Łobuz jestem – rozmawiamy z Łukaszem Orbitowskim

Foto: Filip Skrońc

Patrz, tam na rogu stoi jakiś młodociany metal w koszulce zespołu, którego zupełnie nie kojarzę. Kurwa, naprawdę się starzeję – z zadumą w głosie mówi wielokrotnie nagradzany, poczytny pisarz, kiedy szwendamy się po warszawskim Powiślu. W tym lakonicznym stwierdzeniu zawiera się większość zagadnień i emocji, o których gadamy przez następne półtorej godziny. Bo najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego nie bez kozery nosi tytuł „Rzeczy utracone. Notatki człowieka posttowarzyskiego”, a poruszane w niej wątki dają ogromne pole do rozmów na tematy tak różne jak internet, bycie fair, słabe książki i Trevor z GTA V.

Po co wydawać bloga na papierze?

Dla pieniędzy! Ale nie tylko, bo w jakiś sposób – być może nazbyt pochlebny wobec siebie – chciałem też, żeby coś z tych wpisów zostało, coś przetrwało i żeby to było czytane. Ilekroć wchodziłem w archiwum mojego bloga i sprawdzałem statystyki, to łatwo można było stwierdzić, że starsze wpisy nie są w ogóle czytane, że jak wrzucam wpis, to on się przez kilka dni czyta, a później kiedy wrzucam nowy, to on zakrywa tamten i mało kto wraca do starszych rzeczy.Ludzie nie przeglądają archiwów, więc pozwoliłem sobie na tę śmiałość, by upomnieć się o dłuższy żywot tych tekstów. I o to – prócz honorarium  –  mi chodziło.

Mnie ta książka skłoniła do zastanowienia się nad tym, czy blog stał się nową formą literacką.

Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale zaryzykuję  twierdzenie, że… nie. Jako mikrobloger – bo mój blog nie jest w żaden sposób wpływowy, jest dla moich własnych czytelników, którzy przyszli tu dzięki książkom, które napisałem, czy programowi, który prowadzę – nie uważam, żeby blog wymuszał jakieś nowe podejście do literatury. Są to krótkie formy, które mógłbym równie dobrze publikować w tygodniku lub pisać na potrzeby takiej książki jak ta, która się teraz ukazała. A co smutniejsze, blog jako miejsce, w którym gromadzą się słówka – moim zdaniem – już przeminął. Nikt normalny nie założy sobie teraz bloga, żeby pisać, bo pisze się statusy na fejsie – które też mogą być długie i literackie – albo robi się nagrywki. Ludzie wolą oglądać, niż czytać. Tak więc cała literatura związana z blogami czy też blogi literackie to była taka efemeryda, która przez ten czas, kiedy ja bloguję – czyli ostatnie 10 lat – zdążyła się pojawić, rozwinąć, zwinąć i teraz jest w kompletnym zaniku. Ja jestem jakimś blogowym dinozaurem. Robię rzeczy, które są zupełnie nieadekwatne i nie zbiegają się z potrzebami dzisiejszych internautów, ale…  nie zwracam na to uwagi.

Wszyscy jednak korzystamy w sieci z nieco innego sposobu komunikacji niż mówiony czy pisany, a oddziwięków tego nowego języka w literaturze raczej próżno szukać.

Jest coś takiego jak wypowiedź internetowa, która charakteryzuje się powolnym odejściem od słowa pisanego. To jest dosyć banalne stwierdzenie, ale tak jest – są emotki, gify, naklejki na messengerze. Ja sam, kiedy mam coś tam prędko wyrazić, to używam obrazków. Jest taki piesek – Mugsy. To jedyna naklejka, której używam, i ja się z nią zżyłem dosyć mocno.Uważam, że przy jej pomocy mogę rzeczywiście oddać moje podstawowe uczucia, bo ten Mugsy ma dosyć dużo zainteresowań – chleje, uprawia sporty, słucha muzyki, czyta książki, zakochuje się, dużo się u niego dzieje.

I możliwe, że takimi Mugsymi będą pisać kolejne pokolenia, bo aktualnym przy  tempie transformacji słowa pisanego za 10 lat ten twój wydrukowany blog może być taką tytułową „rzeczą utraconą” – bardzo dbałą, literacką formą czegoś,czego w internecie już nie będzie, a jedną z niewielu pamiątek po tym będzie właśnie ten tom.

O, widzisz, i tu dodałeś nowe, zaskakujące znaczenie mojej książeczce. Ja nie wątpię, że młode pokolenie, jeśli zechce czytać, to będzie szukało i uprawiało literaturę podług odmiennych standardów, niż ja ją uprawiam. Ale ja z tym nic nie zrobię – nie będę się odmładzał na siłę, nie będę udawał, że myślę internetem, bo z nim nie wzrastałem. Nie mam go wdrukowanego do głowy, jak mają dzisiejsi 15-latkowie. Ja się tego nauczyłem, ale myślę w kategoriach człowieka, który wyrósł na lekturach.

Czy to z lektur wynika twoja dbałość o słowo? Bo jest to – w mojej opinii – swoista cecha dystynktywna młodej, polskiej prozy. Nieważne, czy weźmiemy Masłowską, Dehnela, czy ciebie, wszyscy zdajecie się być rozkochani w kunsztownym konstruowaniu zdań. Skąd – twoim zdaniem -bierze się takie podejście?

Sam nie wiem. Może to swoista kontra do językowego niechlujstwa, które panuje w sieci, ale też w mediach, w prasie. Ale w moim wypadku bierze się to skądinąd – nie jestem najgenialniejszym pisarzem na świecie ani w tym kraju, ale próbuję być najrzetelniejszym. Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę cenę książki, moim obowiązkiem wobec czytelnika jest dostarczenie produktu jak najwyższej jakości. Muszę zrobić wszystko najlepiej jak umiem, bo ludzie płacą niemałe pieniądze za moje książki i byłoby nie fair, gdybym zaczął ich olewać. Tak więc przywiązuję wagę do tej czysto technicznej strony wypowiedzi literackiej i powiem ci więcej – płacę korektorce, żeby mi sprawdzała nawet bloga. Bo choć nie zawsze ona wszystko wyłapie, to ja mam poczucie, że w ten sposób nie przykładam ręki do niechlujstwa językowego, które nas otacza.

Jednocześnie jednak wspominasz często o tym,że pisanie przychodzi ci stosunkowo łatwo.

Tak, łatwo. Te wpisy blogowe trzaskam w 20 minut. To jest kwestia wprawy – ja już się bardzo dużo napisałem i mniej więcej wiem, co chcę osiągnąć. I z powieścią jest tak samo, tylko tu ryzyko jest większe. Bo robisz wpis na bloga i jak on będzie chujowy, to niech sobie będzie chujowy, to nic nie znaczy, jak napiszesz chujowe opowiadanie, to też nic nie znaczy, a jak napiszesz chujową książkę i pomylisz się w tej skali, to…

Na jej podstawie jesteś oceniany.

Dokładnie! Choć wydanie jednej chujowej książki też nic nie zmienia, bo ja wydałem ze dwie chujowe książki, a świat się nadal kręcił. W tym jednak, żeby takich pomyłek uniknąć, pomagają mi ludzie. Żadna moja książka nie powstaje samodzielnie i tak samo mam korektorkę od bloga, to mam swoją redaktorkę od wielu, wielu książek – Joannę Mikę, która akurat „Rzeczy utraconych” nie robiła, ale powieści wszystkie robi i nową napisaną też zrobi. To jest dziewczyna, która ma ogromne doświadczenie, zna doskonale język polski i też nie ma żadnych problemów z powiedzeniem – Łukasz, spierdoliłeś, ten rozdział jest do przepisania, to zdanie jest idiotyczne czy śmieszne, weź je wyrzuć. A poza tym ja też wysyłam książki do beta-czytaczy, później studiuję ich uwagi i z tych wszystkich głosów usiłuję wystrugać tę ostateczną wersję powieści, która później idzie do druku. Bo są ludzie, którzy potrafią napisać książkę, która nie ma wad w pierwszym podejściu. Znam takich – Witek Szostak jest takim człowiekiem, Jacek Dukaj jest takim człowiekiem, ale ja takim człowiekiem nie jestem i musiałem pogodzić się z tym, że niestety żeby moja książka była dobra, muszę prosić ludzi o pomoc. I fajnie, że tę pomoc otrzymuję.

Foto: Filip Skrońc

Skoro wspomniałeś już o tych „chujowych” książkach, chciałbym cię zapytać o swoistą dychotomię w twojej twórczości. Bo w mediach funkcjonujesz jako pisarz, który kiedyś pisał fantastykę i horrory, a później porzucił te „niskie”rejony i stał się „prawdziwym”pisarzem. Pasuje ci taki rozdział?

Ja jestem zbudowany z gówna – z filmów wideo, z literatury groszowej, z gierek na Amigę. Każdy jakoś tam się określa w nastoletniości, tworzy wtedy siebie i później może się ewentualnie tylko trochę ociosać, trochę zmienić. A mnie akurat zbudowało to gówno i… OK, to jest fajne. A że nie uprawiam dziś fantastyki…  Ja nie umiałem jej dłużej uprawiać, nie potrafiłem. Z ogromną chęcią bym dalej pisał o potworach, nawiedzonych domach i duchach, ale okazało się, że bym pisał cały czas tę samą książkę. A jednocześnie okazało się, że mam jakiś dar pisania powieści obyczajowych. Chciałbym pisać o Draculi, a wszyscy wokół mówili mi: Łukasz, nie pisz o Draculi, pisz o tym, co Van Helsing robi, kiedy siedzi w domu i nie goni wampirów. I jak 40. osoba mi powiedziała:  Łukasz, nie pisz fantastyki, pisz książki obyczajowe, to sobie wreszcie pomyślałem – może to jest dla mnie droga, może to muszę robić.

Jest wielu eksperymentalistów, którzy by chcieli nagrywać piosenki, a niejeden piosenkarz chciałby nagrać  freejazzową płytę.

Ja właśnie chciałem robić literackie free jazzy, a teraz  już wiem, że muszę pisać piosenki, bo piosenki mi lepiej wychodzą. Jak zagram solówkę, to uszy bolą, a jak zapuszczam prostą melodię, to się ludziom podoba.

A czy dzisiaj, u progu trzeciej dekady XXI w. ten podział na kulturę wysoką i niską jest nam w ogóle do czegokolwiek potrzebny? Czy jest adekwatny do dzisiejszego obiegu literatury, filmu, czy innych sztuk?

Moim zdaniem to się wszystko zlewa. Zauważyłem, że jest silny związek pomiędzy tym, jakie medium jest nośnikiem treści kulturowych i tym jak jest to oceniane. Najprostszy przykład – gry. Tu się posłużę przykładem gry kontrowersyjnej, ale jestem dorosły,  i mogę w nią grać. Chodzi mi o„GTA V” –tam są takie historie, że klękajcie narody, tam są tak napisane postaci, że ja bym sobie naprawdę za niektóre z nich te dwa palce uciął, może nie całą rękę, ale za tego Trevora czy Clintona te dwa palce idą. To jest fantastycznie napisana gra o czymś i naprawdę życzyłbym wszystkim pisarzom w naszym smutnym kraju, żeby potrafili opowiedzieć taką historię z takimi charakternymi gośćmi. I mamy prawdziwe dzieło sztuki, coś wielkiego, co z racji przynależności do zjawiska, które uchodzi za niskie i jeszcze napiętnowane przemocą, nie dostąpiło właściwego uznania, poza absolutnym rekordem  sprzedaży.

Bo wciąż pokutuje – u nas w kraju szczególnie – ten casus formy.Gry i komiksy,a także literatura czy filmy z łatką klasy B, wszystko to jest traktowane z buta. A ja dużo więcej interesujących mnie intelektualnie kwestii znajduję zwykle w nowym komiksie o Batmanie niż w nowym spektaklu Jarzyny. Choćby taki Cronenberg i jego „Dreszcze” – OK, formalnie jest to kino gatunkowe nie najwyższych lotów,ale…

Można to odczytać jako ostrzeżenie przed odseparowaniem się od społeczeństwa, jako zapowiedź AIDS, jako opowieść o tym, co się z nami dzieje, gdy myślimy tylko tym, co mamy wszyscy między nogami. To jest głęboki, mądry film, którego piękno polega też na tym, że jest tam ten robaczek, który wygląda jak nitka kałowa i robi ludziom straszne rzeczy. I jest to film klasy B, który swój wymową tę klasę wielokrotnie przekracza.

A dodatkowo bije też na łeb na szyję wiele filmów klasy A. To jest też ciekawe, że w tej formie (pop)kultury klasy B można zwykle pozwolić sobie na więcej niż w głównym nurcie. Zgodzisz się ze mną?

Oczywiście. Właściwie można sobie pozwolić na wszystko, bo część ludzi ci nie zrozumie, a część nie potraktuje poważnie. A jak pamiętamy z historii, tylko błazen mógł powiedzieć królowi całą prawdę i przynajmniej u dobrych władców nie spotykała go za to żadna kara.

A ciebie nie kusi czasami, żeby pozwolić sobie na więcej, żeby wsadzić kij w mrowisko, sprowokować czytclników jakimś wywrotowym pomysłem?

Zupełnie nie. Mało tego,ja nawet o mordowaniu już nie chcę pisać, nie chcę, żeby w moich książkach były trupy. Chcę pisać o zwykłym życiu. Bo takie próby prowokowania przypominają branie udziału w wyścigu, w którym nie można wygrać. GG Allin smarował się gównem, bił publiczność i próbował gwałcić  dziewczyny, które  przychodziły  na  jego  koncerty, to co ja  mogę zrobić? Nabokov napisał „Lolitę”, więc co ja mógłbym napisać – powieść o miłości do dwulatka? Nie, nie! Sztuka przekroczeń już się dokonała. Doszliśmy do muru, którego nie przebijemy nawet własną głową, więc nie będę próbował. Może jeślibym wymyślił, jak jeszcze zaszokować, jak połamać te bariery, których nie widzę, bo wszystkie zostały złamane; gdybym zobaczył taką, która się jeszcze ostała, tobym się skusił, bo ja łobuz jestem. Ale tak to nie.

Foto: Filip Skrońc

Ten łobuz pasł się przez lata na metalu, prawda?

Black metal był dla mnie chyba najsilniejszym doświadczeniem formującym, bo ja się załapałem na tę pierwszą norweską falę – miałem 15 lat, a oni wtedy palili tam kościoły, zabijali się nawzajem i ja myślałem, że to są prawdziwe diabły z jakiejś skandynawskiej krypty. A to przecież były dziecioki, synki po 16 lat, co się nagrali w RPG i nienawidzili tego ładnego i spokojnego, opresyjnego w taki aksamitny sposób społeczeństwa norweskiego; i chciały draki. Ale za tym buntem stały tylko… bunt i energia, nic więcej.

Mocno ambiwalentny masz stosunek do tego nurtu, którego insygnia nosisz zwykle na koszulkach.

Nie mogę mieć innego, bo żeby być starym, 40-letnim metalowcem, musisz jednak nazwać po imieniu tę całą metalową głupotę. To są goście, którzy noszą skórzane spodnie, malują sobie ryje i wrzeszczą o diable czy o smoku albo o tym, żeby laskę przerzucić przez rumaka i pogalopować do Mordoru. To trzeba zaakceptować. Bo jak byłem młodym metalowcem, to mi się wydawało, że to jest wielka, głęboka sztuka, a… nie jest. I jeśli kupujesz to z całą tą przaśnością, naiwnością i serduchem, to wszystko jest OK, tylko trzeba sobie jasno powiedzieć, że ambicje intelektualne tej muzyki są najczęściej żadne, albo ewentualnie bardzo dobrze skrywane. To nie jest muzyka, która powie ci cokolwiek o złożoności tego świata czy złożoności przeżyć. Nie, to jest muzyka, która ci mówi, że trzeba dziabnąć smoka w dupę dzidą.

A tęsknisz niekiedy za tymi czasami, kiedy uważałeś, że to wielka, głęboka sztuka? Bo to też chyba trochę taka „rzecz utracona”…

Nie, ja nie tęsknię za młodością. Mogę tęsknić za ludźmi, za jakąś taką naiwnością w sobie – za czymś, co możemy nazwać czystością serce, którą miałem i którą w naturalny sposób utraciłem tak jak wszyscy, którzy stykają się ze światem i przynajmniej trochę myślą.

 

Rozmawiał: Filip Kalinowski 

Foto: Filip Skrońc 

 

Łukasz Orbitowski – 40-letni pisarz urodzony w Krakowie, a pomieszkujący od tamtej pory we Wrocławiu, Warszawie czy Kopenhadze. Debiutował w magazynie „Science Fiction” i przez lata był kojarzony głównie przez miłośników takich gatunków jak fantastyka naukowa czy horror. Wraz z kolejnymi powieściami, które publikował – a ma ich na koncie już kilkanaście – jego styl i zainteresowania coraz bardziej ciążyły ku powieści obyczajowej. Jest laureatem Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska” oraz Paszportu „Polityki”, autorem programu „Dezerterzy” w TVP Kultura, a także – a być może przede wszystkim – metalem z dumą noszącym insygnia swojej muzycznej fascynacji.

Foto: Filip Skrońc

  • Karodziejka

    Fantastyka naukowa? coś przeoczyłam w twórczości Łukasza?