Michał Witkowski – Życie literackie jest nudne jak owsianka

Przedstawia się jako żołnierz w armii mody i giermek w armii literatury. Szerzej znany jako bywalec ścianek, niedoszły mąż Jacykowa i bloger modowy, który na celebryckie imprezy potrafi przyjść z torebką-czajnikiem. Przy okazji to jeden z najzdolniejszych oraz najczęściej nagradzanych i tłumaczonych polskich pisarzy ostatniego dziesięciolecia. W maju wydaje kolejną powieść, „Fynf und cfancyś”.

Ostatnio ogłosiłeś śmierć swojego modowego alter ego, Miss Gizzi, która to „wzięła luivitony i pojechała na saksy do Szwecji, by pracować w pralni”, tobie samemu zaś znów sprzyjają „bardziej literackie wiatry”. Chcesz po raz kolejny odpocząć od showbizowego świata czy też uciekasz przed kolejną gębą, tym razem blogerki modowej?
Absolutnie nie chcę odpocząć od show-biznesu. Pożegnanie z Miss Gizzi to pożegnanie z pewnym wizerunkiem, ale wszystko zostaje, przebieranki, imprezy, ścianki, blog, moda… Tylko bez „kobiecości”.

Czyli jednak bloger modowy, a nie blogerka? Samym blogerkom modowym nieźle się od ciebie obrywa…
Bo inaczej rozumiemy definicję blogowania o modzie! Np. dla Jessiki Mercedes to głównie wstawianie zdjęć na Instagram i udowadnianie, jaka jest bogata i światowa. Dla mnie – coś pomiędzy byciem jednoosobowym pismem modowym, krytykiem mody i Anną Piaggi (zmarła w 2012 r. naczelna „Vogue’a” – przyp. red.), robiącą oryginalne stylizacje. Stylizacje blogerek, poza Macademian Girl, zdecydowanie polegają na włożeniu sukienki i butów.

Twoje funkcjonowanie w show-biznesie to jednak coś z pogranicza performensu i sabotażu. Czy wywrotowa działalność przynosi rezultaty?
A jakie tam rezultaty! Polska moda jest robiona pod klientkę butiku na Mokotowskiej i choćbym czołgiem wjechał na pokaz mody, oni i tak będą robić kremowe sukienki koktajlowe, o bardzo prostym kroju, bo „bogata pani”, modelowa klientka, nie chce Galliano [brytyjski projektant mody, twórca nowatorskich projektów inspirowanych motywami historycznymi – przyp. red.]!

Ta walka z wiatrakami daje ci perwersyjną przyjemność czy też chodzi wyłącznie o sławę?
Sława to przyjemność. Kocham sprawiać, że jestem jeszcze bardziej znany. Nie robię tego dla kasy, tylko po prostu – sława to dla mnie wartość sama w sobie, nie musi do niczego prowadzić.

Dorota Masłowska od roku robi karierę muzyczną jako Mister D, ty walczysz na polu mody, do niedawna jako Miss Gizzi. To ciekawa zbieżność, że akurat wy, autorzy najgłośniejszych polskich książkowych debiutów początku XXI w., stworzyliście nowe wizerunki w nietypowej dla siebie dziedzinie. Życie literackie jest zbyt nudne, a sukcesy pisarskie nie wystarczają?
Żebyś wiedział, że życie literackie jest nudne jak owsianka. Samo pisanie jest fajne i teraz też wyjdzie nowa powieść, ale to za mało. Właśnie przygotowuję się do nagrania piosenki…

Zapowiadałeś to już kilka miesięcy temu. Jak ci idzie?
Wciąż były problemy, ponieważ nie było tekstu do melodii, z autorem melodii nie udawało mi się skontaktować itd. Teraz mi się już śpieszy i postanowiłem, że najpierw nagram cover. Bo po prostu chcę to zrobić jak najszybciej.

To będzie coś w stylu gra i trąbi zespół Kombi czy bardziej melorecytacja à la Michał Żebrowski?
Zobaczycie, na razie nic nie mówię. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego miesiąca wreszcie będę miał nagranie…

Przejdźmy więc do literatury, może tu będziesz mniej tajemniczy. W maju ukaże się twoja nowa powieść „Fynf und cfancyś”. Ma to być rozwinięcie opowiadania „Dianka” z „Lubiewa”, które przedstawiało tułaczy los męskiej prostytutki w Wiedniu. Czy szczęście w końcu uśmiechnie się do Dianki?
Ja to nazywam metodą klonowania. Sklonowałem to opowiadanie. Dodałem drugiego narratora, Polaka obdarzonego 25-centymetrowym kutasem (nazywa się Michał…), i dopisałem ich dalsze losy. Czy szczęście się uśmiechnie? Do takich chłopców szczęście uśmiecha się 15 razy w tygodniu i tyleż razy się odwraca, bo to wszystko jest życie playboya. Dziś bogaty, jutro biedny, jak gra w ruletkę.

Rozumiem, że wielkość przyrodzenia bohatera ma zasadnicze znaczenie dla fabuły, skoro znalazła się w tytule?
Oczywiście! Bohater opowiada, że całe jego życie było zależne od tego. Już dziadek w obozie koncentracyjnym przeżył dzięki swojemu rozmiarowi, który przechodził w tej rodzinie z ojca na syna.

Ale kto mieczem wojuje, od miecza może zginąć. Czy powinniśmy spodziewać się kryminalnej intrygi, czy rzecz będzie bardziej w klimatach „Lubiewa”?
Kryminalnej intrygi w „Fynf und cfancyś” nie ma, chociaż, jak na mój gust, to tamten okres w moim życiu to w ogóle był jeden wielki kryminał… Jest to raczej powieść obyczajowa i rock’n’rollowa, w duchu Jelinek, „Dzieci z Dworca ZOO” i Palahniuka.

Akcja rozgrywa się w latach 90. W Polsce był to szalony okres dzikiego kapitalizmu, który opisałeś w „Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej”. W mieszczańskim Wiedniu też mogły być szalone?
W życiu Austriaków lata 90. to nie był żaden przełom, tam w ogóle czasy płynnie przechodziły jedne w drugie, a właściwie trwał bezczas… Ale myśmy szaleli!

Polak potrafi…
Myśmy jeździli do Monte Carlo grać i przegrywać wszystko, co zarobiliśmy…

Czyli Michał literacki będzie miał dużo z prawdziwego Michała, jak w „Lubiewie”?
Z tą różnicą, że czy ja pracowałem jako kurwa, to się nigdy nie dowiecie… Czy tylko gadałem z „chłopcami”…

W twojej twórczości jest widoczny nieprzemijający pociąg do lujów i wykolejeńców. Ludzie upadli i na dnie są bliżej prawdy o życiu?
Nie… Czy ja wiem, czy to takie dno i gdzie to dno tak właściwie jest? Czy bycie kurwą jest gorsze od wyjścia za obleśnego biznesmena dla kasy, czyli jakże częste „małżeństwo z rozsądku”? Nie definiowałbym dna, bo brak mi moralnego kompasu do tego. Na pewno w tych środowiskach, które opisuję, jest bardzo ciekawie, a więc i literacko.

A nie chciałbyś kiedyś wyjść poza ciotowski światek i półświatek i pokusić się o powieść poświęconą stricte mieszczanom, których, jak rozumiem, nie darzysz najlepszymi uczuciami?
Ależ właśnie „Fynf und cfancyś” jest bardziej o mieszczańskich klientach, tych tatuśkach pracujących na co dzień w banku, niż o chłopcach. Właśnie tam przecież pojawia się patelnia teflonowa…

Patelnia?
Tak, to było już nawet w tym fragmencie o Diance w „Lubiewie”. Dianka mieszkała u tatuśka i jak go nie było, mieszała na patelni metalowym widelcem, wskutek czego powstały zarysowania i on jej zrobił straszną awanturę…

Dopuszczasz myśl, że kiedyś się ustatkujesz – weźmiesz ślub, kupisz SUV-a, zasadzisz drzewo i będziesz robił awantury patelniane?
Ależ ja już dawno się zestarzałem i mam cudowne patelnie, wszystko mam! To są fałszywe problemy: czy obciąg, czy patelnia.

Dewiant i cnotka tkwią w każdym, niedaleko padł luj od pracownika korporacji?
No…

A co z twoimi braćmi w piórze? Śledzisz twórczość swojego pokolenia? Mam wrażenie, że jest ono zbiorem odrębnych atomów i nikt nawzajem się nie czyta albo udaje, że tego nie robi.
To prawda. Ja nie czytam prawie w ogóle polskiej literatury poza Joanną Bator, Markiem Krajewskim, czasem Zygmuntem Miłoszewskim, czasem Magdaleną Tulli… Po prostu ten czas wspólnoty pisarskiej jest już za mną. Teraz bym chyba zwariował, gdybym miał jeździć na te literackie spędy, gdzie każdy każdego obgaduje i zastanawia się, kto dostanie nagrodę.

Masz też konkurenta, który oprócz pisania interesuje się modą – Szczepana Twardocha. Ale to chyba przeciwny biegun.
Ale dobrze, że wykazują jakąś stylistyczną świadomość: on, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik… Każde z nich ma swój styl, w każdym razie ciekawszy od naszych blogerek.

Macie kontakty prywatne?
Od Dehnela pożyczam czasem po sąsiedzku lornetki, dewizki i laseczki do fraka – ma kolekcję godną blogera! Przyjaźnię się też z Krajewskim i Bator.

Jak oni odnoszą się do twojej działalności celebryckiej?
Właściwie to neutralnie. Ja zawsze podkreślam, że w tym punkcie nie potrzebuję niczyjej akceptacji, nie pytam nikogo o zdanie ani o pozwolenie, po prostu tak żyję, bo takie życie daje mi szczęście. Więc choćby wszyscy mieli narzekać i tak tego nie zmienię.

Czytasz komentarze o sobie w internecie?
No co ty? Pogięło cię?! To tak jakby pić ze spluwaczki wodę mineralną.

Jak udaje ci się łączyć występy na ściankach z pracą pisarską? Łatwo się przestawić?
Piszę po przebudzeniu, przy kawie, około godziny dziennie. Resztę dnia mogę robić, co chcę…

Czyli budzisz się pisarzem, a potem hulaj dusza piekła i formy nie ma?
Ale pisarze stają na ściankach… J.K Rowling, Michel Houellebecq, nawet Janusz Głowacki. Tylko że ja z pozowania na ściankach uczyniłem wyższą sztukę.

Bio:
Prozaik, felietonista (m.in. „Przekrój”, „Polityka”, „Wprost”), bloger modowy.Debiutował w 1997 r. książką „Zgorszeni wstają od stołów”, masowy sukces czytelniczy i uznanie krytyki przyniosło mu wydane w 2005 r. „Lubiewo”, powieść przygodowo-obyczajowa z życia ciot. Od tamtego czasu wydał kilka powieści, m.in. „Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej” i „Drwala”, a każda z nich była dużym wydarzeniem literackim. Laureat Paszportu „Polityki” i Nagrody Literackiej Gdynia, trzykrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – za „Lubiewo”, „Fototapetę” i „Drwala”.

588 komentarzy

Dodaj komentarz

-->