Książka: „Jan Dziaczkowski. Kolaże”

Kalambury

Jeśli w czasach eksperymentalnych artbooków oczekujecie od wydawnictwa artystycznego nowatorstwa i niekonwencjonalnych rozwiązań, to nie sięgajcie po album „Kolaże” Jana Dziaczkowskiego. Wydana przez Fundację Sztuk Wizualnych książka to pozycja na wskroś konserwatywna. I dobrze jej z tym. Gdyby szukać dla niej miejsca w domowej biblioteczce, to wylądowałaby gdzieś między tomami „Sztuki świata” a albumem jednego z klasyków malarstwa. Nie przypadkiem, przecież z każdej z tych książek Dziaczkowski brał po trochu, tworząc swoje kolaże. Prace Jana Dziaczkowskiego, artysty tragicznie zmarłego podczas wspinaczki w Tatrach w 2011 r., to ciągła gra luźnych skojarzeń, wariacji na temat. Kusiły tych, którzy sztuką interesują się mniej, bo ich autor mówił językiem prostym, cytując to, co już znamy, a przecież to właśnie lubimy najbardziej. Dla tych, którzy od artysty oczekują więcej, były tym, czym dziś dla wielu są popularne na Facebooku Sztuczne Fiołki. Tyle że bardziej subtelnym, poetyckim. To jakby kalambury z klasycznych dzieł sztuki, starych fotografii, tandetnych landszaftów czy dizajnerskich opakowań wyciągniętych z lamusa. Jak na jednej z prac, w której myśliwi z obrazu Pietera Bruegla schodzą ze zbocza wprost w japońskie pejzaże. Książka podkreśla dyskretny urok tych prac, przeznaczając na nie odpowiednio dużo miejsca – na jednym rozkładzie jedna praca. Kilka zamieszczonych tu tekstów to raczej przedłużony wstęp niż merytoryczna analiza dokonań artysty. „Kolaże” to album, jakiego żaden młody polski twórca się nie doczekał. Taki, w którym z przyjemnością można obejrzeć prace, a nie pracę grafika składającego książkę.
„Jan Dziaczkowski. Kolaże”
Fundacja Sztuk Wizualnych