Kino (wojenne) jest kobietą. „Zwyczajna dziewczyna” – recenzja

O tym, że Lone Scherfig świetnie radzi sobie poza ojczyzną, przekonaliśmy się już w 2009 r. za sprawą filmu „Była sobie dziewczyna”. Dowodów na to było później jeszcze kilka, ale nie ma co ukrywać – ten najnowszy przyćmił je wszystkie. Stylowej wojennej historii, jaką jest „Zwyczajna Dziewczyna”, nie powstydziłby się żaden rodowity Brytyjczyk. W filmie Dunki dominuje kobieca perspektywa, choć opowiada on o dwóch z pozoru męskich sprawach, bo tak niegdyś postrzegano zarówno wojnę, jak i kino. Nic więc dziwnego, że gdy główna bohaterka zupełnie nieoczekiwanie znajduje zatrudnienie w przemyśle filmowym, początkowo spotyka się wyłącznie z nieufnymi spojrzeniami. Catrin (Gemma Arterton) jest tak traktowana nawet przez męża, wyraźnie niezadowolonego z faktu, że to nie on, lecz kobieta zarabia na czynsz. Rok po wybuchu II wojny światowej Londyn zmęczony jest ciągłymi niemieckimi nalotami, a morale anglików upadają. Ucieczką jest kino, z czego doskonale zdają sobie sprawę rządowi decydenci, widzący także jego potencjał propagandowy. I tutaj zaczyna się rola Catrin. Dziewczyna ma pisać kobiece partie w najnowszej produkcji, której zadaniem jest nie tylko rozkochać w sobie Brytyjczyków, ale i sprawić, by do wojny przyłączyli się amerykanie. Duńska reżyserka umiejętnie rozkłada akcenty pomiędzy wojenną rzeczywistość a nieco sielankowy plan filmowy, który funkcjonuje tu trochę na innych zasadach. Jest dla Catrin tym, czym kraina czarów dla Alicji. Autotematyzm i związany z nim humor to obok aktorskich popisów na drugim planie (w których bryluje Bill Nighy) największy walor tej dobrze opowiedzianej feministycznej historii. „Film to życie bez nudnych fragmentów” – słyszy Catrin od swojego przełożonego. Tak właśnie najkrócej można by opisać „zwyczajną dziewczynę”. [kuba armata]

Obsada: Gemma Arterton, Bill Nighy, Sam Cla in Wielka Brytania 2016, 110 min
M2 Films, 26 maja