W krzakach z Janem Komasą

„Stabilizacja motylka to szpilka” – cytując Jana Izydora Sztaudyngera, wykłada swoje artystyczne kredo Jan Komasa, reżyser, którego kolejne produkcje nie pozwalają się zamknąć w nawet najbardziej pojemnym katalogu gatunków, nurtów i stylistyk. O swoim najnowszym projekcie – spektaklu przygotowanym na tegoroczny poznański festiwal Malta – opowiedział nam, kiedy wymknęliśmy się z konferencji prasowej tego wydarzenia i ruszyliśmy na warszawski Grochów. To tam Komasa kręcił swoje pierwsze filmy, malował pierwsze graffiti i uświadamiał sobie, że grzeczna sztuka zupełnie go nie interesuje.

 

Budzę się wcześnie, po ledwie przespanej nocy. Pogłaśniam o kilka kresek jeden z ulubionych rapowych energetyków – utwór „Nique tout” marsylskiej grupy Fonky Family i kiedy moja głowa zaczyna nabierać werwy w bujaniu się do bitu bezkompromisowego ulicznego hymnu, orientuję się, że przed wyjściem mam jeszcze czas na szybką internetówkę. Pierwszy news, na który trafiam: „Mary Komasa prezentuje kontrowersyjny, bardzo odważny teledysk autorstwa swojego brata – Jana”. Ciekawy to zbieg okoliczności, biorąc pod uwagę to, że mam dziś z Jankiem spędzić dzień, a klipów – choć dobrze pamiętam obrazki, które zrealizował dla Szybkiego Szmalu, Sistars czy duetu Dizkret-Praktik – nie kręci on hurtowo, jak niektórzy twórcy. Klikam więc w link i przez następne sześć minut zastanawiam się, gdzie w tej stonowanej, intymnej w swojej wymowie etiudzie można doszukać się skandalu. – Z racji zawodu świetnie rozumiem to, że newsy się tworzy – powie mi Janek kilka godzin później, wioząc mnie samochodem na Olszynkę Grochowską. – Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, jak walczy się o uwagę widza. To jest rzeczywistość medialna, na którą się wszyscy godzimy. W pewnym momencie wiesz już, o co chodzi newsmakerom, i z pełną świadomością możesz im dać, to czego chcą. Wiesz, co zażre, i tworzysz dla nich tego newsa, co swoją drogą nie jest szczególnie trudne, biorąc poprawkę na to, jak konserwatywne są nasze krajowe środowiska filmowe czy – tak jak w przypadku mojej siostry – muzyczne. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że nagość, i to jeszcze tak niewinna, może wzbudzić takie chore zainteresowanie. Po kilkudziesięciu sekundach przecież każdy zorientuje się, że to nie jest wyuzdana nagość w stylu Kim Kardashian, tylko kobiecy akt. I to akt w wykonaniu modelki, co też nie jest bez znaczenia, bo wszyscy chętni mogliby nieraz przyuważyć biust Anji Rubik na wybiegu – opowiada Komasa. – Konserwatyzm polskiego show-biznesu i kina dotyczy jednak wielu rzeczy – w tym modelu opowiadania, który gdy został raz ustalony, rządzi niepodzielnie. W Polsce jest to realizm. Gdyby Has zaczynał dzisiaj, miałby bardzo trudno. Bo jeśli robisz kino, które miesza konwencje, od razu wystawiasz się na strzał. I według mnie bycie na linii strzału jest dobrym miejscem dla artysty. Trzeba przygotować się na niespokojne życie, ale to życie, które warto przeżyć.


Reżyser, którego obie dotychczasowe pełnometrażowe produkcje – „Sala samobójców” z 2011 r. i późniejsze o trzy lata „Miasto 44” – znalazły się w ogniu krytyki, pracuje teraz nad spektaklem „Ksenofonia”. Przedstawienie będzie miało premierę 28 czerwca, podczas zamknięcia festiwalu Malta, w rocznicę Poznańskiego Czerwca. W przerwie pomiędzy próbami do tego spektakularnego, multimedialnego widowiska Janek przyjechał do Warszawy, by wziąć udział w konferencji prasowej. Ubrany w czarny sweter i ciemne spodnie, uważnie dobiera słowa, opowiadając zebranym dziennikarzom o swoich założeniach i wiążących się z nimi wyzwaniach. – Czuję się nieco jak artystyczny intruz. Po raz pierwszy w karierze zdecydowałem się powiedzieć coś „live”. Nie mam gdzie się schować, a zwykle robię to za kamerą. Kiedy kręcę film, to jak kłusownik łapię ujęcia i są już wtedy moje. W teatrze się pływa, z pokorą i szczerością opowiada o swoich artystycznych dylematach. Pracując nad tym projektem, muszę się zmierzyć się z brakiem kontroli. To dla mnie trudne, bo jestem control freakiem, lubię wszystko wiedzieć, nad wszystkim trzymać pieczę, wnikać w każdy proces. Być trochę kompozytorem, trochę scenografem, trochę aktorem. Tak jakoś mam. A tu oddaję dużo tej kontroli i to jest dla mnie nauka. Mam nadzieję, że czegoś się przy tym nauczę jako reżyser, że mi to pozwoli zrobić kolejny film lepiej – tłumaczy.


Po konferencji i lunchu, które odbywają się w bardzo oficjalnej, poważnej atmosferze, Jan szybko zmienia się ze skupionego na pracy reżysera w Janka, ziomka z Grochowa. Eleganckie spodnie  zastępuje dres, na głowie ląduje czapka z daszkiem. Kiedy tylko wsiadamy do samochodu, Janek włącza dobrze mi znany francuski, rapowy klasyk – „Un dernier jour sur terre” zespołu La Cliqua. Mimo zmiany scenerii wciąż rozmawiamy o jego najnowszej produkcji. – To będzie dosyć odważny spektakl o odwadze. O rewolucji i rasizmie. Symfonia dla innego, dla obcego. „Ksenofonię” tylko jedna litera dzieli od ksenofobii. Pieśń o człowieku, który musi się postawić – opowiada Komasa, wioząc nas ulicami Warszawy. – Kryzys uchodźczy i nasilający się rasizm, który zauważam w Polsce, spotykają się z całkowitym milczeniem środowisk, powiedzmy,  rozrywkowych. To jest dla mnie zastanawiające i przykre. Przecież mamy, szczególnie tu w Polsce, długą tradycję sztuki, która wychodziła na przekór temu, co złe. Na przykład w muzyce – począwszy od punkrockowych tradycji Jarocina po hiphopowe lata 90. Artyści, którzy wychowywali całe pokolenia, teraz też mogliby przeważyć szalę na korzyść słusznej sprawy.

Jan Komasa, po raz pierwszy od 15 lat spaceruje „rurą” łączącą Grochów z Kawęczynem. Lata temu ten dystans pokonywał prawie codziennie.

Jan Komasa, po raz pierwszy od 15 lat spaceruje „rurą” łączącą Grochów z Kawęczynem. Lata temu ten dystans pokonywał prawie codziennie.

Zawsze uwielbiałem hip-hop, bo nieustannie prowokował. W latach 90. był wspaniały, wyzwalający, mówił o tym, co było nam bliskie. Wiele osób nauczyło się życia na hip-hopie – był inspirujący i buntowniczy. Później środowisko okrzepło, dorobiło się swoich trybunów, autorytetów niepodważalnych, którzy do dzisiaj wypowiadają się w ważnych sprawach w różnych mediach, i nagle nie ma – kurwa – nikogo, kto by zabrał w tej sprawie głos. Milczenie środowiska powiązanego z muzyką walczącą z uprzedzeniami, która była forpocztą zmian i zawsze stała na pierwszej linii napieprzania w hipokryzję, establishment, uprzedzenia rasowe i nierówność społeczną, jest totalnie przerażające i zawstydzające. Kiedy dupska tych ludzi usadowiły się już w ciepłych miejscach, nagle ich ton zelżał i jedynym czy też jednym z garstki, którzy się postawili i pokazali swoją inność, jest Łona, ten „inteligencik”. A gdzie jest reszta? Gdzie są ci najbardziej antysystemowi i wyrośli na buncie? Boją się chyba stracić fanów. A to jest właśnie ten moment, kiedy trzeba być odważnym, a nie zachowawczym. Bardzo bym chciał usłyszeć hiphopowca, bo kocham hip-hop równie mocno jak wtedy, gdy go pierwszy raz usłyszałem, taki, który powie jasno i wyraźnie o rasizmie, o tym, co tę muzykę ukształtowało i na co w tej muzyce nie ma zgody.


Kiedy wjeżdżamy na Grochów, Jan przerywa na chwilę, żeby pokazać mi swoje pierwsze graffiti, które zachowały się jeszcze z lat 90. na od dawna nieremontowanych, odrapanych fasadach bloków. Trzy nieco koślawe srebrne litery „DPL” (Drużyna Podrywaczy Lasek) i podpis „Johny” powstały na przełomie 1995 i 1996 r. Każde kolejne skrzyżowanie budzi w reżyserze wspomnienia z okresu dorastania. To właśnie tu spędził swoje nastoletnie lata, pomiędzy 1988 r., kiedy jego rodzina przeniosła się z Poznania, a 2000 r., kiedy wyprowadził się do żony, do Falenicy. Wspomina, że na jednym rogu przez pół roku płonęły świeczki upamiętniające śmierć dwójki młodych ludzi, którzy zginęli w wypadku samochodowym, pamięta, w których kamienicach mieszkały dzieci kolejarzy, na których boiskach grał w kosza i spotykał się z kumplami. – Hip-hop to muzyka klasy robotniczej, z niej się wywodzi i nie może się tego wyprzeć, a klasa robotnicza i walka o jej prawa nigdy nie były prawicowe i nigdy też nie będą. To jest immanentnie wpisane w lewicowość, w rewolucyjność. Kiedy w Stanach Trump dochodzi do władzy, to większość raperów, aktorów, reżyserów i innych twórców, deklaruje, że wyjedzie, kiedy lider republikanów wygra, że go pierdolą – kontynuuje przerwany wątek 35-letni reżyser. – Bardzo mi teraz w Polsce brakuje takich głosów, bo kiedy sam dorastałem, takie słowa mnie kształtowały i wiem, jak wiele mogą zdziałać. Kiedy hip-hop rodził się w Polsce, byłem jeszcze za młody, żeby w tym środowisku odgrywać jakąś rolę, ale chodziłem na wszystkie koncerty – na Kalibra, Molestę, na 3H. Wymykałem się do Remontu, do Hybryd, bo rodzice nie zawsze chcieli mnie puszczać. Przeżywałem to wszystko. Rany, jaki byłem zajarany, kiedy wychodziły pierwsze składanki SP Records. To było moje życie. Byłem w grafficiarskim crew i kiedy teraz o tym myślę, to było to trochę lamusiarskie. Grupa małolatów wpatrzonych w starszych kolegów po fachu, w WTK czy JWP. Raczej nic strasznego się nie działo, sam tylko dwa razy miałem do czynienia z policją – raz zostałem złapany, a raz uciekałem przed SOK-istami. Wtedy jednak to było dla mnie życie na krawędzi, na przekór systemowi. W moim crew był ciemnoskóry chłopak – Piotrek – i ja byłem z tego dumny, że mam ciemnoskórego zioma, prawdziwego ciemnoskórego polskiego zioma, że jestem prawie jak z Bronksu. Śledziłem mecze NBA, ekscytowałem się Chicago Bulls, Seattle Supersonics i Los Angeles Lakers, oglądałem „Bill Cosby Show” i „Bajer z Bel-Air”, słuchałem wszystkich tych amerykańskich płyt hiphopowych; wtedy nie dało się być rasistą. Jak do nas przyjeżdżali pierwsi raperzy ze Stanów i ktoś zbił z którymś piątkę, to nie mył tej ręki przez dwa tygodnie. To był szał. I to otwarcie lat 90., ta polityka taka trochę clintonowska, ona w Polsce była bardzo wyczuwalna i ok, to było jeszcze przed atakiem na World Trade Center, który skończył tę epokę, ale przykro mi  patrzeć, że coraz mniej z niej zostaje. Rasa, rasizm, uchodźcy, imigranci to będą najważniejsze tematy najbliższych lat – naszych filmów, piosenek, nawet głupawych telewizyjnych seriali. Tu nie da się być hipokrytą, nie da rady nie zajmować stanowiska. I ja nie mówię tu o głupim otwarciu, mówię o głupim zamknięciu się na świat.


– Z rodzeństwem przesiadywaliśmy na tej kładce całymi dniami – z nutą rozrzewnienia w głosie wspomina Komasa, kiedy dojeżdżamy na pętlę autobusową przy stacji Olszynka Grochowska. Tu też nakręcił swój pierwszy film. – Zaaranżowaliśmy sytuację, że niby ktoś nas goni, bo nas przyłapał na  robieniu graffiti. Razem z kilkoma ziomkami malowaliśmy tu na stacji, a mój brat był tym, który krzyczy, co my tu robimy, i później chce nas złapać. To wyszło bardzo autentycznie, nawet profesorowie z łódzkiej filmówki mówili później: „no,  to jest jak reportaż z prawdziwego getta” – śmieje się reżyser, którego pierwsza etiuda była swego rodzaju powtórzeniem tego dzieła. W dokumentalnym obrazie nakręconym w całości na Grochowie Komasa wykorzystał wypowiedzi dzieciaków z dzielnicy – dziewczyn, które ćpały na pobliskim boisku, i nastoletniej cyganki, której tata wybił przednie zęby. To, że to były tylko mleczaki, w żaden sposób nie osłabia piorunującego wrażenia, jakie robi ta scena. – To był film zainspirowany latami dorastania, podwórkiem i hip-hopem. Taki napis na murze – wspomina Janek.

Zajezdnia pociągowa na warszawskiej Olszynce Grochowskiej, czyli w slangu grafficiarskim tzw. yard, miejsce pierwszych działań artystycznych – zarówno grafficiarskich jak i filmowych Janka Komasy.

Zajezdnia pociągowa na warszawskiej Olszynce Grochowskiej, czyli w slangu grafficiarskim tzw. yard, miejsce pierwszych działań artystycznych – zarówno grafficiarskich jak i filmowych Janka Komasy.

W jego kolejnych filmach ten okres pomiędzy dzieciństwem a dorosłością zawsze odgrywa kluczową rolę. – Jest w tym dużo takiego widzenia świata w stylu Larry’ego Clarka – używki, rozróby i niebezpieczne życie. – Młodym więcej uchodzi płazem, bo jak organizm jest młody i się szybko regeneruje, to jest właśnie czas, żeby sprawdzić jego granice. Kiedy to samo chce się robić, mając 35, 45 czy 55 lat, to kosztuje to znacznie więcej i przestaje być zabawne. Kiedy ma się młode ciało i młody umysł, w człowieku wytwarza się poczucie, którego potem tak bardzo wszyscy zazdrościmy – poczucie nieśmiertelności; że tak już będzie zawsze – twierdzi reżyser, którego nastoletni bohaterowie, czy to w epizodzie w „Odzie do radości”, „Sali samobójców” czy „Mieście 44”,  muszą zmierzyć się z konsekwencjami swoich nie zawsze świadomie podejmowanych decyzji. – Zostałem ojcem, mając 19 lat. To wywołało dziwny dysonans, jakby przyspieszone dorastanie, zamroziło mnie w tamtym stanie ducha.  Cały czas mam poczucie, że jestem być może bardziej infantylny. Lubię kicz i wszystkie te zagrania, które niektórzy mogą nazwać niedojrzałymi. Widzę w nich wartość i wydaje mi się, że nie wolno tego tracić, bo to uone możliwiają zachowanie świeżości. Najgorsze, co może się zdarzyć artyście, to bycie dojrzałym. Boję się, że kiedy sam dotrę do tego momentu, stracę klucze do królestwa, które jest pełne zadziwienia światem. A kiedy człowiek przestaje się dziwić, to i kamera przestaje, i aktorzy, wszystko przestaje; jakby nie było cudu.


Magia, o której opowiada mi Janek, zaczyna gęstnieć, kiedy przechodzimy przez torowisko oddzielające miejski Grochów od Grochowa dzikiego, znajdującej się na granicy rezerwatu przyrody krainy leżącej po drugiej stronie lustra. Nie jest to jednak mieniąca się feerią barw, nieco psychodeliczna w swojej bajkowości nibylandia Lewisa Carrolla, lecz nadpsuta i brudna strefa czarów Harmony’ego Korine’a. – Przez te tory nie ma przejazdu, więc one cię odcinają, jesteś w innym świecie. Tu nam zawsze było najlepiej, tu się szwendaliśmy, tu malowaliśmy, tu też mieliśmy potyczki różne z innymi grupami, biliśmy się, uciekaliśmy, rozrabialiśmy – wspomina Komasa, gdy idziemy po długiej metalowej rury kanalizacyjnej, która ciągnie się aż do Kawęczyna. Na pierwszy rzut oka Janka można pomylić z miejscowymi nastolatkami, ale to pierwszy taki spacer  od 15 lat i kiedy za pobliskim wałem mijają nas kolejne pociągi, wspomnienia przybierają na sile. – To było w 1999 r., nie skończyłem jeszcze  18 lat i poznałem akurat dwóch chłopaków z Holandii, którzy chcieli coś tu nakręcić. Powiedziałem im, że jeśli chcą sfilmować coś naprawdę hardcore’owego, to pokażę im kawałek Polski. Poszliśmy na zajezdnię razem z ekipą 20 ziomów z osiedla, samych gnojków, z których ja pewnie byłem najstarszy, weszliśmy do pociągu, który stał sobie pusty na bocznicy, i oczywiście ułańska fantazja spowodowała, że część z nas – ja akurat miałem kamerę, która też chyba podkręciła atmosferę – zaczęła rozwalać ten wagon, mazać po ścianach, wybijać okna, wykręcać świetlówki i walczyć nimi jak świetlnymi mieczami. I wtedy nagle pociąg ruszył, wbrew rozkładowi, który w tamtych latach znaliśmy całkiem nieźle. To jeszcze bardziej wszystkich podkręciło, zadziałało jak  narkotyk i zaczęliśmy iść całą bandą przez kolejne wagony, niszcząc wszystko po drodze – pył ze świetlówek unosił się w powietrzu, ktoś odpalił gaśnicę, a pociąg zaczął przyspieszać. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. 20 osób, zupełna demolka, Holendrzy oszaleli, nie wiedzieli zupełnie, co się dzieje, byli w szoku, ja zresztą też, ale kręciłem wszystko dalej. W pewnym momencie zrozumieliśmy jednak, że maszynista wyczuł, że coś się dzieje i wiezie nas tam, gdzie będzie na nas czekać Służba Ochrony Kolei, i to jest ostatni moment, żeby wyskoczyć. Przypomniałem sobie wtedy wszystkie sceny z filmów, podczas których ktoś wyskakuje z wagonu, te wszystkie rady – pod jakim kątem i czy w kierunku jazdy czy odwrotnie. Kiedy wyskoczyłem, coś chrupnęło mi w nodze tak, że do dzisiaj to czuję. Ze strachu nikomu się nie przyznałem, że coś sobie zrobiłem i przez dwa dni miałem opuchliznę, ale coś pewnie sobie zerwałem, bo nieraz mi się ta lewa noga odzywa na planie czy gdzieś, strzyka, gdy chodzę. Zawsze kiedy tu przechodzę, pamiętam ten ból. I jeszcze jedną rzecz na zawsze zapamiętałem z tego wariackiego wybryku, bo jak się później okazało – ku rozpaczy Holendrów – nic się wtedy nie nagrało. Kamera była popsuta, głowica nie dochodziła do taśmy, nie pisała. I od tamtej pory dobrze wiem, że technologia nie jest niezawodna, a film w ogromnym stopniu to właśnie technologia.


„Technologia, która tworzy wrażenie terroru inwigilacji” jest też – obok muzyki i tańca – jedną ze składowych „Ksenofonii”. Praca nad tym spektaklem wymaga od Jana Komasy nie tylko wyjścia poza bezpieczną konwencję, ale również poznania nowych zjawisk z zakresu choreografii czy kompozycji muzycznej. I choć na tych polach blisko współpracuje ze specjalistami (muzykę do widowiska stworzyli Bartek Wąsik i Miłosz Pękala z grupy Kwadrofonik, natomiast układem tanecznym zajmuje się Mikołaj Mikołajczyk), to nie ukrywa, że przed premierą towarzyszy mu lęk. – Czuję się, jakbym robił rewolucję. Jestem przerażony i nie wiem, co z tego wyjdzie, ale to jest dobrze mi znany stan. Czuję, że coś robię. Dzięki temu mogę wyjść z siebie i zrobić coś nowego – tłumaczy, kiedy schodzimy z rury i wracamy przez pełne wspomnień torowisko. – Tworzenie pod presją – nieważne, czy to jest praca z kamerą czy malowanie pociągu, kiedy farba odmraża ci ręce, bo spray cieknie, a jest -10°C – tworzenie sztuki to jest sytuacja niebezpieczna sama w sobie. Widzowie bardziej doceniają te rzeczy, przy których artyści ryzykują. I nie mówię tu o tym, że trzeba być szaleńcem czy kamikadze, żeby być artystą, ale jak masz filmy czy fotografie, o których wiesz, że kosztowały wiele wysiłku i że jest w nich zamknięta pewna prawda, to inaczej się to ogląda niż coś, co jest grzeczne. Grzeczne nie działa, sztuka to jest ryzyko.

komasa-wywiad-4

foto: Filip Skrońc