Mao, czyli kotek na rauszu

Warszawa ul. Marszałkowska 62

Nazwa otwartej niecały rok temu restauracji daje do myślenia. Mao? Jak Mao Zedong, przewodniczący Komunistycznej Partii Chin, przez wielu historyków uznawany za największego zbrodniarza w historii ludzkości? Niebezpieczne skojarzenie. Na szczęście nie o to tu chodzi. Już pierwszy rzut oka na wnętrze pozwala się zorientować, że z komunistyczną siermięgą to miejsce nie ma nic wspólnego. Jest nowocześnie, kolorowo i zupełnie inaczej niż w jakiejkolwiek chińskiej restauracji, którą odwiedziliśmy do tej pory. Jak dowiadujemy się od właścicieli, podobnie jak większość słów w języku mandaryńskim również „mao” ma wiele znaczeń. Najciekawsze wydają nam się trzy: kot, panda i… lekko pijany człowiek. Przyznajemy uczciwie – najbardziej przypadła nam do serca ostatnia interpretacja. Bo rzeczywiście, przeglądając kartę koktajli inspirowanych chińskimi znakami zodiaku żal być abstynentem. Kusi bazujący na infuzowanym rumie Tygrys w łupinie kokosa, z mango i jaśminem, Pies z marakują, jogurtem i makiem, Królik na bazie whisky z agawą i pianką z cieciorki z orzechem laskowym… Aby ułatwić sobie wybór, zdaliśmy się na nasze chińskie znaki zodiaku i w stan lekkiego upojenia daliśmy się wprowadzić Kozie (rum infuzowany trawą cytrynową z kumkwatem, świeżą miętą i wanilią). Orzeźwiający drink doskonale komponował się z przystawkami, na które rzuciliśmy się jak wygłodniałe koty (a może pandy?). Różnokolorowe ceramiczne miseczki pełne takich przysmaków jak poliki wołowe, sezamowe krewetki czy smażone wontony (pierożki z brzegami z kruchego ciasta) prezentowały się i smakowały prawdziwie po chińsku, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nic dziwnego – powstały pod okiem eksperta. Jurek Dong (Dong Xiaobing), szef kuchni Mao, karmi Polaków tradycyjnymi potrawami kuchni Państwa Środka już od 20 lat. Zaczynał w kultowym w latach 90. Pałacu Cesarskim na Senatorskiej, a teraz w Mao ma ambicję, aby zmienić nasz sposób myślenia o kuchni chińskiej – wraca do korzeni, rezygnując z glutaminianu sodu i kojarzonej z chińskim jedzeniem fastfoodowości na rzecz delektowania się naturalnym bogactwem smaków, kolorów i tekstur. Wśród przystawek naszymi faworytami zostały delikatne, soczyste pak choi z boczniakami i idealnie pikantne kimchi. Potem przyszła pora na dania główne – kaczkę na chrupko i bakłażana po syczuańsku. Oba dania są godne polecenia, ale to bakłażan podbił nasze serca – jedwabiście miękki, słodkawo-pikantnie rozpływający się w ustach – nigdzie jeszcze to warzywo nie zrobiło na nas takiego wrażenia. Na koniec deser – puszysty sernik z matchą i zapiekane w cieście… smażone mleko, w sam raz dla tłustych kotków, którymi w tym międzyczasie się staliśmy. No dobrze, to mleko to już była przesada, kotki się przejadły. Ale na samą myśl dalej oblizujemy wąsy.

Restauracja Mao
ul. Marszałkowska 62

Foto: Michał Olinowicz
Tekst: Oktawia Kromer

Tagi