Kuchenne abnegacje – felieton i przepis na śniadanie.

Każdy dobry felieton zaczyna się od truizmu. Oto mój – żyjemy w bańce. Wiemy tylko tyle, ile wyświetla nam się rano na newsfeedzie. Otaczamy się podobnymi ludźmi w pracy i po pracy. Szczęściarze mają rodziców, którzy myślą podobnie – reszta stara się wpadać do domu tylko na święta i dużo pić. Czasem obrywamy od kogoś po twarzy innym zdaniem. Jeśli nie chce nas nawracać można wzruszyć ramionami i uznać go za sympatycznego wariata. Każde miasteczko takiego ma. Jeśli jest waleczny – odcinamy. „Przestań obserwować” ze skutkiem natychmiastowym.

Do rzeczy. Chodzi o to, że mój neewsfeed i instagram wpędza mnie od lat w kompleksy. Taki newsfeed może Cię pogrążyć w różnych dziedzinach. Zależy od dnia i pogody (ducha). Gdybym zaczęła pisać o tym, jak śledząc od lat ścieżki rozwoju zawodowego moich dalszych znajomych zapadam się w sobie kawałek po kawałku, prawdopodobnie za 150 znaków musiałabym zakończyć ten tekst oraz żenujące przedsięwzięcie zwane moim życiem. Ale instynkt samozachowawczy działa. Będzie o kompleksach związanych z jedzeniem.

Analizuję Facebooka, instagram i tworzę listę moich kuchennych abnegacji. Na całym bożym świecie nie ma mojego znajomego, który miałby tak samo jak ja. Wszyscy są hiperaktywni, ich doby trwają 72 godziny oraz nie kończy im się hajs. Nigdy. Nieświadomie spośród takich ludzi rekrutuje swoich znajomych. Coś jednak nie tak z tym instynktem.

Po pierwsze – nie bywam na mieście. Nie mam czasu, jeśli mam, to śpię. Jeśli nie śpię, to idę tam, gdzie byłam. Kiedy w końcu podejmuję wysiłek i spisuję sobie wszystkie miejsca, które wszyscy już widzieli, okazuje się, że już się zamykają. Nie przeszkadza mi to, jako osobie o wybitnych osiągnięciach w ściemnianiu, poprowadzić w razie potrzeby kilkuminutowej wymiany zdań na temat menu w każdym z tych miejsc, wygłosić paru podłych uwag o poziomie obsługi i podeliberować jałowo o tym, jakie ma szansę na utrzymanie się na rynku. Bez zająknięcia. Try me.

Po drugie – moje śniadanie to resztki kolacji z dnia poprzedniego. Serio. Czas i ochotę na śniadanie z instagrama mam jakieś cztery razy w roku. Jeśli idę do pracy – nie jem. Jeśli mam wolne, to mam kaca. Wtedy miły pan w czerwonej kurtce przywozi KFC.

I, kiedy tak scrolluję w dół ekranu, wiem, że jestem z tym wszystkim sama. I nawet jeśli czasem widzę u Ciebie na wallu nadryzioną nóżkę Kentucky – wiem, że wstawiłeś to ironicznie.

Raz w roku zdarza się, że nie mam kaca, mam wolne i wstaję na tyle wcześnie, żeby zrobić sobie coś pomiędzy śniadaniem, a obiadem, czyli to:

Dorsz z awokado na czarnej soczewicy (plus jajko w koszulce. Jajko = śniadanie.)

Składniki :

120 g dorsza

150 g czarnej soczewicy

1 limonka

10 g kolendry

1 dojrzałe awokado

płatki chilli

1 jajko

1 łyżka octu

olej arachidowy

Soczewicę gotujemy aż zmięknie.

Dorsza przyrządzamy na parze – skrapiamy sokiem z połowy limonki.

Odcedzoną soczewicę zalewamy sokiem z drugiej połowy limonki, solimy, dodajemy chilli do smaku, przesiekaną kolendrę i łyzkę oleju arachidowego.

Jajko wbijamy do wrzącej wody, do której wcześniej wlaliśmy łyżkę octu. Czekamy ok. 2 minuty aż białko się zetnie. Żółtko powinno pozostać płynne. Wyławiamy delikatnie łyżką.

Wszystkie elementy składamy razem – wykładamy na talerz soczewicę, pokrojone awokado, dorsza i jajko. Rozkrajamy jajko i patrzymy jak żółtko rozlewa się spektakularnie po reszcie skladników. Konteplujemy przez chwilę piękno, zjadamy.