Klątwa

Wybierając się na „Klątwę” zastanawiałem się, czy powinienem zabrać ze sobą jakiś sprzęt, który pomoże mi przeżyć – kamizelkę kuloodporną, maskę gazową albo chociaż prowiant na parę dni. Zastanawiałem się też, czy wrócę do domu z teatru czy ze szpitala i czy w ogóle zostanę wpuszczony do środka. Wychodząc z metra od razu wypatrywałem zielonych flag z falangą dymu z rac i kordonów policji walczących z ludźmi. Gdy już mijałem ostatnie pasy przed Teatrem Powszechnym zorientowałem się, że wejścia bronią jedynie cztery starsze panie odmawiające modlitwę i paru policjantów. Zadymy kompletnie brak. Postawni ochroniarze sprawdzili, czy mam bilet i z uśmiechem na twarzy zaprosili do środka. Na moje „coś tu dzisiaj spokojnie, co?” odpowiedzieli, że na szczęście tak, ale jak szukam emocji, to zapraszają jeszcze raz. Tylko żebym z terminem celował bardziej w okolice weekendu, bo i prawacy, i lewacy w ciągu tygodnia nie mają czasu na awantury, są w pracy.

W środku teatru czekał już tłum głodnych sztuki ludzi. Przekrój bardzo szeroki, od młodych chłopców z tatuażami aż po starsze panie, które kompletnie nie spodziewały się tego, co je czeka. A czekało na nie sporo atrakcji tego wieczoru. Człowiek, który wziął się za to bardzo luźne podejście do dramatu Wyspiańskiego, to – co ciekawe, nie nasz rodak, a Chorwat – Oliver Frljić. Objazdowy skandalista, który wszystko może, bo może. Wydawać by się mogło, że jego pomysł na życie to przyjechać, wywołać gigantyczny skandal, chwilę postać w cieniu gdzieś za rogiem, przypatrzeć się efektom, zgarnąć szmal i pojechać dalej (niewątpliwie za każdym razem będąc coraz bardziej popularnym).

U nas w Polsce jest już trzeci raz, za pierwszym razem premierę „Nie-Boskiej Komedii” odwołał sam Jan Klata, obawiając się reakcji skrajnej prawicy. Za drugim razem Frljić naraził się Polakom, gdy w 2015 r. przy okazji sztuki „Nasza przemoc, wasza przemoc” na scenie naga aktorka w burce rodziła flagę Polski przy akompaniamencie kolędy „Cicha noc” – co jak wiadomo, może budzić pewne kontrowersje. Wspomnę tylko, że swego czasu w Dubrowniku wystawiał sztukę, w której na scenie zabijane były najprawdziwsze żywe kurczaki (u nas by to nie przeszło). Nie ulega wątpliwości, że Oliver to szaleniec, nietuzinkowy artysta i biznesmen. Zdaje sobie sprawę z tego, że czego by nie wymyślił, to i tak wszystko spadnie na aktorów i dla równowagi na barki ludzi, którzy czują misję, bronienia innych przed jego sztuką. W przypadku „Klątwy” Frljić już w pierwszych minutach zadał bardzo mocny i celny strzał w samo serce. Nasze polskie wielkie serce. Gdy na scenę wyjechała gipsowa rzeźba przypominająca Jana Pawła II, a spod jego białej papieskiej sutanny wystawał sterczący penis, pomyślałem, że zaraz wydarzy się coś, czego w życiu nie widziałem i już raczej nie zobaczę. Nie myliłem się. Jedna z aktorek uklękła przed rzeźbą papieża i zaczęła uprawiać z nim tzw. miłość francuską. Na widowni poruszenie, część ludzi zaczęło szeptać swoje przemyślenia na ucho osoby siedzącej obok, a jedna starsza pani zasłoniła sobie oczy ręką, co ciekawe jej partner (człowiek w podobnym wieku) wpatrywał się i miałem wrażenie, że nie stracił ani sekundy z tej sceny, bo nawet nie mrugał. Zastanawiałem się, czy to już jest ten moment, kiedy na widowni ujawni się członek organizacji prawicowej, wstanie i zacznie „strzelać” albo chociaż krzyczeć coś o tym, byśmy powstali z kolan, czy coś o żydach i lewakach – ale nic. Kompletna cisza. Jest to jedna z najbardziej obrazoburczych scen, jakie kiedykolwiek widziałem. Reżyser zdaje się przy jej pomocy pytać o to, co można, a czego nie można w sztuce. Cały spektakl najeżony jest pytaniami o kondycje polskiego kleru, o szczerość naszej wiary, szowinizm i nietolerancję na wszystko, co jest inne. W pewnym momencie widowisko staje się bardzo autoironiczne i reżyser przesuwa ostrze krytyki skierowane dotychczas w Kościół i środowisko narodowe na samego siebie jako reprezentanta innego światopoglądu. Aktorzy zaczynają (nie wiadomo, czy w swoim imieniu, czy jest to część ich roli) opowiadać o tym, co kazał im zrobić reżyser na scenie, żeby było mocniej i bardziej kontrowersyjnie. Przy okazji pytania o granice wolności artystycznej, Oliver Frljić postanawia wyciągnąć na scenę absolutnie wszystko, co powoduje „ciche dni” między prawicą a lewicą.

„Klątwa” to bardzo dobra sztuka. Stawia bardzo trudne i ważne pytania. Jednak ich ofensywność jest prawdopodobnie dla nas za mocna. Zamiast szukania odpowiedzi, podżega nas do jeszcze większej walki o nienaruszalność wartości, a to z kolei dramatycznie pogłębia przepaść między lewą i prawą stroną.

„Klątwa” poprzez sceny takie jak np. ta z papieżem, łamie zasady obopólnego szacunku. Bo bardzo ważne jest, by zwrócić uwagę na to, że spektakl finansowany jest z publicznych pieniędzy. Wydawać by się mogło, że gdyby z tychże pieniędzy narodowcy napisali sztukę prezentującą w tak hardcore’owy sposób ich wartości i poglądy na otaczającą ich rzeczywistość, to reakcja drugiej strony sporu politycznego byłaby równie mocna, jak w przypadku reakcji narodowców na „Klątwę” i byłby to dramat – dosłownie i w przenośni.

Autor: Antoni Orłoś