Małgorzata Halber: Dzielnica w Internecie

Muszę się do czegoś przyznać: obserwacja zapasów i potyczek w internecie dostarcza mi okrutnej rozrywki. Usprawiedliwiam się tym, że starcia retorów w starożytnej Grecji też gromadziły tłumy, mimo że to ugłaskana forma obserwowania bójki na przystanku autobusowym.

Największym źródłem podniety jest dla mnie grupa dzielnicowa na Facebooku. Jedyne kryterium jej doboru to obszar zamieszkania. Nie zainteresowania, nie tropienie losów Magdaleny Żak, nie klub sportowy. Chciałabym zaznaczyć, że większość członków grupy naprawdę cieszy się z działań pomagających usprawnić dzielnicę: szybko rozchodzi się informacja o nasadzeniach drzew, wspólne są radość z otwarcia nowego lokalu lub smutek, że pan od śrubek musiał zwinąć sklep, bo nie wytrzymał konkurencji z wolnym rynkiem.

I tu właśnie zaczynają się różnice światopoglądowe. Na wszelki wypadek pierwszy punkt regulaminu grupy brzmi: „Szanujemy się wzajemnie. Nawet jeśli mamy inne poglądy na dany temat, to nie obrażamy, nie trollujemy, piszemy merytorycznie i na temat”. Nie wiem, jak jest w innych dzielnicach, ale u nas to punkt egzekwowany bezlitośnie. Więc nawet jeśli nie można napisać: „Bardzo dobrze, darmozjad miał beznadziejny asortyment” (nawet gdyby to akurat było merytoryczne), to stworzyć mały flejmik na temat „Zakłady chronione a gospodarka neoliberalna” – można. I ja wtedy robię herbatę i czytam.

Na Facebooku możemy przeglądać hobbystycznie egzotyczne miejsca, poznawać świat malowniczych gifów obsypanych brokatem i słowami „miłego dnia”, wyrzucać ze znajomych kolegę z podstawówki, który publikuje tylko obrazki z Kwejka i ostrzeżenia przed chemtrails, możemy się nawet pokłócić o okładkę „Wysokich Obcasów”. Ale nie zna życia poza bańką ten, kto nie korzysta z grupy dzielnicowej. Bo to, że wśród znajomych macie jednego kolegę prawaka/lewaka (do wyboru) i dwóch trolli, wiosny nie czyni.

Pierwszy raz zdziwiłam się przy okazji muralu ozdobionego krzyżem celtyckim. Informację wrzucił zaniepokojony mieszkaniec U, pisząc, że wiceburmistrz nie widzi w tym krzyżu nic niewłaściwego. Okazało się, że część mieszkańców też. Bańka pękła mi przed twarzą. Jak się domyślacie, dyskusja potoczyła się w oczekiwanym kierunku: „To co, może byście woleli tęczę?”, oraz: „Wolę to niż bazgroły na ścianach”. Post rekordzista z mojej grupy dotyczył święta Halloween i jest dobrym przykładem zagadki logicznej dla młodzieży gimnazjalnej. Mieszkanka Y odmówiła dzieciom słodyczy, tłumacząc, że Halloween nie obchodzi. Skończyła z drzwiami obrzuconymi jajkami. Halloween w kraju będącym przedmurzem chrześcijaństwa jest tematem gorętszym, niż moglibyście się tego spodziewać, post wyświetlał się cały czas, a komentarzy przybywało. Logiczna zagadka, o której wspomniałam, brzmi: jeśli mieszkanka odmówiła słodyczy, to spotkał ją psikus, zgodnie z zasadami gry. No ale – jak pisał Huizinga – gra dotyczy tylko tych, którzy grają, więc jajka na drzwiach są jajkami nieprawymi.

To tylko dwa przykłady, ale jest temat-pewniak, temat-murowany flejm, który mi już nawet niestety trochę się nudzi, ale i tak zawsze sobie chętnie poczytam: wojna rowery vs samochody. Ma różne oblicza. Kierowcy skarżą się na rowerzystów, którzy łamią przepisy i wjeżdżają tuż przed maskę. Matki z dziećmi w wózkach podobnie – narzekają na cyklistów, którzy prawie je potrącili. Rowerzyści skarżą się na kierowców, że chcą miejsc parkingowych, podczas gdy mogliby z trójką dzieci jeździć tramwajami. I jeszcze to oburzenie: jak można sugerować, że możemy być jak Holandia, skoro zimą jest u nas zimno i kto by tutaj jeździł na rowerach? Zawsze zresztą pojawia się Tradycyjny Komentarz: „Widzę, że na profilu tej grupy wyraźnie popiera się stanowisko rowerzystów”. Na szczęście to tylko internet.

Ostatnio koleżanka z innej dzielnicy mówiła mi, że spotkała w windzie stanowczo udzielającego się sąsiada – obrońcę nie do końca bliskich jej wartości i że był bardzo miły. Za jakiś czas może dojdziemy do ideału miast zachodniego świata – rowerzyści, kierowcy i ja razem z nimi będziemy sadzić tulipany w dzielnicowym ogrodzie.

Tekst: Małgorzata Halber


Małgorzata Halber skończyła filozofię na UW, pisarka, rysowniczka i dziennikarka. Obecnie pracuje nad drugą książką po „Najgorszym człowieku na świecie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *