„Le Mans ‘66” – recenzja

Na przełomie lat 50. i 60. szefowie amerykańskiego Forda nie mieli zbyt wielu powodów do optymizmu. Powojenne pokolenie wczesnych baby boomers uważało te auta za zbyt kanciaste i powolne, by sprawdziły się w czasach szybkiego rozwoju technologii. W skrócie: fordami jeździli rodzice.

Tymczasem w Europie dokonywano rzeczy absolutnie niewyobrażalnych, pokonując kolejne granice prędkości, wychodząc poza ustalone ramy nowoczesnego dizajnu. To, co w tamtym czasie robił koncern Ferrari, było zupełnie nieuchwytne dla praktycznych Amerykanów stawiających na prostotę i walory użytkowe. Okazało się jednak, że nie da się jednocześnie zarabiać dużych pieniędzy i w ogóle nie inwestować w nowe pomysły. Ford musiał zmienić taktykę. Pierwszym krokiem nowej strategii było zbudowanie auta, które miało dorównać pojazdom Ferrari na torze wyścigowym, ale pochodziłoby z amerykańskiej ziemi. Do tego trudnego zadania wytypowano dwóch niepokornych konstruktorów – wizjonerów z dość niekonwencjonalnym podejściem do sztuki: Kena Milesa i Carolla Shelby’ego (Christian Bale i Matt Damon – obaj genialni!).

Historia kocha takie pojedynki – dynamiczne, zażarte, fascynujące. „Le Mans ‘66” to klasyczny crowd-pleaser w najlepszym rozumieniu tego słowa – szybki, inspirujący, fenomenalnie napisany, zagrany i zmontowany. Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty i przynosi ogromną satysfakcję. Wspaniałe, pełnokrwiste kino – nie tylko dla wielbicieli szybkich samochodów.

Tekst: Magdalena Maksimiuk

„Le Mans ‘66”
reż. James Mangold
USA 2019, 152 min
Imperial
premiera: 22 listopada

-->