Małgorzata Halber: Moje Miasto 2017

Moje miasto nie wygląda tak jak w linkach z Gazety.pl, gdzie straszy się narodowcami, którzy wraz z Jarosławem Kaczyńskim wyprowadzają nas z Unii Europejskiej. Moje miasto w 2017 r. to kobiety po czterdziestce grające w tramwaju numer siedem w „Candy Crush Saga” i Pakistańczycy jeżdżący z ciężkimi torbami UberEATS. W piętnastce dwóch dresów, takich koło czterdziestki, przypakowani życiem, frytkami i pracą, mają dżinsy i puchowe kurtki, ale siedzieli na żylecie Legii nie raz. I rozmawiają o smaku. O smaku anyżkowym. Słucham tego tuż po tym, kiedy zjadłam kupiony w okienku piekarni orientalnej burek ze szpinakiem. Mam coś do załatwienia na placu Zbawiciela, tym, który nie przestaje być symbolem złej, zepsutej Warszawy, odklejonej od reszty Polski.

W 2017 r. plac straszy pustym oknem po zasłużonym lokalu Corso i drugim, ze wspaniałym szyldem „Maszyny do szycia”. Ktoś pewnie kupi ten lokal i zrobi tam humus, hamburgery czy co teraz będzie modne w tym sezonie, pewnie ramen. To rok wyburzeń, w środku miasta ludzie umawiają się pod pomnikiem ofiar Rotundy, bo zamiast Rotundy jest płot oklejony plakatami Kabanosa. Na Nowym Świecie brudne okna wolnych lokali występują równie często co na Chmielnej. Na forach wspólnot dzielnicowych flejm najłatwiej wywołać wątkiem „samochody vs rowery”. Nie wiem, czy ktoś już w agencjach to wykorzystał, ale obrót komentarzami w tym przypadku to przyrost 1 na 30 sekund, zwyczajowa długość 230 komentarzy na post.

Najczęściej jem w miejscach serwujących „tradycyjne polskie dania”. U siebie na osiedlu w Smaku Tradycji. W Śródmieściu Obiady Domowe (Szpitalna, Lwowska, na Poznańską nigdy nie dotarłam). Na Ochocie zamawiam na wynos w Van Bihn, restauracji, w której przy jednym stole rozmawiają ze sobą po polsku Wietnamczycy i Polacy. To będzie rok fidget spinnerów, z którymi starsza część populacji w dalszym ciągu nie wie, o co chodzi, ale chyba pogodziła się z tym tak samo jak z Pokemon Go rok wcześniej. Swoją drogą, jakiego rzeczownika używa się do opisania grającego w 2017 r. w Pokemon Go? Czy on jest już oldskulowcem?

Na Krakowskim Przedmieściu cały czas ktoś odpala tę grającą ławkę z Chopinem. W tramwajach na ekranach LCD reklamuje się Ratusz, pisząc o wspaniałych rzeczach, jakie zrobił dla miasta. Tymczasem ja, stojąc na przystankach autobusowych wyłonionych w ramach wieloetapowego konkursu, zastanawiam się, jak można wydać gigantyczne pieniądze na wiaty, które nie chronią ani przed słońcem (są przezroczyste), ani przed deszczem (mają szpary) i w ogóle nie spełniają swojej funkcji, za to mają wifi i kod QR, pozwalający zapoznać się z historią Powstania Warszawskiego. Mieszkańcy uczą się coraz częściej, co to jest budżet partycypacyjny. Dzięki temu powstają budki dla ptaków zamiast koncertu Lady Pank za 140 tysięcy zł na Polach Mokotowskich.

Moim ulubionym rejonem po lewej stronie Wisły pozostaje Żelazna z przyległościami. Miejsca po starych fabrykach, zakładach rzemieślniczych, kamienica Krongolda i ten pusty od zawsze lokal po drugiej stronie skrzyżowania, tak bardzo idealny na lokal gastronomiczny, w którym mogłabym siedzieć i udawać że są czasy „Wojny domowej”, kiedy Warszawa pulsowała rytmem neonów i bigbitu. Jednocześnie, gdy każdego dnia wysiadam przy rondzie Daszyńskiego, z przyjemnością widzę, że buduje się tam prawdziwe city, a nie to upchnięte bezmyślnie na Służewie. Że w tym martwym miejscu, gdzie Bellona miała kiedyś swoją drukarnię, a IPN najbrzydszy blok świata, jest rzeczywiście jakoś światowo.

Boję się tylko Warszawy 2018. Bo na miejscu bazaru Banacha, gdzie od lat kupuję sukienki za 3 zł, stanie 10-piętrowy budynek, a niektórzy z mieszkańców już się cieszą, że nareszcie będzie ładnie. Ładnie z wycięciem 20 starych drzew i pozbawieniem Grójeckiej ostatniej przestrzeni, gdzie widać niebo. A Falenica, miejsce, które mogłoby być letniskiem, z leniwym targiem i świdermajerami, zostanie rozpruta przez tunel. Przez tunel, bo samochody są najważniejsze. Ważniejsze niż jakaś tam stuletnia historia.

Tekst: Małgorzata Halber