W której ręce złota kula? Recenzja albumu We Will Fail

We Will Fail „Hand That Heals / Hand That Bites” MonotypeRec.

Wieki temu, w epoce wielkich odkryć, garstka śmiałków na swoich wiernych krypach wyruszała hen poza horyzont, by poznawać nieznane, przybliżać odległe i nazywać nienazwane. Z tych wypraw zwozili opowieści i okazy, budzące podziw relacje z przygód i osobliwe, egzotyczne artefakty, zwozili fakty i mity. Nawet mity jednak w owych czasach przybierały często formę realnych, namacalnych przedmiotów, które palcem mógł dotknąć każdy niewierny Tomasz. Wielogłowe bestie, skrzydlate ssaki, ryby o piersiach kobiety; hydry, gryfy i syreny. Myślę o nich zawsze ilekroć oglądam graficzne prace Aleksandry Grünholz. Przypominające stare ryciny kolaże zdobiące trzecią już z rzędu płytę artystki podpisującej swą twórczość We Will Fail budzą w mej pamięci każde z tych dziwnych, fantastycznych zwierząt. I teraz też kiedy wgapiam się najpierw w czerwoną, a później biało-zieloną stronę okładki jej najnowszego, dwupłytowego albumu stają mi przed oczami wyimaginowani mieszkańcy, żyjący na pewno na stronach tego misternie utkanego zielnika wyobraźni.

Artystka, zestawiająca elementy nie zawsze na pierwszy rzut oka czy ucha do siebie przystające, blisko związana jest z warszawską oficyną MonotypeRec. Ta producentka i graficzka zdążyła już zaprezentować swój talent na dwóch wersjach swojego debiutanckiego albumu „Verstörung” z 2014 r.

Nisko zawieszone, ciemne, syntetyczne walce, w których niepokój góruje nad rytmiką, a duszna atmosfera tańczyć pozwala jedynie spazmatykom, na nowym albumie Aleksandra Grünholz zamknęła na czerwonym krążku zatytułowanym, „Hand That Bites”. Wgryza się tu jeszcze głębiej w arkana techno, do którego się… siedzi cicho.

Najciekawsze rzeczy na tym wydawnictwie dzieją się jednak na jego drugiej płycie, ubranej w jaśniejsze barwy „Hand That Heals”. To ten dysk pozwala mojej wyobraźni zabrnąć dalej, a mijane po drodze krajobrazy są dużo bardziej różnorodne i intrygujące. To tu kolejne uderzenia stopy, szumy oscylatora czy oddźwięki rzeczywistości składają się na światy mi nieznane, niby zbliżone do tych, które już odwiedzałem, a jednak w szczegółach się od nich różniące; światy utkane z banalnych zdawałoby się field recordingów codziennych rozmów czy… krów na pastwisku i ogranych już przecież na tysiące sposobów glitchowych zgrzytów, ambientowych plam i IDM’owych (tfu!) patentów rytmicznych.

grafika-do-posta-wwf

Jednocześnie jednak są to światy budowane jakby w oderwaniu od wzorców, nie na cudzych planach, ale na własnym rozpoznaniu. Pięknym tego przykładem jest utwór numer cztery: „No Eye To Follow”, w którym warszawska producentka wykorzystując sample z japońskiej muzyki tradycyjnej stworzyła swoje własne nagranie terenowe z nieistniejącego teatru Kabuki. Nieprawdziwe i od rzeczywistych mocno się różniące, ale podobnie jak te autentyczne równie nam odległe, bo bez kasy na bilet na Daleki Wschód trudne do zweryfikowania. Bo choć dziś wszyscy mamy pełen ogląd świata w internecie, to kto wie, ile w nim hydr, gryfów i syren uchodzi za namacalne okazy. I kto wie, czy to nie one są bardziej intrygujące niż te realne.

Dodaj komentarz