Mateusz Choróbski – po drodze

Zazwyczaj siadamy w pracowni artysty, czasem w galerii, rzadziej w mieszkaniu. Mateusz Choróbski zabiera mnie jednak na spacer po modernistycznym Żoliborzu. Tu mieszkał przez jakiś czas, tu miał swoją jedyną jak dotąd pracownię artystyczną, zanim wyjechał do Nowego Jorku. Włóczęgostwo to dla niego podstawowa metoda pracy. Każdy proces jest przecież drogą.

Mateusz Choróbski ma 27 lat, przeszedł przez wszystkie najważniejsze pracownie artystyczne w Polsce, był w Poznaniu i Warszawie, poznał Grzegorza Kowalskiego, Mirosława Bałkę, Krzysztofa Wodiczkę. Z tego strumienia doświadczeń wyniósł jedną podstawową naukę: nie warto tworzyć jednego charakterystycznego stylu, lepiej gubić i zacierać tropy. Jakby na złość krytykom i galeriom tworzy jednocześnie dzieła sztuki przy użyciu maila i organizuje przedsięwzięcia, których pozazdrościć mógłby mu team Red Bulla.

Wietrzenie w Łodzi
Późne południe, ulica Piotrkowska, odrzutowiec przecina rozgrzane niebo na wysokości 200 metrów (w Warszawie zatrzymałby się na iglicy Pałacu Kultury). Wysokość dopuszczana prawem to w tym mieście 1500 metrów. Samolot pruje z prędkością 600 km/h, co generuje spory hałas. Zjawisko rejestruje kilka kamer, sporo mikrofonów i dodatkowo kilku przechodniów na tyle szybkich, by nagrać spektakl trwający kilkadziesiąt sekund. To, czego są świadkami, to nie zawody w akrobatyce powietrznej, nikt nie wydałby na nie zgody w centrum miasta. To „Przeciąg” – projekt Choróbskiego, jego dyplom na Akademii Sztuk Pięknych. Studia rozpoczął w Poznaniu, a kończył w Warszawie w pracowni Mirosława Bałki oraz na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina pod okiem Krzysztofa Wodiczki. – Wodiczko to jeden z artystów, którzy autentycznie słuchają rozmówcy, interesuje ich druga osoba. Ale nie potrafi też udawać, że interesują go słabe projekty. Dopóki nie opowiedziałem mu o „Przeciągu”, zbywał mnie półsłówkami – wspomina Mateusz. „Przeciąg” opóźnił dyplom Choróbskiego, bo podczas pierwszej próby wynajęty odrzutowiec nie doleciał do Łodzi. – Właściciel tłumaczył się, że burza, a jego Iskra jest świeżo malowana i grad mógłby zniszczyć lakier – opowiada Mateusz o jednym z absurdów, jakie spotykały go po drodze. Całe szczęście po kilku miesiącach udało się wszystko zorganizować, a spektakularny dyplom był skokiem na artystyczne wyżyny. – Pracowni aktualnie nie mam, choć przyznaję, że czasem dobrze jest mieć kąt, w którym można coś ulepić, powycinać i posklejać – mówi artysta. Na razie pomieszkuje u znajomych, którym udało się wyjechać na rezydencje. – Włóczęgostwo to początek mojego myślenia o „Przeciągu” i o wielu innych pracach – tłumaczy mi Choróbski na ławce w jednym z żoliborskich parków, rozgrzewając się tym, co utrwala stereotyp o artystach. – Jeszcze w czasach gimnazjum przyjeżdżaliśmy do Łodzi, bo można było tam posłuchać hip-hopu. Dzisiejsza Łódź wymagała wywietrzenia, odświeżenia, a artyści mogą posługiwać się tylko gestem – podkreśla Choróbski, dla którego ta trwająca nieco ponad 30 sekund akcja jest ważniejsza niż projekty społeczne imitujące działania aktywistów miejskich, polityków i społeczników. Prawdziwa włóczęga w życiu Choróbskiego miała się dopiero zacząć. Bilet do Nowego Jorku był szansą na realizację marzenia o lepszym artystycznym świecie, możliwością konfrontacji z mitem, fałszywym – jak się później okazało – obrazem NYC. Wyjeżdżając do Stanów, Choróbski nie miał ani pracy, ani mieszkania. – Miesiąc zajęło mi znalezienie lokum, drugi miesiąc szukałem pracy. Zrozumiałem, że muszę tam zostać dłużej. Żeby wybić się na światowy poziom, trzeba wyjechać z Polski – wspomina Mateusz, który właśnie w USA poznał legendę światowej sztuki, Davida Madellę, partnera Francisa Bacona, ucznia Man Raya i Marcela Duchampa. Sędziwy Madella pomimo wieku kipiał energią.

Cały tekst możesz przeczytać w magazynie online tu!