„No Man’s Sky” – samotność we wszechświecie

 

„No Man’s Sky” miało zmienić świat gier komputerowych. Gra oparta na eksploracji wszechświata, który składa się 18 kwintylionów planet, miała dać nam nieograniczone możliwości. I dała nieograniczone możliwości powtarzania tych samych czynności w pierdyliardzie miejscówek. Powiem szczerze – od początku nie rozumiałem zachwytu, który podzielali wszyscy po ogłoszeniu, czym będzie „No Man’s Sky”. Historia w grze wygląda następująco – budzicie się na dziwnej planecie po tym, jak wasz statek kosmiczny się na niej rozbił. Musicie ją eksplorować i odnaleźć surowce, które pozwolą wam na naprawę silników. Na tym kończy się jakakolwiek historia w „NMS” – od tego momentu jesteście zdani sami na siebie, a waszym celem jest eksploracja wszechświata.

Pierwsze godziny z grą zachwycają. Odnajdując dziwacznie wyglądające stwory, ulepszając i konstruując przedmioty czujecie się jak prawdziwi odkrywcy. Niestety powtarzalność tej gry wali po twarzy już po trzech godzinach. Każda kolejna planeta wygląda mniej więcej tak samo – dziwny opuszczony budynek, nowy gatunek zwierząt, które w 95% są całkowicie nieagresywne, i raz na ruski miesiąc walka z robotami, które patrolują galaktyki i… tak do usranej śmierci.

Nie ma tutaj multiplayera, nie ma walki, nie ma niczego, co mogłoby utrzymać człowieka na dłużej przy grze, która kosztuje 250 zł. „NMS” jest jedną z tych gier, które warto kupić, jeśli znajdziecie ją gdzieś z 80% przeceną i pomyślicie: „e, w sumie spróbuję”. W każdym innym wypadku trzymajcie się od niej z dala. Za dużo wspaniałych premier przed nami, aby marnować pieniądze na grę, którą zabił jej własny potencjał.


„No Man’s Sky”

Hello Games

GRA

2A!