Leon Bridges – Coming Home


Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /home/valkea/domains/aktivist.pl/public_html/wp-content/themes/aktivist/inc/single-rating.php on line 30

Głowa paruje od upału. Muchy usiłują utopić się w dzbanku z kompotem truskawkowym, a cała Polska jest chyba jednym wielkim piekarnikiem. Jakimś dziwnym trafem do tego obrazka jak ulał pasuje debiutancki krążek Leona Bridgesa.

Jeśli chcecie, żeby rzeczywistość zwolniła jeszcze bardziej i dostosowała się do rytmu rozklekotanych stalowych wiatraków, które znamy z barów mlecznych, to wygooglujcie jego płytę już na tym etapie czytania. Młodzian z Teksasu to kolejny chłopak, który wierzy, że w czasach Snapchata i przebojów za milion dolarów z muzyki można wykrzesać choć odrobinę magii – dla ludzi w jego wieku kojarzącej się chyba tylko ze starymi amerykańskimi filmami. O moment wyprzedzili go fantastyczni Nick Waterhouse oraz Curtis Harding. Ci dwaj zawodnicy skupili się jednak głównie na rock’n’rollu i klasycznym r’n’b.

Leon sięga jeszcze głębiej i wskrzesza klasyczny soul z elementami gospel, dzięki czemu zabiera nas w podróż do epoki, kiedy przemysł muzyczny dopiero raczkował, a świat jeszcze nie spodziewał się nadejścia tsunami o nazwie Elvis. Lata czterdzieste, upalne południe, rozśpiewane kościoły, szafy grające. Świat, który znamy z czarno-białych fotografio, ożywa w tych dźwiękach. Gdyby nie czyściutka jakość nagrań, to można by się nabrać i dojść do wniosku, że Leon urodził się nie w 1989, lecz w 1935 roku. Ktoś tam nawet powiedział, że Bridges to młody Otis Redding. Ja nie lubię takich porównań, bo te kilkadziesiąt minut muzyki pokazuje, że 26-letni Leon to prawdziwy zawodowiec i ma o wiele większe ambicje niż zrzynanie z legend. Ameryki co prawda nie odkryje, choć dla większości młodych słuchaczy spotkanie z tym albumem może być sporą rewolucją i przygodą. Wyczyśćcie ray-bany i wstawcie poncz do lodówki. Upał upałem, ale w tym roku bawimy się z klasą!

Leon Bridges
„Coming Home”
Columbia Records

 

Zobacz także:

Florence and The Machine – How Big, How Blue, How Beautiful

To były bardzo długie cztery lata dla fanów Florence Welch. I zapewne dość nerwowe. Bo czy rudowłosa Brytyjka mogła nagrać trzecią, równie dobrą jak dwie poprzednie płytę?Teraz wiemy już, że mogła. Ba, nawet lepszą! Albumu słucha się doskonale od pierwszych do ostatnich sekund. Czytaj więcej>>

A$AP Rocky – At Long.Last.A$AP

Rap gra nigdy nie była zbyt przyjazna dla ludzi skromnych, cichych i nieśmiałych. Od pierwszego singla – data premiery utworu „Rapper’s Delight” uznawana jest za symboliczny początek całego hiphopowego ruchu – MCs prężyli się przed mikrofonami… Czytaj więcej>>

Giorgio Moroder – Déjà Vu

Na „Déjŕ Vu” otoczył się wianuszkiem wokalistek młodszego (Sia, Charlie XCX) i nieco starszego (Kylie Minogue, Britney Spears) pokolenia, które miały wzbogacić charakterystyczne kompozycje pioniera IDM. Niestety, chyba trochę przedobrzyły. Czytaj więcej>>

1 komentarz

Dodaj komentarz

-->