Małgorzata Halber: O podróżowaniu

Nikt lepiej nie ujął fenomenu, o którym pragnę krótko napisać, niż Marcel Proust. W tym miejscu warto zaznaczyć, że bardzo wielu rzeczy nikt nie ujął lepiej niż Proust. „W stronę Swanna” kończy się częścią pod tytułem „Imiona miejscowości: imię”. Proustowski bohater jest słabego zdrowia i marzy o podróżach. Słowo „marzy” jest tutaj i w ogóle dla podróży kluczowe.

Imiona miast to nazwy wypełnione w głowie rojeniami i skojarzeniami. Układanka, na którą składa się wyobrażenie pogody, układu ulic, architektury i mieszkańców. Samo suche słowo na rozkładzie kolejowym staje się obietnicą wyprawy, wzbudza tęsknotę, mimo że nie jest niczym więcej niż zestawem sylab. Niemniej za tymi sylabami idzie cała fala skojarzeń. A jeśli nie zgadzacie się ze mną, to pomyślcie „Marrakesz” i zobaczcie, co za tym w waszej głowie idzie. Obiecuję wam, bo akurat tam byłam, że wyobrażenie nie ma nic wspólnego z wyasfaltowanym dworcem autobusowym pośrodku miasta, a to, co wam przychodzi do głowy wraz z tym imieniem miasta, znaleźć możecie raczej w Rabacie. I narrator Prousta też to wie, mówi więc, że nazwy „stały się czymś piękniejszym, ale bardzo różnym od tego, czym miasta Normandii i Toskanii mogły być w rzeczywistości; potęgując samorodne ekstazy mojej wyobraźni, zwiększały zatem zarazem przyszłe rozczarowanie podróży”.

Gdyby przyjrzeć się temu racjonalnie i skalkulować koszty emocjonalne, to pomysł podróży sam w sobie jest absurdalny. Pakowanie w poczuciu, że brak bluzki czy butów zagrozi naszemu dobrostanowi, spędzanie trzech godzin na lotnisku, potem jedenastu w samolocie, wyrwanie się z rytmu i stres związany z ponownym przywykaniem do obowiązków po prostu się nie kalkulują. Już od kilku wyjazdów zastanawiam się, co musi powstać w człowieku, aby zdecydował się na ten kuriozalny wyczyn, jakim jest podróż do nieznanego, niewidzianego wcześniej miejsca. Gdyby było nam wszystko jedno i liczyłoby się jedynie nieznane, to nie ma znaczenia, czy celem naszej podróży jest Łowicz, czy Botswana.

Tak więc aby nastała w nas potrzeba podróży, musi pojawić się jakaś idea. Idea, która od samego początku jest oszustwem, bowiem nie będąc w danym miejscu, nie jesteśmy w stanie przecież stwierdzić, jakie ono (dla nas) jest. Dokładnie tą ideą są foldery reklamowe z lazurowym morzem i piaskiem. Wsiadamy do samolotu o 4.50 rano, ponieważ nasz mózg wykonał uproszczoną pracę polegającą na obietnicy, że oto właśnie jedziemy na tę plażę. Alain de Botton w „Sztuce podróżowania” opisuje, jak skuszony zdjęciami Martyniki decyduje się na wycieczkę, lecz zdjęcia z folderu pomijają sporo wizualnych faktów, takich jak na przykład żółte beczki z ropą na lotnisku.

Domyślam się, że jesteście osobami dojrzałymi i intelektualnie jesteście w stanie dosyć szybko obalić tezę o wytworzonej w was idei chatki na plaży. Być może, tak jak ja, żeby urealnić ten obraz, poszukujecie na TripAdvisorze zdjęć „zrobionych przez turystów”, gdzie jak najbardziej widać beczki, drogę szybkiego ruchu i wodorosty na plaży. Czytacie fora i blogi. Lecz samo to nie jest niczym więcej niż odpowiedzią na pierwszy bodziec, jakim była idea, obietnica lazurowego morza albo ruin średniowiecznego zamku, imię miasta, kompletne oszustwo. Bajka, która na szczęście ma dobre zakończenie. Oszukani bowiem, żeby przelecieć setki mil, dostajemy prezent w postaci innej strefy klimatycznej, na której wyrosła zupełnie inna od naszej kultura. Więc może warto dawać się mamić, a jeszcze bardziej warto zestawiać w notatkach nasze wyobrażenia z rzeczywistością.

Tekst: Małgorzata Halber

 


Małgorzata Halber skończyła filozofię na UW, pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”.

349 komentarzy

Dodaj komentarz