„Miles Davis i ja” – narkotyczne jam session

„Miles Davis i ja” nie ma nic wspólnego ze sztampową biografią w stylu „Raya”. Brawurowy debiut reżyserski Dona Cheadle’a przypomina raczej narkotyczne jam session, podczas którego Quentin Tarantino spotyka się z Thomasem Pynchonem i Big Lebowskim. Film Cheadle’a jest – zupełnie jak jego bohater – narcystyczny i kapryśny. Jest również przesycony obsesją na punkcie stylu.

W „Miles Davis i ja” liczy się nie tyle pretekstowa intryga fabularna, ile frajda płynąca z zainscenizowania rewii mody lat 70. i naszpikowania scenariusza celnymi bon motami. Chyba od czasu „Wady ukrytej” Paula Thomasa Andersona nie oglądaliśmy filmu, który wypadałby na ekranie tak bardzo cool. Emanująca z „Miles Davis i ja” nonszalancja nie ma w sobie nic efekciarskiego, lecz stanowi przemyślany środek artystyczny. Hipnotyczna mieszanka buddy movie, komedii i filmu gangsterskiego doskonale oddaje barwną osobowość bohatera.

Portret Milesa byłby jednak niepełny, gdyby ograniczył się wyłącznie do perspektywy luzackiej fantazji na temat mistrza jazzu. Cheadle doskonale wie, kiedy przełamać beztroską narrację przebłyskiem melancholii, goryczy i niespełnienia. Odseparowany od głównej intrygi, powracający na zasadzie obsesyjnego refrenu wątek tęsknoty Davisa za utraconą miłością tylko z pozoru wydaje się konwencjonalny.

W rzeczywistości sprawia, że geniusz przez krótkie chwile wydaje się postacią zdjętą z piedestału, osiągalną i możliwą do rozszyfrowania. Za każdym razem gdy tak się dzieje, w tle rozlega się jednak muzyka, która przypomina jak wielki dystans dzieli Milesa od zwykłego śmiertelnika.

 


Miles Davis i ja
(„Miles Ahead”)
reż. Don Cheadle

obsada: Don Cheadle, Ewan McGregor, Keith Stanfield
USA 2016, 100 min
UIP, 2 września

FILM
5A!

Dodaj komentarz