Lawitsef, czyli festiwal z drugiej strony

źródło: Shutterstock

Kalosze, siedem powerbanków i płyn antybakteryjny spakowane. Sucha zaprawa w postaci codziennego półmaratonu wzmacniającego nogi zakończona. Lata mijają, line-upy ewoluują, gastronomia na miejscu coraz bardziej zaskakuje (na plus!).  Nie zmieniają się właściwie trzy rzeczy – odległości pomiędzy scenami, smak wygazowanego piwa i to, że co roku w okolicach czerwca gorączkowo poszukujemy noclegu na Open’era, a potem, też na ostatnią chwilę, na Taurona, Audioriver i OFF-a. Zanim przekroczymy festiwalową bramę i zorientujemy się, że koncerty jeszcze się nie zaczęły, a nam już udało się pogubić wszystkich znajomych, postanowiliśmy przyjrzeć się festiwalom od kuchni i porozmawiać z ludźmi, którzy teren Babich Dołów, Służewca czy Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice” znają lepiej niż odwiedzająca je corocznie publiczność.

– Po co się to robi?
– No jak to po co? Oczywiście dla pieniędzy! – śmieje się Adam, kierownik grupy nagłośnieniowej w firmie, która obsługuje największe festiwale muzyczne w Polsce. – A tak już poważnie, to chyba chodzi o sposób życia, który mi odpowiada. Fajnie jest dawać zadowolenie innym, bo przecież nie nagłaśniamy koncertów dla siebie, tylko dla publiczności. W ekipie pracują dwa typy ludzi: jedni to pasjonaci muzyki, którzy grali w zespołach i na co dzień chcą mieć do czynienia z instrumentami, a druga to świry elektroniczno-komputerowe. Taka praca sprawia im przyjemność, bo stykają się z technologią, procesorami i oprogramowaniem – tłumaczy.

Ekipa nagłośnieniowa przyjeżdża na teren festiwalu na dwa-trzy dni przed jego rozpoczęciem. Montują cały system w czterdzieści osiem godzin. Adam odpowiada za to, żeby właściwy sprzęt znalazł się na terenie festiwalu i żeby każdy z członków ekipy wiedział, co ma robić. Z tym ostatnim na ogół nie ma problemu, co innego ze sprzętem. Na kilkudniowy festiwal wyjeżdżają dwa TIR-y wypełnione kolumnami, konsoletami, kablami, wyciągarkami i mikrofonami. – Zdarza się zapomnieć czegoś z magazynu albo że urządzenie przestanie działać na miejscu. Wtedy mamy pożar w burdelu, trzeba łapać za telefon i dzwonić – mówi Adam.
– Do kogo?
– Pracuję w tej branży kilkanaście lat, więc znamy inne firmy nagłośnieniowe, studia radiowe i telewizyjne. Pamiętam, że kiedyś nie wziąłem na koncert do Kołobrzegu stageboxa. To urządzenie, które zbiera wszystkie sygnały dźwiękowe ze sceny. Niewielkie, bo zmieści się do bagażnika w samochodzie, ale bez niego nie zagramy. Środek wakacji, weekend, więc wszystkie firmy nagłośnieniowe pracują, a ja musiałem znaleźć kogoś, kto mógłby je pożyczyć – wspomina. Po kilku telefonach okazało się, że sto kilometrów dalej jest jeden człowiek, który ma drogocenną skrzyneczkę, więc pożar udało się ugasić. Oprócz awarii, które wynikają z roztargnienia czy zapominalstwa, są takie, na które eki-pa nagłośnieniowa nie ma wpływu.

Bywa, że mikrofon psuje się w trakcie koncertu albo że nagle jeden z kabli zaczyna przerywać. – To walka z czasem. Ekipa rzuca wszystko i biegnie naprawiać awarię, ale staramy się nie wpadać w panikę. Z doświadczeniem nabierasz pewności siebie i przestajesz przeżywać rzeczy, na które nie masz wpływu. Jak zaczynałem pracować w tej branży i jakiś kabel przerywał w trakcie koncertu, potrafiłem przeżywać to rok. W moich oczach ta wpadka, na którą nie mieliśmy wpływu, decydowała o tym, że koncert się nie udał – tłumaczy Adam.

Zdarzają się też nieoczekiwane zdarzenia, które nie wynikają ani z błędu człowieka, ani z zawodnej technologii. – Kilka lat temu na festiwalu występował Tricky i wykonywał cover Beastie Boysów. W pewnym momencie zaprosił wszystkich ludzi z widowni na scenę. Po prostu kazał ochroniarzom się rozstąpić i wpuścić publiczność. Chętnych oczywiście nie brakowało, a przecież sprzęt na scenie jest warty niemało. Rzuciliśmy się z całą ekipą na scenę, żeby ochraniać mikrofony, kable i konsolety. Było trochę adrenaliny – wspomina. Kiedy zaczynał pracować w branży, słuchał ciężkich brzmień – głównie metalu i rocka. Przez długi czas nie chodził prywatnie na koncerty i nie słuchał w domu żadnej muzyki, bo miał dość.
– Z czasem się przyzwyczaiłem do innych gatunków, ale początkowo nawet nie mogłem ich słuchać. Ale w pewnym momencie zauważyłem, że w każdym nurcie jest coś fajnego. Ba, teraz nawet wolę nowe zespoły od tych, którymi jarałem się kilkanaście lat temu. Nie chce mi się już siedzieć na zespołach, których słuchałem od dziecka, bo często bywa tak, że ich koncert jest słaby, a ja czuję się rozczarowany – mówi.

Adam i ekipa nagłośnieniowa przez większość festiwalu siedzą na backstage’u, więc często podwieszają pod sceną hamaki, rozstawiają lodówki turystyczne, grillują. – Spędzasz tam całe dnie, od porannej próby do koncertów późną nocą. Musisz mieć przestrzeń, w której możesz odetchnąć – mówi Adam. Pytam, ile ma autografów w swojej kolekcji. – Nie zbieram… No dobra, mam jeden, ale to wyszło przypadkowo. Ronnie James Dio. Akurat stałem przed Torwarem, podjechała jego limuzyna i zobaczyłem, że podchodzi do niego jeden chłopak, robi sobie z nim zdjęcie i Ronniemu to nie przeszkadza. Też podszedłem i podpisał mi się na identyfikatorze backstage’owym. Ale to wyjątek, bo nie spoufalamy się z artystami. Pokonują tysiące kilometrów, też są ludźmi i mogą mieć gorszy dzień, nie można ich zamęczać. Niektórzy menedżerowie zespołów w trosce o nich ewakuują scenę przed próbą i koncertem. Nikt z obsługi nie ma prawa na nią wejść podczas występu. A potem ci sami artyści przychodzą do nas w porze obiadowej, żeby pożyczyć przyprawy do grilla albo grają z nami na backstage’u w ping-ponga. Bywa różnie – mówi Adam.

Na patrolu najtrudniej

– Zdarzają się tacy, którzy pracują na festiwalu, lubią artystę, który na nim gra, i po skończonym występie lecą po autograf. Ja tego nie robię. Ochrona jest od ochrony, a nie od tego, żeby pstrykać sobie zdjęcia z gwiazdami. Byłem na festiwalach, gdzie grały zespoły, których słucham na co dzień, ale kiedy jestem na służbie, to kompletnie nie interesuje mnie to, co się dzieje na scenie – mówi Marek, który pracuje przy festiwalach muzycznych jako ochroniarz. Praca służb zabezpieczających zaczyna się od spotkania kierownika grupy z organizatorem, na którym ustalane są szczegóły dotyczące imprezy. Jak wie każdy doświadczony festiwalowicz, na teren, poza przedmiotami niebezpiecznymi, nie można wnieść swojego alkoholu ani napojów w szklanych butelkach. – Ale organizator na swoją odpowiedzialność decyduje, czy na bramkach ma być dokładne przeszukiwanie, czy niektóre elementy można sobie odpuścić i przymykać oko – mówi Marek. Nie dziwi więc, że po skończonym dniu festiwalowym często w okolicach sceny walają się małpki po opróżnionych napojach wysokoprocentowych (chociaż zdarzają się też półlitrowe flaszki rekordzistów).

Teren festiwalu jest rozplanowany i podzielony na tzw. posterunki, czyli miejsca, w których będą przebywać ochroniarze. – Przydziela się ludzi w zależności od tego, jakie mają doświadczenie i kwalifikacje. Najgorzej jest zawsze na patrolu, bo trzeba cały czas być skoncentrowanym, ale dla mnie to duża adrenalina. Lubię to. Patrole chodzą między ludźmi w tłumie i reagują na bijatyki i awantury. To wszystko pięknie wygląda na telebimach, ale w rzeczywistości niebezpieczne sytuacje to standard. Ochroniarze, którzy stoją z boku, przy scenie albo przy wyjściach ewakuacyjnych, cały czas obserwują tłum i jak coś się dzieje, dają znać patrolowi. Wystarczy spojrzeć na człowieka, na jego zachowanie, gesty. Od razu widać, z kim będzie problem – tłumaczy Marek. Większość wykwalifikowanych ochroniarzy to zamknięta grupa ludzi. – Jeżeli sam jadę ochraniać koncert, festiwal czy wydarzenie sportowe i mam kogoś, kto się nadaje: fizycznie, psychicznie i ma kwalifikacje, to go ze sobą biorę. Chodzi o to, że muszą ze sobą pracować ludzie, którzy się dobrze znają i sobie ufają. Pracujemy w różnych firmach ochroniarskich, ale często jest tak, że spotykamy się praktycznie na każdej większej imprezie w Polsce – mówi Marek. Pytam o uczucie, które wiąże się ze skończonym festiwalem. – Jest czas na analizę. Mamy megasatysfakcję, jeśli nic poważnego się nie stało: nikt nie został pobity, nie była potrzebna karetka, a wszystkie incydenty, nawet jeśli były, zostały zlikwidowane w zarodku. Poza tym jest ogromne zmęczenie, bo często śpi się po parę godzin na przestrzeni kilku dni. Zwykle następnego dnia trzeba iść do normalnej, „dziennej” pracy, więc trzeba się chwilę przespać w drodze do domu i od rana do roboty – mówi Marek.

Zagraj w grę, żeby sprzedać piwo

– W momencie, w którym otwierają się bramy festiwalu, wszyscy musimy być na swoich stanowiskach. Wiadomo, że trudno sobie wyobrazić, żeby ludzie od razu po przekroczeniu bramy lecieli po piwo, a nie pod scenę, ale trzeba być przygotowanym – mówi Magda, która pracowała jako barmanka w festiwalowej strefie gastronomicznej. – To jedna z piękniejszych rzeczy: nasz namiot z piwem był postawiony pomiędzy bramą, przez którą wchodzili ludzie, a główną sceną. Punkt 15 otwierają wejścia i obserwujesz wyścig nastolatek w wiankach, które pędzą do sceny, żeby zająć najlepsze miejsce na koncert, który zacznie się dopiero za parę godzin – mówi Magda. Na kilka dni przed festiwalem okazało się, że nie będzie mogła pracować, jeśli nie dostanie specjalnego certyfikatu, który pozwala sprzedawać alkohol. Można go dostać po rozwiązaniu specjalnego testu-gry na stronie policji. – Był niełatwy! Rozpoznawało się wiek osób na podstawie zdjęć. Jeśli ktoś wyglądał na mniej niż trzydzieści lat, trzeba było wybrać opcję poproszenia o dowód osobisty. Rozwiązywałam test półtorej godziny, bo każdy błąd zerował punkty, a trzeba było ich zebrać sporo – mówi Magda.

Najważniejsza rzecz, kiedy stoi się za festiwalowym kranem? Krem do opalania z filtrem i wygodne buty. – Ponad połowa ekipy po pierwszym dniu wyszła spalona słońcem. Jakoś nikt z nas nie wpadł na to, że na nasz namiot świeci pełne słońce od 15 do 21, więc drugiego dnia krem był na wagę złota – mówi.
Magda nie przepada za muzyką serwowaną w festiwalowej formie, więc nie przeszkadza jej to, że musi stać za kranem z piwem, podczas gdy inni bawią się na koncercie. – Moja znajoma, która jeździ regularnie na festiwale, powiedziała mi, że strasznie mi zazdrości, bo zawsze chciała lać piwo na festiwa-lu. A to w dużej mierze nuda, bo tam, gdzie pracowałam, nie było tłumów w trakcie koncertów. Nie możesz czytać ani korzystać z telefonu, więc niektórzy próbują spożytkować czas w inny sposób – tłumaczy Magda. Dlatego niektórzy barmani ustawiają piramidy z plastikowych kubków, a inni wymykają się (oczywiście za zgodą menedżera) na koncerty swoich ulubionych zespołów. Muszą jedynie wrócić, zanim koncert się skończy, więc bisów słuchają zza kranu.