Lana Del Rey – Honeymoon

Trzeci album Lany Del Rey to rzeczywiście miesiąc miodowy. Człowiek w ogóle nie ma ochoty wychodzić z sypialni, nie ma zresztą na to siły, bo przy tak płaskich melodiach jedyne na co ma ochotę to sen.

Nie zrozumcie mnie źle, chętnie przyłączę się do chóru zachodnich krytyków i napiszę, że to najdojrzalsza produkcja Amerykanki. Drugi po „Ultraviolet” krok w stronę muzyki znacznie poważniejszej, niebłahej i niedającej się zamknąć w trzech instagramowych hashtagach. Mamy tutaj godzinny materiał, pięknie zaaranżowany i wyprodukowany. Pełen świecidełek utrzymanych w bardzo dobrym stylu, który przywodzi skojarzenia z muzyką filmową. Powłóczyste partie smyczkowe, minimalistyczna gitara i pianino zanurzone w miękkich syntezatorach – to wszystko jest nienachalne, pełne gracji i zwyczajnie bardzo dobrze wyprodukowane. Do tego nad całością ciągle unosi się popkulturowy duch Stanów, przy czym żonglerka konwencją nie jest tak banalna i wulgarna jak wcześniej. Jeśli na „Born to Die” Lana pozowała aż za bardzo, to na „Honeymoon” wie, czym są proporcje, i nie wypada zbyt kabareciarsko.

Problem zaczyna się, gdy samo cieszenie się ozdobnikami i klimatem nam już przestanie wystarczać i zaczniemy ogarniać całość. Dziewczyna w tym momencie wywala się jak nigdy wcześniej. To jest zwyczajnie słaby pop, bez refrenów i zapadających w pamięć fragmentów, bez krzty konkretnej melodii. Wszystkie pozy i mrugnięcia w kierunku starszej publiki trafią do fanów Dido lub innych wykonawców pozycjonowanych przez marketerów wielkich wytwórni w zakładce adult pop. Ja tego nie kupuję i jest mi nawet przykro, że piosenkarka, która potrafiła wzbudzić emocje u wszystkich, teraz zaczyna nagrywać muzykę – najładniej to ujmując – kawiarnianą.

Lana Del Rey
„Honeymoon”
Universal Music Polska

Zobacz także:

Marsjanin – reż. Ridley Scott

Ridley Scott przystępując do realizacji „Marsjanina”, znał już podobno rewolucyjne doniesienia NASA o obecności wody na Czerwonej Planecie. Czyżby twórca miał też przecieki o planowanym podboju Marsa, a jego nowy film tę konkwistę antycypował? Czytaj więcej>>

FIFA 2016

Od prawie dwóch dekad nie było roku, w którym nie spędziłbym wielu upojnych nocy z kolejną odsłoną „Fify”. Czasami zdarzało mi się ją zdradzać z „Pro Evolution Soccer”, ale prędzej czy później do niej wracałem. Grałem na PC, macu, Xbox 360, wszystkich PlayStation. Czytaj więcej>>

W piwnicy – reż. Ulrich Seidl

Nastrojowa sala tortur, w której przy świecach małżeństwo sado-maso zacieśnia więzy i przekracza granice bólu. Prywatne muzeum pamiątek po nazizmie, z obowiązkowym portretem Führera – idealne do spotkań towarzyskich. Czytaj więcej>>

Dodaj komentarz