Marcello Fonte: W łóżku z psem

Marcello Fonte to objawienie tegorocznego festiwalu w Cannes, gdzie debiutujący w głównej roli aktor został nagrodzony Złotą Palmą. Skromny i zabawny, na ekranie wzrusza i intryguje w roli nietypowego psiego opiekuna.


Matteo Garrone jest dziś uważany za jednego z największych, współczesnych reżyserów we Włoszech. Jak udało ci się zgarnąć tytułową rolę w jego najnowszym filmie?

Marcello Fonte: Mam wrażenie, że ta rola była mi pisana i że po prostu los tak chciał. Od lat jestem związany z niezależną sceną Cinema Palazzo w rzymskiej dzielnicy San Lorenzo. Pomagałem przy organizacji przedstawień, stróżowałem w budynku, okazjonalnie też coś grałem. Do Rzymu przyjeżdżały różne grupy teatralne, pewnego dnia zawitała ekipa złożona z byłych więźniów. W trakcie prób zmarł niestety jeden z jej członków, Ruggero. Zważywszy na to, że cały czas tam byłem i przyglądałem się temu, co robią, zaproponowałem, że w tych nagłych i tragicznych okolicznościach mogę go zastąpić. Tak też się stało. Na jedno z przedstawień przyszli asystenci Mattea Garrone, którzy wypatrywali nowych twarzy do jego filmu. W taki właśnie sposób otrzymałem swoją szansę na casting. Z Matteo to była niemalże „miłość od pierwszego wejrzenia”.

Po seansie trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego w roli tytułowego Dogmana. Ile czasu potrzebowałeś, aby wczuć się w tę osobliwą postać?

Przed rozpoczęciem zdjęć mieliśmy kilka miesięcy prób. Albo ćwiczyliśmy nasze kwestie z Edoardem Pesce (filmowy bokser Simoncino – przyp. redakcji) i resztą ekipy, albo spędzałem czas z psiakami. Spałem z nimi w jednym pokoju i niby każdy miał osobne łóżko, a i tak nad ranem wszyscy wciskali się do mojego. Jedliśmy razem, wychodziliśmy na spacery, oglądaliśmy telewizję… Gra z psami jest jak gra w teatrze – nigdy nie wiesz, czy czegoś niespodziewanie nie zaimprowizują. Nie możesz wszystkiego przewidzieć – to czyniło pracę z nimi jeszcze bardziej fascynującą. Strasznie się z nimi zżyłem, po zakończeniu pracy na planie byłem smutny, że moim czworonożni przyjaciele muszą wrócić do swoich prawowitych właścicieli.

W życiu prywatnym też masz taki dobry kontakt z psami jak w filmie?

Kocham zwierzęta, i to nie tyczy się tylko psów. Wychowała mnie mama, która pracowała na roli w Kalabrii. Od małego wdawałem się zatem w ciekawe dyskusje z kurami, z nimi najlepiej mi się gaworzyło. Lubię też wszelkiego rodzaju insekty, bardzo uważam też, aby je ochronić, nigdy sam żadnego nie zabiłem. Ludzie to w moim przekonaniu jedyna rasa zwierząt, której należy się bać.

Choć „Dogman” to twoja pierwsza główna rola, nie znaczy to, że nie bywałeś wcześniej na innych planach filmowych. W sieci krąży twoje zdjęcie z samym Leonardo DiCaprio…

Na planie „Gangów Nowego Jorku” (2001) w Cinecittà spędziłem prawie trzy miesiące. Robiłem, co tylko się dało. Potrzebowali kaskadera – byłem gotów. Kogoś do malowania dekoracji? Proszę bardzo. Przez większość czasu po prostu statystowałem. Trzymałem się blisko Scorsesego i przyglądałem się z wielkim zaciekawieniem jego pracy… Choć wszędzie były rozwieszone zakazy fotografowania, i tak robiłem zdjęcia. Aparat chowałem do majtek i jak tylko nadarzyła się okazja, to pstrykałem. No i nie mogłem nie zrobić sobie zdjęcia z DiCaprio… „Titanic” był gigantycznym hitem we Włoszech, wówczas uważałem go za romans wszechczasów! Pewnego dnia w trakcie jednej z przerw odważyłem się zagadać, Di Caprio oczywiście się zgodził, podbiegła dwójka innych aktorów. Obok nas odpoczywał sobie zamyślony pan w cylindrze i z fajeczką – poprosiłem go grzecznie, czy nie mógłby nam zrobić tego zdjęcia. Byłem szczęśliwy, udało mi się! Po chwili podbiegła do mnie jedna ze statystek i zapytała rozgorączkowana: „Wiesz, kto trzymał twój aparat?!”. Ja, że nie bardzo…. „Daniel Day-Lewis!”. 600 osób kręciło się wówczas wokół, a ja wybrałem akurat jego! Raz, że wtedy większe wrażenie robił na mnie DiCaprio, ale inna sprawa, że naprawdę nie poznałem ucharakteryzowanego Day-Lewisa!

Nie bez przyczyny określa się go mianem mistrza interpretacji…

Na planie chodziły wówczas pogłoski, że Day-Lewis spędził pięć miesięcy w rzeźni, żeby wiedzieć, jak fachowo trzymać tasak… Dopiero po czasie zrozumiałem, jak wiele szacunku ten aktor ma dla swojego fachu i fachu innych. Jeśli nie czujesz tego, co robisz na planie, widz tym bardziej w to nie uwierzy i nie zaangażuje się emocjonalnie… Wszystko to, co widzicie w „Dogmanie” – od strzyżenia psów, po brud, pot czy nawet deszcz – jest prawdziwe. Osobiście nie wierzę w szkoły czy metody aktorskie, chłonę inspiracje z rzeczywistości, obserwuję zachowania ludzi, robię dużo zdjęć, zapisuję sobie ciekawe zdania… Garrone zwykł mi powtarzać, że jestem dla niego reinkarnacją Bustera Keatona. Sam uwielbiam Keatona, to olbrzymi komplement! Warto jednak zauważyć, że słynny „Generał” miał jedną, złotą dewizę w kinie – „żeby gag mógł się w pełni udać, to musisz wykonać go samodzielnie i własnoręcznie”. Całkowicie się z tym zgadzam!

Na twoim profilu na Facebooku widnieje opis, że oprócz aktorstwa zajmujesz się również sprzedażą warzyw i owoców, malowaniem, graniem na instrumentach, strzyżeniem, rzeźbieniem… Żadnej pracy się nie boisz!

Kiedy wyjechałem z rodzimej Kalabrii do Rzymu w latach 90. w poszukiwaniu własnej drogi, wiedziałem, że nie od razu będę dostawać role w filmach czy w serialach. Na początku było bardzo trudno, przez lata wynajmowałem pokój w piwnicy. Łapałem się każdej pracy – nawet omlety przewracałem. Wszystko jednak robiłem z radością, wierząc, że kiedyś nadejdzie mój moment.

Czy nagroda aktorska na prestiżowym festiwalu w Cannes zmienia w znaczący sposób życie? Co poczułeś w momencie, gdy Cate Blanchett odczytała twoje imię?

Pomyślałem sobie: „Ale głupota! Pewnie się pomylili!”. Nie mogłem w to uwierzyć, ale też naprawdę nie uważam, żebym na nią zasłużył. Tam było mnóstwo innych aktorów lepszych ode mnie. Dla mnie nagrodą było już to, że nasz film został tam pokazany i do tego tak entuzjastycznie przyjęty. Mogłem oddychać tym samym powietrzem co ci wielcy twórcy… A czy coś się zmieniło? Doszła dodatkowa odpowiedzialność, trudniej też się ukryć. To, co mówię i robię, dociera do większej liczby osób. Nie żebym zaczął bardziej się ograniczać w swoich wypowiedziach, ale mam świadomość tego, że to, co mówię, może zostać w zależności od kontekstu, różnie odebrane. A z praktycznego punktu widzenia moje wyróżnienie w Cannes przez moment umiliło życie mieszkańców mojego regionu – na pierwszej stronie zamiast kroniki policyjnej dali moje zdjęcie i informacje o filmie, po raz pierwszy też za sprawą „Dogmana” wybrałem się do kina w Kalabrii. Nie pojawiałem się w nim za bardzo jako widz, to pojawiłem się z moją mamą jako specjalny gość. Można? Można!

Rozmawiała: Diana Dąbrowska

 

Dodaj komentarz