Kompletnie nagi. Szymon Komasa Typem „Aktivista”

"Faust", archiwum Opery Wrocławskiej, fot: M. Grotowski

Z początku nie przyznawał się wprost. Nastoletniemu Szymonowi łatwiej było powiedzieć ogólnie: „Jestem muzykiem”, niż każdemu z osobna prezentować wokalne popisy. Dziś ma 30 lat, a na swoim koncie spektakularną karierę śpiewaka operowego – prestiżowe studia w Londynie i Nowym Jorku, ponad 20 produkcji operowych na całym świecie i kilkanaście wygranych międzynarodowych konkursów.

– Ten zawód nigdy nie podobał mi się tak, jak teraz – uśmiecha się. Nic dziwnego – to pierwszy sezon, w którym może wybierać tylko te propozycje, które naprawdę go interesują i pozwalają się rozwijać.

– Opera jest oparta na charakterze, na tym, ile wytrzymasz. Na scenie jesteś kompletnie nagi. To wielka walka ze strachem, kompleksami, słabostkami. Jeżeli się z tym nie uporasz, nigdy nie będziesz dostatecznie dobry – mówi.

Podczas studiów z jednej strony wygrywał międzynarodowe konkursy, z drugiej słyszał, że jest go na scenie za dużo, że jest zbyt ekspresyjny. Pokazywano mu, na jakich operowych autorytetach powinien się wzorować. Podpowiadano: „Tu wyobraź sobie, że połykasz ciastko. Tu śpiewaj, jakbyś gryzł jabłko, a tu jakbyś zaciskał w ustach kartkę papieru…”. 

Edukację muzyczną zakończył dwa lata temu, w Stanach. – Byłem wypalony – mówi – Skończyły się najlepsze szkoły i wskazówki, co robić. Czułem, że powinienem być wszędzie, ale nie wiedziałem gdzie. 

Trafił do Wiednia. Emerytowana nauczycielka śpiewu, którą tam poznał, wysłuchała go i spytała: „Dlaczego nie zaczniesz śpiewać po prostu swoim głosem?”. Wkrótce, na recitalu w Polsce, uświadomił sobie, że to potrafi. Miał do wykonania utwory z lat, gdy dopiero zaczynał naukę. Nie było dużo czasu na przygotowanie, poszedł na żywioł. 

– Nagle odezwał się we mnie głos z przeszłości. – wspomina – Wróciły niuanse, rzeczy, które robiłem, jak byłem totalnym operowym szczylem. Posłuchałem tego, co podpowiadało mi ciało. To był magiczny wieczór, zakończył się 15-minutową owacją na stojąco. A przecież nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Nie musiałem się wysilać, by zostać zauważonym. Po prostu byłem sobą, Szymkiem Komasą.

Od tamtej pory coraz mu ze sobą lepiej. Dobrze mu też z Europą – eksperymentalną i otwartą. – Tu reżyserzy i choreografowie nie boją się ryzyka. – mówi. To dobrze, bo Komasę ciągnie do wyzwań. Na próbach proponuje: „Tu zrobię fikołka, tu będę bez T-shirtu, a tu dodajmy scenę, gdzie będę tańczył z zespołem baletowym, bo to dla mojej postaci będzie fajne”.

– Na scenie warto wyróżnić się czymś, co potrafisz zrobić oprócz śpiewania. Jeżeli jesteś w stanie stanąć na jednej ręce i zaśpiewać arię z „Cyrulika sewilskiego”, to zrób to, bo jeśli ktoś to wstawi na YouTube’a i pójdzie viral, w ciągu sekundy zostaniesz gwiazdą – tłumaczy.

Inspiruje go kino. W roli Mefistofelesa przypomina Toma Cruise’a w „Wywiadzie z wampirem”. U Colina Firtha w „Jak zostać królem” podpatruje sposób bycia gentlementa, szaleństwo podchwytuje u Jima Carrey’a w „Masce”. 

– Dziś opera cały czas musi wychodzić do ludzi – mówi Komasa – Opowiadamy historie, przybliżamy widzom coś, czego często nie potrafiliby inaczej zrozumieć – bo tu nie chodzi o to, żeby idąc do opery znali każde słowo w libretcie. W szkole Juilliard w Nowym Jorku mieliśmy takie ćwiczenie – na każde słowo wyśpiewać pięć emocji. I to mogło być słowo „kij”, albo „koza”, ale i „dlaczego”, „i”, „jak”… Odpowiednio zaśpiewane zmieniały formę całego zdania. Takie kruczki pomagają nam grać tak, żeby to ludzi mogło zachwycić.

Ciągnie go do ról charakterystycznych. – Klasyczne, heroiczne postaci, jak Marcello, Don Giovanni, czy Figaro, buduje się zgodnie z pewnym kanonem, choć oczywiście można próbować wyobrazić sobie tego bohatera w niuansach – w mojej inscenizacji Don Giovanni może być na przykład człowiekiem niepewnym swojej seksualności, zakompleksionym lub nawet chorym psychicznie. Najbardziej cenię jednak role, które nie zostały jeszcze do końca odkryte. Tak jak w „Legendzie Bałtyku” Nowowiejskiego – to ja muszę odkryć, o czym ten mój romantyczny rybak myśli, dlaczego jest taki naiwny. Może jeszcze nie dość przeżył w życiu, nie miał miał okazji zbudować w sobie pewnych emocji?

– Grając Mefistofelesa po raz pierwszy czułem się naprawdę wolny. Połączony z ludźmi, z muzyką, wchodziłem w sferę, gdzie naturalność przenikała się z kompletną fikcją – to było coś niesamowitego. Po czymś takim jesteś kompletnie uniesiony – inaczej bierzesz prysznic, inaczej jesz śniadanie. Myślisz: dotknąłem nieba, robię coś, o czym zawsze marzyłem i nie wiedziałem że jestem do tego zdolny. Wspaniałe uczucie.

Uwielbia współpracować z polskimi reżyserami, Maciejem Prusem („Potępienie Fausta”) czy Andrzejem Chyrą („Czarodziejska góra”). – Prus to postać-legenda, człowiek bez którego nie byłoby współczesnego polskiego teatru, opery – mówi Komasa – Obserwując jego skupienie, koncentrację, chłonąc jego wiedzę, jestem w innej przestrzeni. Dzieli nas 50 lat, a ja stoję obok niego i myślę: jakie to szczęście, że mam tę możliwość! A potem stoję obok Chyry, który mi tłumaczy, jak coś zagrać, a że sam jest jednocześnie aktorem, mówi do mnie przez swoje aktorstwo, a ja czuję, że razem możemy stworzyć coś wielkiego. 

W przerwach uczy się kolejnego języka (włoski) i gry na gitarze (marzy o recitalu pieśni hiszpańskich), chodzi na siłownię, wspina się, czyta (ostatnio: biografię Picassa), wrócił też do gry na wiolonczeli. Zwykle jednak śpiewa – ostatnio więcej niż kiedykolwiek.

– W grudniu nie miałem dnia odpoczynku, pracowałem non stop. Trzy produkcje operowe, z czego w jednej dwie role na zmianę, płyta, recital, cholernie dużo roboty. Myślałem, że nie dam rady, nie powtórzyłbym tego, ale przeżyłem, udowodniłem sobie, że potrafię. 

Plany? W lipcu wraca do Stanów, gdzie zagra m.in. schizofrenika w spektaklu „Flood” w Cincinatti. Jako wielkiego fana kina najbardziej cieszy go jednak rola Stanleya Kowalskiego w pierwszej polskiej inscenizacji „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Wspominając legendarną kreację Marlona Brando, Szymon nie kryje ekscytacji. Premiera 12 maja w Teatrze Wielkim w Łodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *