Kto powiedział Dorocie Masłowskiej, że to dobry pomysł, aby śpiewała?

To fakt – moja opinia o Dorocie Masłowskiej jako pisarce na pewno wpływa na moją ocenę jej „dokonań” na polu muzycznym. Mimo wszystko jednak nie spodziewałem się, że jej wydawnictwo będzie aż tak bolesnym przeżyciem, zarówno na poziomie lirycznym, jak i muzycznym.

Premierowy koncert projektu Masłowskiej przyciągnął do warszawskiego klubu Studio ponad tysiąc osób, pozostawiając wielu chętnych za drzwiami, ci natomiast, którym udało się znaleźć w środku, musieli przeżyć ścisk, jaki normalnie zarezerwowany jest warszawiakom zmierzającym metrem do pracy o 8 rano. Nie jest to aż tak dziwne, biorąc pod uwagę, że #ProjektWarszawiak mimo zerowego poziomu muzycznego umiał zapełniać wszystkie kluby w stolicy tylko dlatego, że był robiony przez znajomych dla znajomych. Muzyka agencji reklamowych jest zawsze wysoko w rankingu warszawskich bywalców tych najbardziej hipsterskich knajp. W końcu niemalże każdy pracujący w korpo chłopak czy dziewczyna to były (albo aktualny) pisarz, imprezowicz, człowiek czynu i posiadacz 5000 znajomych na fejsie, więc jakim cudem mieliby nie wypełniać klubów.

Jednak gdy #ProjektWarszawiak zaspamował mi dawno temu walla na fejsie, gdy wszyscy go postowali, wszędzie, bez przerwy, jego popularność wydawała mi się o wiele bardziej logiczna niż fascynacja Misterem D. Śpiewanie o Warszawie, ładny teledysk pokazujący ulubione miejscówki mieszkańców stołecznego miasta… takie rzeczy łatwo się sprzedają. Jednak jakim cudem muzyka, jaką tworzy Masłowska nie jest hejtowana na każdym możliwym kroku nawet przez jej znajomych?

Postaram się zapomnieć na chwilę o tym, że moje podejście do muzyki jest mimo wszystko bardziej profesjonalne niż przeciętnego słuchacza. Zaznaczam również, że nie myślę iż jestem dobry w moim niby „profesjonalizmie”, po prostu inaczej patrzę na twory muzyczne niż ludzie, którzy ani o muzyce nie piszą zawodowo ani nie organizują imprez. Ja robię te obie rzeczy, ale teraz postaram się zanalizować projekt Mister D. jak człowiek, który nie ma wyrobionej opinii na różne tematy muzyczne.

Więc zacznijmy od pierwszej rzeczy. Czy Dorota Masłowska umie śpiewać?

Nie. Tutaj nie ma nawet dyskusji. Dorota nie umie śpiewać, ale to nie zawsze jest wyznacznikiem dobrego zespołu. W końcu Alice z #CrystalCastles (powiedzmy, że to dobry zespół) też nie umie śpiewać, podobnie jak wokalistka #DieAntwoord (którego nie znoszę) – te dwa duety nadrabiają jednak czymś innym. Czym? To pytanie na inny tekst.

Czy produkcyjnie Mister D. jest dobry?

Nie. Wtórne zapożyczone bity, basy wzięte z wbudowanych wtyczek Abletona i co jakiś czas dziwaczne niepasujące do niczego syntezatory. Do tego miks robiony chyba przez osobę niesłyszącą, co byłoby chwalebnym aspektem tego projektu, gdyby nie fakt, że jakimś cudem ten efekt jest efektem zamierzonym robionym przez osobę z w pełni działającym słuchem.

Czy to pastisz?

Wszystko jedno. Czy naprawdę doszliśmy do momentu, w którym muzyka zła, jeśli określana mianem „pastiszu”, automatycznie zostaje uznana za muzykę dobrą? Gdy #TheSyntetic znany jako Miszcz Pawarotti robił swoje kawałki wszystko wydawało się takie świeże i nowe. Tutaj Dorota spóźniła się o jakieś milion lat, kiedy istniała jeszcze Jadłodajnia Filozoficzna i tego typu pomysły były zabawne, bo nowe. Robienie takiej muzyki jest jak nakręcenie dzisiaj Harlem Shake’a i mówienie „HAHAHAHAHA, ale śmieszne, patrzcie jaką rzecz wymyśliłem” Zresztą płytę Miszcza wydał on sam, a Masłowską wydała Galeria Raster. GALERIA RASTER? Czy Bóg nas opuścił? Na miłość boską, dlaczego galeria, która określa się „jednym z pionierów i liderów rynku sztuki współczesnej w Europie Środkowej oraz jedną z najbardziej znanych polskich galerii na świecie” stwierdziła, że warto wydać album, który odbiega od norm produkcyjnych nawet 12-letniego chłopaka z Wielkiej Brytanii?

Czy projekt Mister D. jest po prostu kolejnym sposobem na pokazanie tego jak dobrą pisarko-tekściarką jest Masłowska?

Obstawiam, że… tak? Tylko, że mój problem z pisarstwem Masłowskiej polega na tym, że nie uważałem nigdy, aby było warte złamanego grosza. Nawet jeśli jednak wyrzucimy moją opinię o jej pisarstwie z równania czy naprawdę ktoś uznał, że kobieta, która mówi tak niewyraźnie, powinna przedstawiać swoje pisarstwo w formie mówiono-krzyczano-śpiewanej? Już jej pojawienie się w ekranizacji „Wojny Polsko-Ruskiej” było dla mnie idiotyczne, mimo że zgodne z treścią powieści, jednak pierwszy raz w życiu musiałem oglądać polski film z napisami, bo nie rozumiałem, ani słowa, które padło z jej ust. Więc dlaczego miałbym przyjmować teksty muzyczne wprost do moich uszu?

Czy naprawdę świat polskiej muzyki nie wyrósł jeszcze z przekonania „nie umiemy robić dobrej muzyki zróbmy złą i udawajmy, że się z siebie samych śmiejemy”?

Jakim cudem w każdym innym kraju najpopularniejsi w podobnych kręgach gatunkowych są faktyczni twórcy muzyki alternatywnej, którzy podchodzą do muzyki jako do sztuki a nie jak do żartu. Jestem zmęczony wszechobecnym żartobliwym podejściem do tworzenia.

Czy nie czujecie się głupio gdy okazuje się, że najpopularniejszy kawałek ostatnich miesięcy to głupi żart z nas samych? Do tego będąc marną kalką różnych elementów zaczerpniętych z zespołów, które zdobyły sławę za granicą? Jednak tamte zespoły są odskocznią od „prawdziwej” muzyki, a u nas tego typu wydarzenia wiodą prym, psując spojrzenie na prawdziwą muzykę.

Na pewno przesadzam z niedocenianiem słuchaczy. Bo przecież Bokka wyprzedaje koncerty, Brodkę wszyscy lubią, Kamp (mimo, że idealnie pasujący do przegródki „follower zagranicznych trendów, które już nie są popularne”) od kilku lat może pochwalić się wielką zgrają fanów. Ale i tak, mimo pojedynczych wyskoków ci, którzy powinni być przedstawicielami elity wolą wybrać się na koncert projektu PRowego nastawionego na „bycie śmiesznym”.

Dlatego na miłość boską, ktoś powiedział Masłowskiej, że jej projekt muzyczny to dobry pomysł?

spiderman

PS. Ten tekst zawiera tylko opinię jego autora, przedstawione w nim spojrzenie na świat nie musi (chociaż może) pokrywać się z opinią redakcji magazynu Aktivist.

Mem na końcu został dodany dla rozładowania atmosfery.

Dodaj komentarz