Laraaji – muzykoterapia za pomocą cytry i klawiszy Casiotone

Zachodnia cywilizacja, coraz częściej wegetariańska lub wegańska, rozciągnięta na jodze, stoi dziś u progu nowego new age’u.

I choć większość jej współtwórców przyznaje, że praktyki te wprowadza w życie jedynie z powodów zdrowotnych, to metafizyka – jak to ma w zwyczaju – znów niepostrzeżenie wkrada się w nasz zracjonalizowany, przebadany na wylot świat. Kolejny cykl się zamyka, a przekarmiony materializmem człowiek ponownie szuka tego, czego nie jest mu w stanie sprzedać żaden hipermarket.

W tym samym czasie Edward Larry Gordon – znany lepiej jako Laraaji – rechocze pewnie wniebogłosy w którymś z amerykańskich aśramów, zwija się na macie i daje wyrazy swojej radości. Nie cieszy się on jednak z tego, że jego pobratymcy weszli w końcu na słuszną drogę, ale uprawia codzienną medytację śmiechu. Amerykański muzyk we wczesnych latach 70. odkrył filozofię Wschodu, co skłoniło go do przewartościowania swojego życia i wymienienia gitary akustycznej na cytrę. Od tamtej pory oddawał się praktykom duchowym i grywał w Nowym Jorku na ulicach, gdzie w 1980 roku jego minimalistyczne transowe kompozycje usłyszał Brian Eno.

Prekursor ambientu powierzył swojemu „odkryciu” trzecią płytę własnej gatunkotwórczej serii („Ambient 3: Day of Radiance”), a Laraaji, w głębokim poważaniu mając karierę muzyczną, nadal zajmował się sprawami ważniejszymi niż listy sprzedaży i trasy koncertowe. Nadal też wydawał własnym sumptem kasety, które nagrywał podczas swoich występów w parkach Brooklynu i Manhattanu, a następnie oprawiał w samemu przygotowywane rysunki i opisy.

laraaji_medium_image

Nikły one zwykle w zalewie newage’owej, muzakowej papki, którą nawet po nadejściu jesieni wolności dystrybuowały wszystkie, najmniejsze nawet hinduskie sklepiki w Stanach. I pośród koralików, kadzidełek i innych durnostojek przepadłyby one pewnie na zawsze gdyby nie Matthewdavid, kurator elektronicznego sublabelu wytwórni Stones Throw – Leaving Records. „All in One Peace”, wydane w formie kasetowego boksu reedycje nagrań z lat 1978-1983, jeszcze kilka lat temu byłyby jedynie fonograficznym kuriozum. Dziś jednak, w erze bio, eko i… thc, mają szansę trafić do szerszych rzesz słuchaczy, szczególnie że uwagę zwrócił na nie jeden z ciekawszych przedstawicieli kalifornijskiej sceny bitowej.

Ponad trzy godziny muzyki, nagrywanej za pomocą zelektryfikowanej cytry, cymbałów czy klawiszy Casiotone MT-70, od większości dźwiękowych popłuczyn mających na celu zbalansować energię naszych czakr odróżnia aranżacyjna dbałość, perkusyjna dezynwoltura i namaszczenie, z jakim Laraaji podchodził do muzyki. Sam wspomina zresztą, że tony prowadziły go często w rejony, o których istnieniu nie miał pojęcia. To, czy wskażą one szlak również dzisiejszym, usieciowionym, cynicznym neohipisom, okaże się dopiero za kilka lat. Podobnie jak joga te kompozycje mają tendencje do tego, by poza ciałem wpływać również i na psychikę.

Laraaji
„All in One Peace”
Leaving Records

Zobacz także:

The Maccabees – Marks to Prove It

Ten londyński kwintet zawsze był raczej obietnicą niż jej spełnieniem. Grają od dziesięciu lat, ich oficjalny debiut pojawił się na rynku, gdy nowa rockowa rewolucja właśnie wydawała agonalne tchnienie, co wtedy budziło obawy o sens istnienia kolejnej gitarowej kapeli. Czytaj więcej>>

Pete Rock – PeteStrumentals 2

Grubo ponad dekadę temu, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem, ilekroć zdarzył mi się przypływ gotówki, wydawałem ją na winylowe single z rapem. Nie po to jednak, żeby skreczować, nagrywać mixtape’y i cieszyć się szacunkiem ziomków oraz umizgami dziewcząt, bo jestem wielki pan DJ, ale po to, żeby słuchać podkładów. Czytaj więcej>>

1001 gramów – reż. Bent Hamer

Nowy film reżysera kultowych „Historii kuchennych” i ekranizacji powieści Charlesa Bukowskiego „Factotum” – tym razem o fizyce, wzorcu z Sèvres i uczuciach. Czytaj więcej>>

Dodaj komentarz