Kraków Live Festival – dzień drugi: Kościół Lany del Rey i wielki joint Wiza Khalify

Załamanie pogody na krakowskim Live Festivalu tylko pozornie zepsuło fanom muzyki ich święto. Irytująca ściana deszczu i woda wdzierająca się pod ubranie były może utrudnieniem, ale nie przeszkodą, tak więc na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego znów zjawiły się tłumy. Sporo osób może zostałoby nawet w domach, gdyby nie gwiazda wieczoru, a pewnie i całego festiwalu, Amerykanka Lizzy Grant, znana światu jako Lana del Rey.

Fani Lany to temat na oddzielny esej, a możę i naukową publikację. Niektórzy z nich na teren festiwalu wbiegli już w momencie otwarcia bramek, około 16:00 (i mówiąc „wbiegli” mam na myśli sprint na 400 metrów i wyścigi do barierek przed główną sceną), robiąc potem tłum na całkiem przyzwoitym koncercie Pezeta, który wrócił ostatnio po chorobie do koncertowania, ignorując namiotowy koncert coraz popularniejszego Holaka (tym razem w zapełnieniu sali bardzo pomogła mu szalejąca ulewa), a potem moknąć do suchej nitki przy Nicku Murphym.

To, że ten australijski artysta przestał być ostatnio Chetem Fakerem i wrócił do prawdziwego nazwiska, cały czas jednak przypominając o swoim dziedzictwie magiczną formułką „Formerly Known As”, staje się aż nadto widoczne na żywo. Nowy materiał Murphy’ego nie różni się drastycznie od starego i jest go jednak za mało, żeby zbudować coś całkiem świeżego. Szczególnie, że – umówmy się – starego chetfakerowego materiału też nie było za wiele. Koncert był więc pełen patosu, siąpiący deszcz budował depresyjną atmosferę, ale muzycznie było co najwyżej OK.

Następny koncert również nie zaskoczył, ale wprowadził wszytkich w dobrą atmosferę. Wiz Khalifa, którego można było oglądać chociażby rok temu na Open’erze, to nie tylko uznany raper, tekściarz i autor, którego klip właśnie został zdetronizowany z pozycji najczęściej oglądanego teledysku na YouTube. To także wielki fan i ambasador marihuany, zupełnie nie kryjący się ze swoimi przyjemnościami i robiący z nich swój znak rozpoznawczy. Także podczas koncertu w konserwatywnej pod tym względem Polsce, w co drugiej piosence pojawiało się słowo „weed”, na widowni przetaczał się z rąk do rąk wielki dmuchany joint, a sam Wiz Khalifa w pewnym momencie wezwał swojego technicznego, który, na wzór podawanych na koncertach rockowych gitar, przyniósł raperowi skręta i zapalniczkę. Skandalu i aresztowań jednak nie było – zamiast tego jak zawsze u Wiza – dużo przebojów (m.in. „See You Again”, „Black and Yellow” czy „Work Hard Play Hard”), niewymuszonego luzu i popkulturowych wtrętów („Smells Like Teen Spirit”).

Momentu, kiedy Lana del Rey wyszła na scenę, nie dało się przeoczyć – nawet, jeśli stało się w tym momencie w najdalszym zakątku festiwalu. Krzyk, pisk, tupot biegnących w kierunku sceny i spadające im po drodze wianki. Oddanie fanów Amerykanki jest godne podziwu, ale momentami trochę też przerażające. Warto chyba jednak być członkiem „Kościoła Lany”, bo po pierwsze na pewno nie zwraca się uwagi na drobne niedociągnięcia muzyczne towarzyszące jej koncertom (maskowane efektami i pogłosem), a po drugie dostaje się w wiele w zamian. Lana w czasie swojego show robi regularne przerwy, podczas których wszystko zamiera, zespół przestaje grać, a ona schodzi na 5-10 minut spotkać się z tłumem. Jej fani tak bardzo przeżywają koncert, że kiedy pierwszy raz ruszyła w ich kierunku, myślałem, że zjedzą ją z tej miłości niczym Jean Baptiste’a w „Pachnidle” Süskinda. Myliłem się – są całusy, uściski i dziesiątki selfie. Czyli jednak siedzenie pod barierkami 6 czy 7 godzin zwraca się z nawiązką.

Ale Lana to nie tylko zejścia na czerwony dywan. To też pełna przebojów setlista, na zmianę kołysząca i pobudzająca tłum, który zna każdy wers oraz zwrotkę, którego euforia przypomina trzęsienie ziemi i który ma przygotowane na określone momenty fanowskie akcje. „Videogames” to „świeczki” z latarek telefonów (Lana zauważa je momentalnie). Love natomiast to przygotowane specjalnie na tę okazję pacyfki. Wielka i tajna niespodzianka. Fani są gotowi i zwarci niczym w blokach startowych, ale Lana tę piosenkę akurat nieoczekiwanie opuszcza. „Gdzie jest Love? Dlaczego nie zaśpiewałaś tego w Krakowie?” – można dzień później przeczytać na Twitterze. Kiedy jednak wychodzę z ogromnym tłumem z festiwalu, nie widzę cienia smutku. Jest za to podniosła atmosfera dobrze spełnionego obowiązku, nieśmiałe podśpiewywanie i błogość na twarzach. Ta msza jeszcze trwa. 

ZOBACZ TEŻ: Niespodziewany hypeman Travisa Scotta i popowy show od Ellie Goulding