Małgorzata Halber: To All the Girls

Znacie ten najgorszy rodzaj żartu, który jest trochę żartem, a trochę jednak jest prawdą? „Żartowałem”. „Chociaż trochę nie”.

Mój wujek uwielbiał opowiadać anegdotę o tym, że w Wiedniu lekarze mają własny samochód, żonę i kochankę. Trochę żartował, a trochę właśnie nie. Piszę o tym, bo kolejny serial, który właśnie zaczęłam oglądać, ze swobodą obleśnego wuja pokazuje głównego bohatera zdradzającego swoją żonę. Ray Donovan gdzieś przed połową odcinka rzuca się na młodą ćwiczącą jogę piosenkarkę i odbywa z nią intensywny stosunek.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że nie ma serialu, w którym mężczyźni NIE ZDRADZAJĄ kobiet. Najpierw była „Rodzina Soprano”. Tony taki zabawny, ale mający swoją ludzką twarz na kozetce psychoanalitycznej. Tony, który zmienia kochanki jak rękawiczki, bo „tak powinien typowy gangster”. Długo trzeba czekać na moment, w którym jego żona mówi: „Tony, wiem, co robisz. Masz przestać, bo już nie wytrzymam tego dłużej”. Wcześniej musiałam z bólem brzucha oglądać, jak ta fajna, lojalna żona jest zdradzana z coraz to bardziej „kobiecymi” według scenarzystów kochankami. Mimo że obiektywnie zasługiwała na order uśmiechu i seksualną wyłączność. Potem „Mad Men”. Każdy chłopiec chciał być jak Don Draper. Nie będę nawet rozwijać tej myśli dlaczego. W każdym momencie, gdy na ekranie pojawiała się kobieta wystylizowana na atrakcyjną (długie włosy, szpilki, wcięta talia), było pewne, że Don wyląduje z nią w łóżku. W „House of Cards” Frank Underwood prawie natychmiast udowadnia swoją męskość i władzę poprzez penetrację kobiet niebędących jego żonami.

Mamy też odmiany seriali ze zdradami uzasadnionymi faktograficznie. To „Narcos”, „The Crown” i „Masters of Sex”. Ale i tutaj mimo faktów, którym trudno zaprzeczyć, konstrukcja jest identyczna: męski mężczyzna (to celowo użyty pleonazm), który niczym wiedeński lekarz ma samochód, sukces i kochankę, w pełni glorii i chwały bzyka na boku atrakcyjniejsze kobiety, a żona może sobie najwyżej popłakać trochę w pokoiku, a potem wyjść i w końcu tupnąć nogą, mówiąc: „Nie zgadzam się, nie będziesz się z nią spotykał”. Jesteśmy już tak przyzwyczajeni do tej narracji, że nie przychodzi nam do głowy inny sposób ukazania problemu zdrady. Taki, w którym bohaterowie mają moralniaka, jest im źle, a przede wszystkim taki, w którym ich zachowanie jest pokazane jako naganne, a żony nie są biednymi ofiarami. To wszystko jest oczywiście zgrabnie uzasadnione: Frank Underwood jest szują, więc zdradza, i przez to mamy go bardziej nie lubić. Bzdura. Mój wujek poklepywałby się z kolegami po plecach, rechocząc. W „Masters of Sex” Michael Sheen gra doktora Mastersa jako zestresowanego introwertyka. Poza tym kobiety mogą znaleźć dla siebie akurat tutaj sporo emancypacyjnych kąsków, ktoś tu podczytuje „Drugą płeć”, a kobiety zaczynają walkę o poważniejsze traktowanie ich w pracy.

W tym wesołym stadku „he, he… facet, wiadomo, że musi poruchać” (tak jakby kobieta nie musiała) jest inny przypadek, czyli „The Affair”, którego treścią jest właśnie pokazanie mechanizmu zdrady w całej swojej złożoności. Nie jest to pięciominutowa migawka, w której atrakcyjna blondynka wije się na jeźdźca nad głównym bohaterem (oczywiście na jeźdźca, bo tak lepiej to wygląda w kamerze, a nie dlatego, żeby była to pozycja specjalnie popularna), ale rozłożona na kilka sezonów, pełna niuansów opowieść li tylko o romansie. Jak bardzo to wszystko jest przygnębiające, zdałam sobie sprawę, oglądając „Billions”. Wcześniej umiałam wymienić tylko jeden serial, w którym główny bohater nie zdradzał żony, i jest to „Breaking Bad”. „Billions” zaczyna się dosłownie od sceny erotycznej BDSM i już jesteśmy pewni, że no tak, no „facet musi…”, a tu niespodzianka. Prokurator Rhoades odbywa te praktyki z własną żoną. Kilka odcinków później multimiliarder Bobby Axelrod na zapleczu koncertu Metalliki (sic!) rozmawia z długowłosą (oczywiście), młodą (oczywiście), długonogą (oczywiście) piosenkarką. I już, już czekam na to, jak pójdą razem do hotelu, ale Bobby mówi: „Wiem, co teraz mogłoby się wydarzyć. Ale się nie wydarzy, bo mam żonę”. I myślę sobie szczerze, że jest mi normalnie, po dziewczyńsku przykro, że jego odpowiedź tak bardzo mnie zaskakuje.