Małgorzata Halber: Klub nieudaczników

Częściej mnie boli, niż nie boli, taką mam konstrukcję. W dodatku życie ostatnio dojebało mi naprawdę z dwururki i wylądowałam w sanatorium dla nerwowo chorych. Prywatny ośrodek, zieleń, trzy razy w tygodniu spotkanie z psychoterapeutą, psychoedukacja, zajęcia ruchowe. Jednym z powodów, dla których zdecydowałam się na ten krok, była ciekawość. Kogo spotkam w tym magicznym miejscu, opisanym w folderze jak „Czarodziejska góra” dla neurotyków.

Mój turnus się kończy i im bliżej końca, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu społecznym w Polsce w XXI wieku istnieje wielka luka. Luka podziemnych kręgów dla ludzi, którzy mogą mówić o emocjach, do których normalnie przyznawać się nie można. Jestem weteranką psychoterapii, pierwszą przeszłam w wieku 16 lat, potem następną, kiedy przez dwa lata cierpiałam na ortoreksję (to zaburzenie odżywiania polegające na uzależnieniu od diety), następnie terapię uzależnień i terapię dla par. I dwie grupy samopomocowe. Ale prawdziwym poligonem jest coś, czego nazwa budzi dreszcz emocji obrzydzenia i lęku: mityngi. Tam siedzą prawdziwi mocarze mówienia o emocjach. Tam jest dopiero obnażanie się ze wszystkiego, co nas uwiera i drapie na co dzień, kiedy kroczymy przez odmęty dnia codziennego, przekonani, że musimy jakoś postępować, że jakoś być powinno oraz że nie wolno mówić o zazdrości o sukcesy innych. „Jesteśmy wybrańcami”, mówię na papierosie do swoich borykających się z depresją współtowarzyszy niedoli w prywatnym ośrodku. Tak uważam. Jest kasta ludzi nadwrażliwych, ludzi ukwiałów, którzy odbierają każdy, najmniejszy ruch w emocjach dookoła. Ale może nie ma wcale żadnej kasty, skoro według WHO depresja jest obecnie drugą pod względem popularności chorobą cywilizacyjną.

Jesteśmy nieustannie poddawani stresowi, nasz poziom kortyzolu w pewnym momencie przestaje spadać, zatrzymuje się, a wraz z nim blokowane są neuroprzekaźniki odpowiedzialne za dobre samopoczucie. Dotyka nas anhedonia. Nie czujemy radości. Nie bardzo wiemy, po co wstawać z łóżka. I co najgorsze, cały czas wydaje nam się, że przesadzamy. „Ten problem jest w tobie”, powiedział mi psychiatra, kiedy szurałam po korytarzu kliniki niczym Jack Nicholson po elektrowstrząsach w „Locie nad kukułczym gniazdem”.

Najbardziej ekscentryczną osobą, jaką poznałam w sanatorium, jest pan Stanisław (imię zmienione), lat 62. Nagle przestał chcieć żyć, mimo że ma wspaniałą posiadłość w Aninie i przez całe życie dokonywał szalonych decyzji, takich jak przeprowadzka do Korei na kilka lat, bo to dobre miejsce do prowadzenia interesów, ćwiczył jogę i przemycał elektronikę. I nagle coś w panu Stanisławie się zepsuło. Próbuje dojść do tego, co to jest, ale to nie bardzo pomaga, ponieważ wiedza teoretyczna nie powoduje, że jego nagłe ataki lęku znikają. A pan Stanisław ma napady, które nie pozwalają mu w spokoju przeczekać dziesięciu minut. Dopiero kiedy czymś się zajmuje, to mija. Znam to.

Znam też to, że wiem, że powinnam na przykład zrobić sobie herbatę, żeby poczuć się lepiej, albo wyjść na zewnątrz, ale nie jestem jednocześnie w stanie tego zrobić, mimo że gdyby dotyczyło to innej osoby, gdybym tę herbatę miała zrobić dla kogoś innego, to zerwałabym się w sekundę. Znam jeszcze taką rzecz jak kompletne poczucie nieadekwatności: ludzie postrzegają mnie w jakiś sposób, a ja czuję w środku, że jestem kompletnie bezwartościowa, nic nie umiem, a każdy dzień to dla mnie biała kartka do przeżycia, tak jakbym budziła się jako nic niepotrafiące pisklę i dopiero w ciągu dnia, w trakcie wykonywania zadań doznaję zdumienia, „o ja pierdolę, ja to jednak umiem”, i tak z godziny na godzinę. Oczywiście wtedy kiedy mam coś do zrobienia, bo jeśli nie, to śpię, leżę w łóżku i oglądam filmy na Netfliksie.

Pan Stanisław powiedział na naszych grupowych zajęciach coś, co prześladuje mnie od momentu, kiedy zaczęłam rysować Bohatera, wesoły komiks o rzeczach, które wszyscy czują, ale wstydzą się do tego przyznać. Że trzeba powołać jakąś sieć klubów. Sieć klubów, w których będzie można rozmawiać szczerze o emocjach. Nie każdy jest alkoholikiem albo narkomanem, żeby iść na mityng, jedyne miejsce, gdzie możesz powiedzieć, że czujesz się chujowo, i ktoś jeszcze ci za to dziękuje. Moje marzenie jest takie, żeby w piwnicach i miejskich pustostanach spotykali się ludzie, żeby móc mówić o swoich emocjach, bo wtedy nagle okazuje się, że nie tylko ty tak się czujesz. Bo gdzie masz się o tym dowiedzieć? W pracy, gdzie wszyscy spełniamy przypisane nam wcześniej funkcje ogarniaczy? Te schowane głęboko emocje, lęk, wstyd, zwątpienie, żal, potrzeba akceptacji, osamotnienie wychodzą dopiero o drugiej w nocy w zakamarkach lokali i w kuchniach pod koniec domówki, wtedy dopiero wygrzebujemy z siebie ten szlam. A gdyby tak to zmienić, gdybyśmy mogli raz w tygodniu chociaż posiedzieć w kilkanaście osób i powiedzieć o tym, ile nas kosztuje niedzwonienie do byłego chłopaka, jak boimy się wracać do pustego mieszkania, jak robimy głupoty z miłości i jak przeraża nas to, że dajemy sobie robić krzywdę? Jakże byłoby wspaniale. Jakże mniej czulibyśmy się wybrakowani, wystraszeni i bezradni.

Foto: Łukasz Saturczak

  • Pięknie powiedziane. I bardzo prawdziwie. Ostatnio tak trafne rzeczy czytałem w książce „Najgorszy człowiek na świecie” właśnie Pani Małgorzaty.

  • Michał

    > żeby w piwnicach i miejskich pustostanach spotykali się ludzie, żeby móc mówić o swoich emocjach, bo wtedy nagle okazuje się, że nie tylko ty tak się czujesz

    Ale to się dzieje i można skorzystać. Poszukaj gdzie się odbywają terapie grupowe i dołączaj do grupy!

    • Cywilizacja Śmierci

      Pani Małgorzata po pierwsze nie może mieszać się z plebsem, bo jej nie wypada i w ogóle fu, a po drugie nie może się podleczyć (zakładając uprzejmie, że naprawdę coś jej jest), bo o czym by wtedy pisała i na co się skarżyła.

      • Katie Leszczyńska

        Weź już stąd zniknij człowieku. Wszyscy znają Twoje poglądy i nie musisz ich wyrażać pod każdym wpisem/postem/komentarzem

        • Cywilizacja Śmierci

          Ciekawi nas, czy ktoś jest zdolny do racjonalnej polemiki z nami.

          Czy pisaliśmy już, że nasza nazywająca się figlarnie nieudacznikiem pani Małgorzata (oraz nieodmiennie lubiany pan Stanisław, wykluczony do willi w Aninie… tak to szło?) jest nieudacznika zaprzeczeniem. Popularność. Bycie znaną dziennikarką. Poczucie rozwoju i spełnienia. To mało?

          I to mrugnięcie okiem do publiki „Jestem taka sama jak wy, a może nawet mam gorzej”. Kupujcie moją książkę i czytajcie moje teksty, nieudacznicy, to na chwilę poczujecie powiew wielkiego świata („Och, Ona też ma depresję! Nawet do psychologa poszła, biedulka!”).

          Przypominamy:
          – u pani Małgorzaty brak diagnozy
          – brak informacji o leczeniu i zastosowanych lekach
          – „znalazłam się w ośrodku” – znalazłam, to znaczy?
          – brak objawów niezdolności lub problemów z samodzielną egzystencją
          – jedyne, co wiemy, to informacja o korzystaniu w młodości z psychoterapii (a wiemy, bo nam tak powiedziała)

          Krótko mówiąc, pani Małgorzata jest dla nas osobą mało wiarygodną, po prostu.

  • Róża

    Mam bardzo zbliżone odczucia… tylko ja mam wrażenie, że nie mam prawa, że mi prawo do słabości, narzekania nie przysługuje. Zamykam się w ciszy. Zanurzam w samotności. Zagłuszam to w sobie i rano wychodzę do pracy, jakby nigdy nic.

    • Katie Leszczyńska

      Wiesz mi Różo, nie jesteś z tym sama. To choroba cywilizacyjna. Ps. Piękne imię/pseudonim ;*

  • Smuteczek

    Czlowiek.czuje sie osamotniony ze swoimi myslami to co w sirodku drazy ten caly swuj syf chcialby wyrzucic sie zeby nie ogladajac wstec isc do przodu mnie sie nie udaje juz kilka lat .Zyje w zawieszeniu .Cierpienie wydrazylo wielka dziure brak sil by stawic czolo zyciu juz nie chce brak mi sil wciaz brak😑

  • Cywilizacja Śmierci

    Rozczulilibyśmy się nad ciężkim losem autorki, niestety przeszkadza nam w tym parę drobiazgów.

    Otóż, pani Małgorzata została właśnie przedstawicielką gatunku, który nazywamy roboczo „depresyjnymi celebrytami” (schizofrenicznych nie ma, bo naprawdę poważna choroba błyskawicznie przesuwa z pozycji „król życia z Warszawki” na „samotny beneficjent lokalnego Ośrodka Pomocy Społecznej”).

    Pani Małgorzata figlarnie nazywa siebie nieudacznikiem, próbując przedstawić się jako nasza kumpela, ale żadnym nieudacznikiem (podobnie jak cytowany tam pan Stanisław) oczywiście nie jest – osiągnęła i osiąga w swoim życiu wiele sukcesów, jest osobą popularną, przypuszczamy, że ma wielu przyjaciół, nie ma problemów finansowych i, ogólnie rzecz biorąc, żyje dobrze. Czego, oczywiście nie mamy jej za złe, chcemy tylko zwrócić uwagę, że jej sytuacja (i sytuacja pana Stanisława) jest całkowicie inna, niż sytuacja zdecydowanej większości chorych.

    Pani Małgorzata ma natychmiastowy dostęp do każdej formy terapii, może widzieć się z profesjonalnym psychoterapeutą czy psychiatrą nawet codziennie, może wziąć udział w dowolnych zajęciach, indywidualnych czy grupowych, słowem może sobie pomóc natychmiast w każdy dostępny sposób, ponieważ ją na to stać. Podobnie jak pana Stanisława.

    Pani Małgorzata ma poza tym ogromny kapitał zawodowy i towarzyski, z którego może korzystać, by sobie pomóc. Jeśli w wyniku swojej choroby – choroby, no właśnie, czy padła jakaś diagnoza? – straci pracę, znajdzie inną, co najmniej równie dobrą. Zna odpowiednich ludzi, ma określoną pozycję, słowem jej los jest odrobinę inny, niż chorej na depresję – naprawdę chorej, bo jej choroba jest potwierdzona kilkoma niezależnymi diagnozami – kasjerki z Biedronki, która właśnie straciła pracę, a co za tym idzie, za chwilę straci wynajmowany pokój – i co dalej? Sądzimy, że nie są to typowe problemy, podnoszące pani Małgorzacie poziom kortyzolu, a może nawet adrenaliny. Może kasjerka z Biedronki powinna zapisać książkę o swojej chorobie, podobnie jak pani Małgorzata?

    Wyobraźmy sobie teraz panią Małgorzatę jako osobę kompletnie nieznaną, mieszkającą w wynajętym pokoju, niebogatą i mającą niezbyt interesującą pracę, pozwalającą jednak jakoś przeżyć. O psychoterapiach możemy w praktyce zapomnieć, co do prywatnych szpitali psychiatrycznych, to pani Małgorzata wersja 2.0 nawet nie wie, że istnieją. Na prywatną wizytę u psychiatry albo nie będzie jej stać, albo stać rzadko (to w końcu te 150-200 zł). Los pani Małgorzaty 2.0 nikogo nie interesuje, jej przyjaciele i znajomi nie są nikim ważnym. Strata pracy (nietrudna przy depresjach) to życiowa katastrofa, rezerwy finansowe pani Małgorzaty 2.0 starczą jej może na dwa miesiące (oryginalna pani Małgorzata może, jak sadzę, być nieczynna nawet przez rok bez specjalnych problemów, o panu Stanisławie nie ma nawet co wspominać). Czy oryginalną panią Małgorzatę bywało nie stać na wykupienie leków? Zapłacenie czynszu? Czy musiała, żeby np. mieć pieniądze na lekarza, przez rok zapomnieć o jakichkolwiek, poza całkowicie niezbędnymi, wydatkach? Zna smak paprykarza szczecińskiego? Zna tępe, obezwładniające zmęczenie po dziesięciogodzinnej szychcie w nędznej, byle jakiej pracy? Z całym szacunkiem, ale wątpimy.

    Pani Małgorzata, choć obecnie w istocie może czuć się gorzej, doświadczyła dobrego, bogatego i rozwijającego życia – i znów do niego wróci, podobnie jak pan Stanisław, którego szczerze nam żal. To ogromny kapitał, naturalna ochrona przed zalewem kortyzolu. Zdecydowana większość chorych psychicznie takiego kapitału nie ma i mieć nie będzie, zazwyczaj nie doświadczyli dobrego życia przed chorobą i na pewno nie doświadczą go po przejściu tej cienkiej czerwonej linii.

    Pani Małgorzato 1.0, wie pani, kim wcale często zostają ludzie chorzy psychicznie? Podpowiemy: nie, nie redaktorami i pisarzami.

    Zostają bezdomnymi.

    Czy pani Małgorzata 1.0 ma cokolwiek z nimi wspólnego? Czy pani Małgorzata istotnie przeżywa to samo cierpienie i choroba (hmm, diagnoza) co opisani tu ludzie? Czy ma ona z nimi cokolwiek wspólnego?

    Pani Małgorzato, bardzo nam przykro, ale nie jest pani naszą kumpelą i podobnie doświadczonym człowiekiem. Nasze światy nie mają punktów wspólnych, nigdy się nie spotkamy, wybaczy więc pani, że ze zbyt małą atencją odniesiemy się do pani pluszowego krzyża.

    PS. Rozumiemy, że kolejna książka w drodze?

    • Kasia Matyskiewicz

      Kazdego moze to spotkac, niezaleznie od statusu spolecznego…wszyscy jestesmy ‚rowni’ wobec choroby i smierci.

      • Cywilizacja Śmierci

        Oczywiście, ale osobie o wyższym statusie, osobie bogatszej łatwiej jest uzyskać pomóc – stać ją na wszystko, także na prywatny szpital.

        Powiemy brutalnie: uważam, że pani Małgorzata nie ma poważnego problemu. Jest w stanie pracować, pisać teksty jak ten powyżej, radzi sobie ze swoim życiem. Jeśli ktoś mówi nam, że właśnie umiera na raka i wygrywa jakiś tam ultramaraton, to pozwalamy sobie nie do końca mu wierzyć, ponieważ osoba naprawdę chora leży pod tlenem, napompowana morfiną i odlicza minuty.

        Pluszowy krzyż, przypominamy.

        • Akinom Krupa

          Właśnie napisała że jak robi herbatę dla kogoś to zrywa się w sekundę. Nie zrozumiałeś/aś przesłania. Każdy taki krzyż niesie jaki jest w stanie unieść, pluszowy czy inny to sprawa interpretacji.
          Najlepszego.

          • Cywilizacja Śmierci

            Jeśli zrywa się w sekundę to nie ma mowy o depresji. Co za obrzydliwe, wyłudzające litość i zakłamane babsko – mamy tu oczywiście na myśli panią Małgorzatę. Zaiste, prawdziwa z niej galerniczka wrażliwości.

            PS. Alkoholiczką tez była? I napisała o tym książkę? No, no, istny człowiek renesansu. To co w kolejce po chorobie psychicznej? Heroina? A nie, to już zajął Piątek. Może anoreksja? Bardzo na czasie. Gwałt? Molestowanie seksualne? Jest materiał na kilka kolejnych książek, apartament w centrum i dom w Konstancinie. Trzymamy kciuki za ciężko doświadczoną przez życie panią Małgorzatę. Czy uda jej się pokonać zły los? Czy nasz bohaterka pokona przeciwności? Już wkrótce we wszystkich dobrych księgarniach.

          • Olga

            Gdyby pan/i Cywilizacja Śmierci wzięła udział w tym hipotetycznym konkursie na samobójstwo, wysłałabym 100 smsów, zeby zakończyć pańskie cyniczne i żenujące ranty

          • Cywilizacja Śmierci

            A teraz prosta zagadka: samobójstwo na naszych oczach popełniają dwie
            osoby: światowa i zachwycająca pani Małgorzata oraz nikomu nieznana i
            niezbyt sympatyczna kasjerka z Biedronki. Uratować możemy tylko jedną
            osobę, kogo wybieramy? My nie mielibyśmy z tym najmniejszych problemów, a
            ty / wy?

          • Olga

            Mój komentarz wyżej to właśnie odpowiedź na pański retoryczny wygibasik.

          • Cywilizacja Śmierci

            A teraz prosta zagadka: samobójstwo na naszych oczach popełniają dwie
            osoby: światowa i zachwycająca pani Małgorzata oraz nikomu nieznana i
            niezbyt sympatyczna kasjerka z Biedronki. Uratować możemy tylko jedną
            osobę, kogo wybieramy? My nie mielibyśmy z tym najmniejszych problemów, a ty / wy?

            PS. Polemiści zapominają, że trudniej walczyć z chorobą, walcząc jednocześnie o przeżycie. Pani Małgorzata nie tylko znajduje się w pozycji luksusowej, co jeszcze wykazuje rzadko spotykaną bezczelność pt. „ty umierasz na raka, ja złamałam tipsa – łączy nas cierpienie, opowiem o tym na terapii”.

          • Olga

            Ciekawa jestem, komu pomaga przeżyć komentator CŚ, który tak doskonale zna ciemne podbrzusze istnienia i wie najlepiej, kto ma lepsze życie, a kto gorsze.

          • Olga

            Bezczelność wykazujesz zresztą sam, patrząc po komentarzach pod oryginalnym postem i po reakcjach na „Najgorszego człowieka” Małgorzata Halber pomogła wielu osobom, w tym również kasjerom i kasjerkom, jak zupełnie darmowa terapeutka, a ty pierdzisz tu w stołek udając marksistę.

          • ciastopi

            Rozumiem tę retorykę – łatwiej jest się leczyć, jeśli mamy środki, mamy zaplecze finansowe. Ale niestety, depresja to jest pułapka. Myślę „brakuje mi tylko kasy, żeby się z tego wyciągnąć”. Kasa się pojawia, no i co? Dalej bez sensu, dalej mi się nie chce, ale im więcej mam w życiu rzeczy, które powinny sprawiać, że czuję się lepiej, a wcale nie czuję się lepiej, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że się do tego przyznam. Rzeczona kasjerka z Biedronki przez trudne życie ma niejako społeczne prawo do tego, żeby czuła się źle – nikt nie będzie jej za to oceniał, bo obiektywne wskaźniki szczęścia są u niej niskie. A tutaj z drugiej strony jest człowiek, który ma wszystko: rodzinę, dom, pieniądze, pracę i to jeszcze taką, którą lubi! a i tak beznadziejnie. I co? I taki powie, że powinien się leczyć, bo coś w jego głowie nie bangla i zaraz pojawi się cały tabun ludzi, którzy stwierdzą, że jak to? on? użala się nad sobą, niech się lepiej weźmie w garść. Nie twierdzę, że nie ma osób, które się na swoich problemach psychicznych, prawdziwych lub nie, lansują. Ale depresja to choroba. Może mieć czynniki zewnętrzne (strata pracy, pieniędzy, mieszkania, rodziny, zdrowia), ale może mieć też wewnętrzne – ot, taka genetyka się trafiła.

          • Bodo

            Boże…jak tak można pisać..ja po prostu nie wierzę. Pani Małgorzato, proszę usunąć „cywilizacja smierci” bo to śmierdzi tak, że nie da się tego wytrzymać i niech tylko Pani tego nie bierze do siebie ! Proszę. Dziękuję i serdeczności przesyłam !

          • Cywilizacja Śmierci

            „Diagnozą pani Małgorzaty może niech zajmie się specjalista, a nie internauci.”.

            Dokładnie tak. Niecierpliwie czekamy, aż pani Małgorzata ujawni, czy ktokolwiek potwierdził jej dramatyczną autodiagnozę. Dopóki żaden specjalista tego nie zrobił, pozwalamy sobie sądzić, że nic poważnego jej nie jest. W diagnozie tej utwierdza nas wiedza, że (domniemany przez nią) alkoholizm przeszedł jej jak krótki kaszelek; niezbyt typowe dla tego uzależnia.

            „Obrzydliwe jest twierdzenie, że jest jakiś poziom sponiewierania przez
            los, po którym dostaje się pieczątkę aprobaty człowieka zasługującego na
            pomoc.”.

            Obrzydliwe i fu, prawie tak, jak fakt, że najpierw zajmujemy się rannym, który trzyma własne flaki w rękach i właśnie się wykrwawia, niż panią Małgorzatą, która skręciła nogę.

            „Bezczelność wykazujesz zresztą sam, patrząc po komentarzach pod
            oryginalnym postem i po reakcjach na „Najgorszego człowieka” Małgorzata
            Halber pomogła wielu osobom, w tym również kasjerom i kasjerkom”.

            To zaś jak? Polecając im taniego (tylko 500 zł za godzinę) i informując, że pół roku w Toskanii bardzo by im pomogło?

            „Dalej bez sensu, dalej mi się nie chce, ale im więcej mam w życiu
            rzeczy, które powinny sprawiać, że czuję się lepiej, a wcale nie czuję
            się lepiej, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że się do tego przyznam. „.

            Stawiamy dolary przeciwko orzechom, że przesunięcie naszej bezcennej pani Małogorzaty z domu w Konstancinie do noclegowni na Marywilskiej sprawi, że zacznie ćwierkać z całkiem innego klucza.

          • Cywilizacja Śmierci

            Btw. cała ta dyskusja przypomina nam żywo dyskusje z młodymi korwinistami, którzy przymierając głodem albo harując za 10 pln za godzinę na smieciówkach oddadzą życie, broniąc prawa bogatego biznesmena czy bardzo bogatej firmy do nie bycia dotkniętym progresywnym podatkiem dochodowym.

            Naprawdę chcecie oddać życie, broniąc prawa bogatej celebrytki do zarabiania na udawaniu, że jest kimś takim jak wy, tragicznie dotkniętym chorobą? Która nie przeszkadza jej w odnoszeniu kolejnych sukcesów, sprzedawania kolejnych książek, cieszenia się coraz wspanialszym życiem?

            Cóż, zawsze biedni pracują na bogatych, szczerzy na spryciarzy, uczciwi na oszustów. Naprawdę nie macie większych zmartwień, niż finansowanie kolejnych wakacji pani Małgorzaty, jej kolejnych gadżetów, imprez i sławy, kolejnych kroków jej błyskotliwej samorealizacji? Cóż, wasza sprawa – my powiedzieliśmy swoje.

            Co sądzicie na temat wyprawy pani Małgorzaty do Aleppo, żeby mogła podzielić się z jego mieszkańcami traumą i gehenną, której doświadczyła, gdy złamał jej się tips? Wspaniały materiał na kolejną (niczym u Beaty Pawlikowskiej) książkę, doradzalibyśmy jednak, by przy takim oświadczeniu mieć solidną obstawę, bo, być może, nie zostałoby przyjęte ze stosownym zrozumieniem.

        • Olga

          Cywilizacjo, cywilizacjo, jesteś niestety głupsza od opony. Z niedawnych wiadomości – Chris Cornell popełnił samobójstwo dzień przed koncertem; moja niegdysiejsza sąsiadka pojechała jak każdego dnia do dobrze płatnej pracy, tylko że zatrzymała się na przejeździe, żeby rozjechał ją pociąg. Itp, itd

          • Cywilizacja Śmierci

            Popełnił, no i?
            Zatrzymała się, no i?

            To nie neguje faktu, że mieli lepsze / dużo lepsze życie niż popełniający samobójstwo nikt. Nie skorzystanie z nich z wszelkich dostępnych im możliwości pomocy świadczy, przykro mi, o ich głupocie. Gdybyśmy byli buddystami, zadumalibyśmy się nad tym, że żyjąc lepiej mogli po prostu szybciej wyczerpać limit na karcie.

            A teraz prosta zagadka: samobójstwo na naszych oczach popełniają dwie osoby: światowa i zachwycająca pani Małgorzata oraz nikomu nieznana i niezbyt sympatyczna kasjerka z Biedronki. Uratować możemy tylko jedną osobę, kogo wybieramy? My nie mielibyśmy z tym najmniejszych problemów, a ty / wy?

        • Olga

          Obrzydliwe jest twierdzenie, że jest jakiś poziom sponiewierania przez los, po którym dostaje się pieczątkę aprobaty człowieka zasługującego na pomoc.

          • Cywilizacja Śmierci

            To zaś dlaczego? Staraliśmy się tylko wykazać, że suma cierpienia doznanego w życiu przez panią Małgorzatę jest znacząco mniejsza od kogoś, kto naprawdę miał przechlapane i do tego jest faktycznie chory (przypominam, że nadal nie mamy diagnozy pani Małgorzaty, amatorsko widzimy tu może nerwicę i tyle).

          • Monika

            Diagnozą pani Małgorzaty może niech zajmie się specjalista, a nie internauci. Każdy ma swój poziom wrażliwości, a nikt z nas nie jest w skórze pani Małgosi żeby oceniać jakiego cierpienia doznała lub nie doznała. Czy gdyby chorowała na raka też powiedziałby Pan, że i tak ma lepiej niż pani z Biedronki, bo przecież ma kasę, pozycję, możliwości? Napisała książkę. Pozwolę sobie zauważyć, że książki się ludziom nie przytrafiają, trzeba w nie włożyć dużo pracy, serca i talentu. A takie teksty są ważne i potrzebne choćby po to żeby depresja nie była tabu, a pani Zosia z Pcimia Dolnego nie wstydziła się udać po pomoc do psychiatry, choćby na NFZ.
            Tekst bardzo mądry i ciepły, ale takich się właśnie spodziewam po autorce.
            Pozdrawiam
            skarpetkiwswinki.blogspot.com

        • benzo

          W imieniu wszystkich chorych i symulantów dziękuję za poinformowanie nas o oznacza być naprawdę chorym. Tlen, kroplówka, morfina i odliczanie minut. Proponuję Szanownej Cywilizacji karierę w polityce, klimat sprzyja.

  • KM

    Boze jak ja Pania ‚czuje’…powodzenia,da Pani rade!

  • Małgorzata Gawda

    Sieć klubów fajna sprawa. Jest tylko jeden problem. Trzeba wyjść z domu,żeby się spotkać :)

    • Katie Leszczyńska

      To nie problem, to zachęta :)

      • Małgorzata Gawda

        Kiedy dopada depresja, wtedy drzwi własnego mieszkania stanowią barierę nie do pokonania i żadne zachęty nie pomogą.

  • Żaneta Drobek

    Ja niestety nie poszłabym do takiego klubu ze względu na moją fobię społeczną. Jasne, chciałabym wyrzucić z siebie to, co we mnie siedzi, chciałabym, żeby ktoś mnie wysłuchał i nie oceniał, nie dawał rad, po prostu wysłuchał. Ale w moim życiu zbyt wiele osób mnie skrzywdziło, zwłaszcza takich, przed którymi się otworzyłam. Nie chcę by po raz kolejny ktoś pogrywał na moich emocjach i użył ich przeciwko mnie.
    Szkoda, że nie stać mnie na takie sanatorium… chciałabym odpocząć.

    • Marek Wygnany

      Żaneta i to jest spory problem. Ja bym tam chętnie cię wysłuchał ale problem polega na tym że nie za bardzo mam zachętę żeby to zrobić. Kościół Latającego Potwora Spaghetti wymaga strasznie dużo roboty, paradoksalnie.
      Powiedzmy – pierwszego alpaczkowego maila zrobię ci gratis. Możesz testowo napisać co chcesz na Marek.wygnany@klps.pl i otrzymasz moją odpowiedź.

    • Anna Bartosik

      Niestety mam identycznie.

  • Marek Wygnany

    Drodzy komentujący- Tak zapytam, od czego wy macie kapłanów? Chyba to w ich kompetencjach znajduje się pocieszanie strapionych etc. Czy tylko Krakowski Kościół Latającego Potwora Spaghetti ma kompetentne alpaki?

    • Olga

      Obawiam się, że od wielu kapłanów można usłyszeć to samo, co od komentującego tutaj osobnika „cywilizacja śmierci”, który uważa, że na pomoc można zasłużyć sobie jedynie jedząc chleb bez margaryny, gdyż margaryna już czyni z ciebie zepsutego biełoruczka

      • Cywilizacja Śmierci

        Argumenty ad personam nie są argumentami, bardzo nam przykro.

        Pani Małg

  • Anna

    Rzecz w tym, że samo gadanie o emocjach nie załatwia sprawy. Ludzie wzajemnie się nakrecają i zaczynają grę w „kto ma gorzej”. Siłą (dobrych) mityngów nie jest rzyganie emocjami, ale dzielenie się narzędziami zdrowienia. Rzecz w tym, że ludzie (nie wszyscy oczywiście) nie chcą zdrowieć, chcą, żeby stał się cud – żeby przestało boleć i żeby bezkarnie robić sobie wszystko tak, jak wcześniej. Powiedz: „słuchaj jest rozwiązanie”, usłyszysz: „no ale tu trzeba się napracować, to nie dla mnie”. To jest zupełnie jak z dietą – jestem w stanie się poświęcić, żeby schudnąć 5 czy 10 kilo, ale potem chcę znów bez konsekwencji nawpierdzielac. Tylko, że tak się nie da. Albo zmieniam swoje nawyki, albo zaraz znów będę mieć nadwagę. To samo dotyczy emocji…

    • benzo

      Depresanci, nie rzygają kwestiami, kto ma gorzej, oni w zasadzie nie rzygają niczym w zależności od stadium. Wyjście z domu, to jak zdobycie Everestu. Tu działa mechanizm pokazujący, że nie jesteś sam. Że nie tylko Ty walczysz ze sobą i o siebie.

      • Anna

        Czyli uważasz, że przyjdą, popatrzą i to im pomoże? No bo skoro nie chce im się gadać i wielkim wysiłkiem jest samo bycie w tym miejscu, to nie widzę przestrzeni na poprawę. Miałam depresję przez kilka lat i faktycznie nie interesowało mnie nic poza własnym cierpieniem. Ja znalazłam rozwiązanie i wiem, że to zadziała tylko wtedy, gdy pojawi się ktoś, kto już z tego wyszedł i powie jak to zrobić plus jeśli jesteśmy gotowi iść dalej. Przez trzy lata non stop lykalam antydepresanty, kiedy w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że to czas wycięty z życiorysu, postanowiłam przestać. Zmieniłam lekarza i usłyszałam najlepszą rzecz (którą przeczuwalam i której panicznie się bałam): Pani nie musi brać leków, Pani musi zmienić swoje życie.
        Wracałam do domu i ryczałam, a potem wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś widzę, że depresja to nie tylko choroba w tradycyjnym rozumieniu, ale też forma uzależnienia, ucieczki (przed rzeczywistością, która miała być inna, przed odpowiedzialnością, przed tym, że nie daję rady, przed mężem, ktoryze zdradza i przed sobą, bo nie umiem nic z tym zrobić…). Temat rzeka, ale najwazniejsze, że jest rozwiązanie i to zupełnie za darmo (co obala mit, że autorka miała lepiej, bo stać ją na dobre terapie).

  • Paulina Michalska

    Cały ten artykuł uświadamia mi jedynie, że ludzie są straszliwie samotni. Nikt nie potrzebowałby grupy wsparcia gdyby miał przyjaciół, prawdziwych, kochanych ludzi, którym może się zwierzyć i wie, że go nie wyśmieją.
    Smutne to. Przykro mi, że Pani tak cierpi. Życzę powodzenia i choć trochę uśmiechu.

    • Cywilizacja Śmierci

      Jeśli nasza potwornie skrzywdzona pani Małgorzata nie ma przyjaciół i znajomych, to znaczy, że jest kimś tak paskudnym, że nikt nie chce mieć z nią nic wspólnego, nawet by skorzystać z jej pieniędzy. Musiała na to naprawdę solidnie zapracować, co bynajmniej nas nie dziwi. Na szczytach sukcesu nigdy nie jest ciepło, granie są oblodzone i wieją ostre wiatry.

  • Benzo

    Wielu komentujących nie ma pojęcia o tym czym jest depresja.
    To jest rak duszy. Całkowite rozwalenie biochemii mózgu. Halber jest jedną z nielicznych osób, która mówi o tym w sposób przystępny. Jest to jej forma terapii, a dla wielu ludzi z tą pieprzoną szmatą na oczach (depresja) szansa na zobaczenie, że nie są sami… Choć to niewiele daje. Jeżeli mówicie o pieniądzach, seymur Hoffman, Robin Williams, Cornell… no idioci, mogli sobie kupić zdrowie, a woleli wąchać kwiatki od spodu. A nie, sorry. Użalali się nad sobą i nie wzięli się w garść.
    Pani Krysia z Biedronki nie mogła wziąć się w garść, bo nie miała kasy… Tak myślą zdrowi. Nie życzę nikomu z czytających depresji. Chyba, że chcecie poczuć jak to jest umrzeć za życia. I na koniec. Dzięki takim jak Wy ludzie w depresji jeszcze bardziej się izolują, bo czują wstyd… bo nie mogą wziąć się w garść. Bo ich mózg nie umie odczuwać przyjemności. Wyobraźcie sobie życie pozbawione tegoż. Przeżywasz tylko sytuacje negatywne, bardzo negatywne, bądź totalnie negatywne. Wygrana w totolotka też nie sprawiłaby radości. Nie wiesz dlaczego tak się dzieje i nie masz na to wpływu. Ta choroba niszczy tzw ośrodek przyjemności. To co daje motywację do życia, a leczenie, nawet najdroższe ma dużo niższe rokowania niż ostre białaczki. Takie są fakty. Większość osób z tego nie wychodzi balansując na krawędzi pomiędzy kolejnymi dawkami prochów, z tymi zgaszonymi oczami i pustką, której nie są w stanie wypełnić nikim i niczym. Witajcie w świecie Zombie.

    • Cywilizacja Śmierci

      Zaiste, tekst pani Małgorzaty ocieka rakiem duszy, rozwaleniem mózgu i śmiercią za życia. Uwierzylibyśmy jej, tyle że mieliśmy do czynienia z osobami mającymi za sobą dziesięciolecia choroby, wielokrotne hospitalizacje, nie przynoszące trwałego efektu. Urocza i zachwycająca osiągnięciami pani Małgorzata nie pasuje do tej kategorii, przypominamy też – nie ma diagnozy. Na razie wiemy tylko (a wiemy, bo nam powiedziała), że cierpi na niezbyt poważne niedogodności, zaburzające jej pełny komfort życia, słusznie należny celebrytce, niewymagany (a nawet niepożądany) u kasjerki z Biedronki.

      • benzo

        Ja akurat walczę z depresją. Pierwsze myśli samobójcze w wieku 11 lat. Dziś mam 36. Nie wiem jak odpowiedzieć na Twojego posta, ale stan posiadania nie ma znaczenia w przypadku tego goowna. Choć zapewne zechcesz zaparafrazować, że lepiej płakać w mercedesie niż w wynajmowanym pokoju w Ząbkach. Lepiej chorować z kieliszkiem szampana, niż z flaszką bimbru przy okolicznych śmietnikach. Jeśli to Ci coś rozjaśni, to przeżyłam obie te rzeczy. Od skrajnej biedy i pustki po pieniądze. I co. Nie wzięłam się w garść. Pewnie w dooppie mi się poprzewracało. Gdy cofam się wstecz czułam się tak samo źle, tylko wtedy myślałam, że to bieda (nie mam, kasy, przyjaciół, ciuchów, a jak będę miała, to będę fajniejsza i życie się zmieni). Zakładałam tysiące masek i gdzieś tam wyżej przeskoczyłam. Niestety psychicznie jestem w tym samym punkcie. Tu nie chodzi o to kim jest ta kobieta i co ma (szczerze mam to gdzieś), tylko, że przyznała się do tego, że TO ma, a większość ludzi wstydzi się przyznać nawet najbliższym, bo Ty raczej jesteś ostatnią osobą, którą można byłoby potraktować jak chociaż cień wsparcia. Nie dlatego, że jesteś zła/zły czy złośliwy. Ty nie rozumiesz istoty tego szajsu. I mówiąc szczerze ja też gdybym dorwała się do pióra opisałabym te wszystkie przeżycia w sposób zabawny. Taki mam sposób narracji, który próbuje maskować ten stan udawania życia. I jeszcze odnosząc się do artykułu, ona pokazuje tym, którzy się wstydzą, że to nie trafia się tylko ludziom skrajnie doświadczonym przez zycie, z domów, w których panowała fizyczna przemoc i inne gorsze horrory, a również dzieje się to tam gdzie panują pozory, ale jak słusznie zauważasz i tą tezę potwierdzasz, tacy ludzie nie mają prawa o tym mówić (bo mają według Ciebie lepiej – jak gdyby to było przedmiotem rozważań) i kółko się zamyka.

      • nonaprawdę

        Skąd ta pogarda? I dla Halber i w sumie dla kasjerki z Biedronki, która rozumiem jest, według pana, na jakimś „drugim biegunie życia”? Trudno zrozumieć depresję, i trudno ją zaakceptować. Otoczeniu, rodzinie, choremu. Takie pieprzenie jak pana, o nieadekwatności i za małym bólu jest głupio okrutne, że szkoda nawet się nad nim pochylać. Kiedy jest wystarczająco boleśnie, drogi panie? Kiedy można się dzielić tym bólem? Kiedy można o tym otwarcie mówić? Zapewniam pana, że milczące kasjerki też wrzeszczą w środku: rakiem, wypaleniem, smutkiem, rozpadem rodziny. Ale o „depresji z Biedronki” (już trzymając się tego idiotycznego podziału) nigdy pan nie usłyszy i dlatego mówienie o tej chorobie w tym kraju takich bezduszników jak pan zawsze będzie miało niestety sens. Bo ostatecznie dotyczy nas wszystkich.

      • Zakupy Iopinie

        A ty nie masz innego celu w życiu niż obnażanie taniej podpuchy pani Małgorzaty? Musisz polec w udowadnianiu jak cwana, bezlitosna i bezwzględna jest pani M.? Ona wyszła i powiedziała jak jest i odniosła sukces, jest darzona sympatią i szacunkiem. To musi strasznie boleć, szczególnie kogoś, kto z całych sił próbuje udawać, że jest super i zayebiście, prawda? Zastanawia mnie to twoje produkowanie się pod tymi artykułami, podejrzewam, że panią Małgorzatę znasz osobiście i po prostu czujesz mega zawiść.

  • Makada

    Chyba znam takie piwnice, gdzie może samemu nie mówi się o emocjach, ale są one uświadamiane, nazywane i współodczuwane. Współodczuwanie oczyszcza. Ta piwnica nazywa się teatr. Polecam.

  • Justyna Ejdukiewicz

    Muszę przyznać że to jest genialne!!! Nie dosyć że sam wpis jest świetną formą wsparcia dając poczucie nie bycia osamotnionym w swoich dołach to jeszcze komentarze, które nadmieniając są lepsze od wpisu, poprawiają faktycznie humor ☺ Pani Małgosia pewnie miała niezły ubaw nieważne czy ma tę depresję czy nie. Ja też miałam. Cywilizacja Śmierci jakbym pisała bloga zaproszę Cię do podbijania mi poczytności ☺ Ps. Polecam z mojej strony terapię BP tj. Dwa razy dziennie po 15 minut czytać Pismo Święte. Terapia nazywa się Bóg Pomaga

  • Maciej Muszalski

    Prywatny osrodek… So fucking sweet. W tym czasie jej kasta dziennikarska i ci panowie Stasiowie umacniali w Polsce system wyzysku,mordując ekonomicznie tysiace Polakow. Ich ofiary nie mogly liczyc na prywatne ośrodki dla rozpieszczonych bogaczy. Biedny pan Stasio z depresja… Posiadłość w Aninie… W tym czasie niezliczone Andrzeje i Marysie zagryzaja z nerwow wargi …”czy znajde prace? Czy starczy na rachunki?”