Lady M. – Krwawa lady

W pierwszej chwili najbardziej zaskakujące jest to, że film bez gwiazdorskich nazwisk w obsadzie i z debiutantem na reżyserskim stołku okazuje się tak angażujący i dojrzały. Jeszcze kilka miesięcy temu, przed premierą na festiwalu w Toronto, o tym projekcie nie było wiadomo zupełnie nic. Potem nagle i niespodziewanie „Lady M” stało się tematem żywych dyskusji. Co jest w filmie Oldroyda takiego niezwykłego, że według wielu widzów i krytyków jest rewelacją i czarnym koniem sezonu? Po pierwsze: świeżość. Chociaż dramatów kostiumowych o nieszczęśliwych młodych żonach i ich mężach brutalach powstały setki, to akurat w tej nieszczęśliwej młodej żonie (fenomenalna 20-letnia Florence Pugh) drzemią pokłady nieposkromionej siły i magnetyzmu. To one pozwalają jej zawładnąć ekranem od pierwszej do ostatniej minuty, nawet kiedy bez ruchu siedzi w sztywnych krynolinach. Po drugie: surowość i pierwotny brutalizm. Szykowne kostiumy, ozdobne wnętrza, wytworne posiłki nie robią na Katherine wrażenia. Dobrze czuje się głównie na wrzosowiskach, a w przygnębiających, dusznych wnętrzach bywa wyłącznie z konieczności. To zupełne przeciwieństwo klasycznych angielskich róż – dumnych i bladych, płoniących się na widok kawalera. Po trzecie: feminizm w wersji indie. Kino kostiumowe jest zwykle bardzo zachowawcze, jeśli chodzi o ukazywanie pozycji kobiety w społeczeństwie. Ślady niezależności są prędko ściskane ciasnym gorsetem konwenansów i dobrego wychowania. Film Oldroyda wymierza cios sztywnym zasadom, łamiąc je bezpardonowo i z hitchcockowską precyzją. Jeśli wciąż żywo w pamięci macie budzące się uczucie Elizabeth i Marka z „Dumy i uprzedzenia” albo pełne pasji ukradkowe spojrzenia Margaret i Johna Thorntona z „Północy i Południa” – nie szukajcie „Lady M” zbyt gorliwie. Ta lady jest bardziej gore. [Magdalena Maksimiuk]

obsada: Florence Pugh, Cosmo Jarvis, Naomi Ackie

Wielka Brytania 2016, 89 min

M2 Films, 30 czerwca