Kolacje proszone

Lata lecą, imprezy już nie te co kiedyś (jeśli w ogóle), średnia wieku na mieście maleje, wszędzie nieswojo, znajomi zaczynają mieć dzieci, mieszkania zaczynają być na kredyt… Już nie ma dzikich plaż.
Stan faktyczny na rok 2017 jest taki, że bezpowrotnie minęły czasy, w których miałam siłę realizować weekendową formułę bifor-after-bifor-after z przerwą na nałożenie drugiej warstwy makijażu w miejsca, gdzie ukruszył się już wczorajszy tynk. Sytuacja raczej się nie zmieni. Chyba, że w niezgodzie na własne przemijanie poddam się gruntownej infatylizacji. Podstarzały Piotruś Pan – to jeszcze ma jakiś urok. Płeć przeciwna, ciągle jeszcze stłamszona, nie starzeje się tak dobrze. Czas zatem znaleźć nową formułę. Spędzanie czasu w łóżku jest miłe i fajne, ale trudno żyć w ten sposób wśród ludzi. Niewielu znajomych mogę zaprosić do łóżka. Główne powody : jego rozmiary oraz dobre prowadzenie się.

Dzięki Bogu istnieje instytucja kolacji proszonych – gratuluję sobie, że wpadłam na to rozwiązanie. Wszyscy przyjeżdżają do ciebie, nikt nie czuje się oszukany, nie trzeba się ruszać z domu. Na końcu, po dwóch butelkach wina, perspektywa powrotu do własnego łóżka jest bliższa niż kiedykolwiek – nie dzieli cię od niego podróż taksówką przez pół miasta, nerwowe liczenie drobnych, szukanie bankomatu w okolicach domu, trzykrotne okrążanie ronda, szukanie klucza w kieszeniach, wbijanie kodu do klatki, kiedy klucza nie udaje się znaleźć. W tym wypadku na przeszkodzie stoją jedynie drzwi do sypialni. Poza tym spędzanie czasu na mieście kosztuje, a spędzanie czasu w domu kosztuje mniej.

Weszłam w to zatem i klasycznie – dostałam po pysku.

Nie mam w tym miesiącu pieniędzy na chodzenie po lokalach, więc zrobię kolację? Ha, ha, ha. Bywam zabawna. Karmienie ludzi kosztuje. Dużo. Szczególnie kiedy masz ambicje. Polecam zatem z nich zrezygnować. Wyjdzie taniej. Po paru próbach i kilku zorganizowanych kolacjach będę bronić stanowiska, że rozsądniej jest zamówić catering. Albo zabrać ich wszystkich do restauracji. Nie wiem, jak opanować sztukę szacowania ilości, które należy kupić, żeby nakarmić dziesiątkę. Nie opanowałam tego. Na wszelki wypadek robię więc garnizonowe ilości. Potem przychodzi wspomniana dziesiątka, z której trójka jest na diecie, dwie osoby właśnie wyszły z obiadu, trzecia wpakowała w siebie starego bajgla przed wyjściem z domu, a pozostałe dwie zainteresowane są głównie winem. Mogłabym być odpowiedzialna za problem otyłości wśród bezdomnych, gdybym tylko lepiej zorganizowała dystrybucję resztek.

Kolejne kłamstwo, którym z uporem godnym lepszej sprawy karmię się od miesięcy – lepiej zaprosić wszystkich do siebie. Jesteś u siebie. Nie ma nic gorszego niż zebranie się po kolacji pełnej wina i dotarcie do domu.

Prawda. EDIT : gorsze jest zmierzenie się ze sprzątaniem po dwóch butelkach wina i wyjściu innych. EDIT : gorsze jest zmierzenie się z odwleczonym sprzątaniem na kacu, następnego dnia rano. EDIT: gorsze jest zmierzenie się z tym samym sprzątaniem następnego dnia po pracy. Na kacu. Kiedy wszystko zdążyło już naprawdę porządnie zaschnąć, a ja zdążyłam zapomnieć.

Zawsze wydawało mi się, że bycie gospodarzem to funkcja pełna splendoru – wszyscy są wdzięczni, gratulują, dziękują za gościnę i generalnie – zasypują słowami uznania. Owszem – jak już wyjdziesz z kuchni. I zanim do niej wrócisz. Oraz w przerwach między dokładaniem, zmienianiem talerzy, pakowaniem zmywarki i wynoszeniem brudów. W tych przerwach jest świetnie. Naprawdę. Obrastasz w piórka, jest zabawa, dużo śmiechu, boki bolą od zrywania. W tych przerwach.

Reasumując – Organizowanie kolacji dla znajomych to straszne frajerstwo. Dlatego następnym razem zamierzam kupić dużo wina i zrobić kanapki. Spektakularne kanapki.

Bagietka na pięć osób

/ ze stekiem, krewetkami w chilli, piklowanymi warzywami i majonezem miso /
Składniki:
1 bagietka
200 g sezonowanego rostbefu
200 g krewetek
6 łyżek majonezu (najlepiej domowej roboty)
3 łyżki jasnej pasty miso
2 papryczki chilli
3 ząbki czosnku
3 łyżki masła klarowanego
1 łyżka masła
2 cm kawałek imbiru
Rzepa, szalotka, małe kolby kukurydzy, małe zielone ogórki – do zamarynowania

marynata:
200 ml octu ryżowego
100 ml wody
50 g cukru
ziarna kolendry, kawałek imbiru

Warzywa obrać, pokroić tak, żeby było dobrze i zalać przegotowaną, ostudzona zalewą.
Wstawić do lodówki na godzinę.

Steka posolić, obsmażyć z dwóch stron na mocno rozgrzanej patelni, na dwóch łyżkach masła – odstawić na kratkę, żeby odpoczął. Mój był całkiem różowy w środku – Twój będzie taki, jaki sobie usmażysz. Potem należy go pokroić w cienkie plastry.

Na tej samej patelni, dodając pozostałą łyżkę masła klarowanego, lekko przesmażyć posiekany czosnek, chilli, imbir. Wrzucić krewetki i smażyć przez 2 minuty. Można podlać to odrobiną sosu sojowego, sosu rybnego – można tylko posolić. Tak czy tak – będzie dobrze.

Ściągnąc krewetki – sos pozostały na patelni zaciągnąć łyżką zwykłego masła i odstawić.

Majonez zmieszać dokładnie z pastą miso do całkowitego połączenia się.

Połączyć to wszystko razem, układając kolejne warstwy, dbając o to, żeby nie rozsypało się przed podaniem – polać sosem z patelni. Dla większego efektu należałoby to jeszcze posypać dużą ilością dymki, prażonymi orzechami, ziołami i brokatem.

Stawia się toto na stole, podaje nóż i dużo serwetek. I tyle. Potem można już spędzać czas.