłopca, z którym przeżywa nieliczne chwile młodzieńczej beztroski. Epilog dzieła przedstawia dorosłego już „Blacka”, który z introwertycznego dzieciaka przemienił się w siejącego postrach na ulicach Atlanty złotozębnego dilera. Każda z części pulsuje własnym rytmem, zaskakuje świeżością nie tylko na poziomie rozwiązań narracyjnych, ale też formalnych. Warto zauważyć, że „Moonlight” nie jest teledyskowe czy efekciarskie, choć łączy w sobie sprzeczności. Wystarczy pomyśleć o genialnej ścieżce dźwiękowej, na której obok ostrego rapu znalazły się liryczne arie. W świecie Jenkinsa odnajdujemy nie tylko przejawy brutalności czy przemocy (fizycznej, werbalnej, symbolicznej), ale również odpryski chwil szczęścia Chirona.

Pomiatany w dzieciństwie „Black” ewoluuje w duchu ideologii i wartości wyznawanych przez środowisko, w którym się wychował i dla którego tężyzna fizyczna jest cenniejsza od „bycia sobą”. W środku pozostaje jednak tym samym „Małym”. Losy Chirona przypominają bumerang, wracający bez względu na okoliczności w to samo miejsce. Główny bohater zatraca się w wewnętrznym dialogu na temat swoich uczuć, stojąc przed wyborem między prawdą a fikcją, na temat swojej natury. Jaką drogę ostatecznie wybierze bohater? Barry Jenkins snuje fantazje o bezkompromisowym uczuciu, które w teorii nie powinno mieć miejsca. „Moonlight” pełni funkcję medykamentu na nietolerancję i obojętność. Tytułowe światło Księżyca, które sprawia, że jesteśmy „wyjątkowi”, nie pada tylko na czarnoskórych czy homoseksualistów, pada na nas wszystkich.

[Dawid Dróżdż]

reż. Barry Jenkins
obsada: Mahershala Ali, Alex R. Hibbert, Ashton Sanders, Janelle Monáe, Naomie Harris
USA 2016, 111 min
Solopan, 17 lutego

  • mam nadzieję zobaczyć w przyszłym tygodniu :)